pl | en

No. 181 Maj 2019

PIĘTNAŚCIE LAT PÓŹNIEJ
15. rocznica powstania „High Fidelity”

estem melomanem. Jestem audiofilem. Jestem elektronikiem. Jestem akustykiem – realizatorem dźwięku. Jestem filologiem z doktoratem. Jestem czytelnikiem. Jestem dziennikarzem – dziennikarzem specjalistycznym, dodajmy. Jestem każdym z nich z osobna i wszystkimi jednocześnie.

Takie myśli nachodzą mnie nieczęsto, a to dlatego, że staram się mocno stąpać po ziemi i traktuję umiejętności o których wspomniałem instrumentalnie – do wykonywanej pracy oraz do wypoczynku. Co, w moim przypadku, jest często tym samym.

Kiedy państwo czytają te słowa „High Fidelity”, magazyn założony przeze mnie w 2004 roku, ma już 15 lat. Jego pierwszy numer ukazał się w sieci dokładnie 1 maja 2004 roku i był dla mnie zwieńczeniem ponad półrocznych wysiłków, walki, tłumaczenia, bicia głową w mur. Bo wtedy nie było w Polsce takiego magazynu. Co tam w Polsce – w Europie.

Jedyne pisma internetowe poświęcone audio, ale prawdziwe pisma, a nie blogi czy strony firmowe, znałem wówczas tylko trzy i wszystkie ulokowane były w Ameryce: „6moons” oraz „Positive-Feedback Online” w USA, a w Kanadzie „Soundstage!”. Tak się składa, że kilka lat później moje artykuły ukazywały się w „6moons.com”, a od kilku lat jestem członkiem redakcji „Positive Feedback”, w którym zajmuję pozycję o nazwie Senior Contributing Editor. Jak widać – marzenia się spełniają.

Od tamtego czasu świat zmienił się nie do poznania. Zmieniła się również branża audio, a w szczególności związane z nią dziennikarstwo. Zacznijmy od branży.

Konsolidacja | Sięgam po numer japońskiego magazynu „Stereo Sound” z lata 2004 roku (No. 151). Na okładce kolumny Sonus faber Stradivari Homage, w środku ich test i rozmowa z właścicielem firmy, panem Franco Serblinem. Jeszcze nie wiemy że ten wizjoner dziewięć lat później od nas odejdzie, pozostawiając po sobie pustkę. Założona przez niego firma ma się jednak świetnie, chyba lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.

Kupiona została bowiem przez włoski fundusz inwestycyjny Fine Sounds Group, wraz z markami Audio Research, McIntoshem i Wadią, i przekształcona została w sporej wielkości producenta, a nie manufakturę. Z jednej strony to dobrze, bo w branży potrzebne są pieniądze, na przykład na badania. Ale z drugiej strony żal. Proces, którego częścią jest Sonus faber, polegający na konsolidacji marek w jednym ręku, najczęściej inwestorów zewnętrznych, jest obecnie czymś normalnym. Przypomnijmy, że Dynaudio należy obecnie do Samsung Electronics, podobnie jak koncern Harman International Industries.

Skupianie marek w jednym ręku ma również wymiar „wewnętrzny”, że tak powiem, bo wystarczy przypomnieć, że Naim jest własnością Focala, Roksan należy do firmy Monitor Audio, a Musical Fidelity do Pro-Jecta. A to tylko najbardziej znane u nas marki. Czyli – z rozproszonej masy niewielkich firm zaczynają się wyłaniać wiodące, skonsolidowane firmy, wokół których będą orbitowały małe manufaktury.

Kino domowe | Jeszcze ważniejsza zmiana zaszła jednak, jak mi się wydaje, w myśleniu o kierunku w którym zmierza nasza branża. W „Stereo Soundzie” z 2004 roku znajdziemy powidoki tego, co szalało w całym świecie – a mianowicie rewolucji wielokanałowej, związanej z kinem domowym. To była – nie boję się tego powiedzieć – zaraza. Ale zaraza, po której podnieśliśmy się mocniejsi. My, czyli audiofile.

Producenci, a przez to i dystrybutorzy, niemiłosiernie naciskali na testy odtwarzaczy DVD (a potem BD), amplitunerów i systemów 5.1. Często były to interesujące propozycje, sami pokazaliśmy kilka z nich, jednak presja ze strony rynku była tak duża, że wydawało się, iż tradycyjne pisma stereo przestaną mieć rację bytu. Nieprzypadkowo największy magazyn tego typu w Europie, brytyjski „What Hi-Fi?” zmienił wówczas nazwę na „What Hi-Fi? Sound and Vision”, a wszystkie inne magazyny zmieniły się w pisma poświęcone technice audio-wideo.

I wiecie co? Wszystko się zmieniło, kiedy ta „bańka” pękła. Okazało się, że raz kupione, kino domowe zamieniało się w zwykłe AGD, do którego mało kto pała namiętnością i które u mało kogo wzbudza emocje. A audio i muzyka to kwintesencja emocji. Nie zdziwiło mnie więc, kiedy kilka lat temu magazyn o którym mowa powrócił (po cichu) do dawnej nazwy.

Nośniki fizyczne | Prawdę mówiąc, jeśliby się wsłuchać w to, co przez te lata proponował „Stereo Sound” można by się całkiem nieźle zorientować w tym, jak będzie wyglądał świat audio piętnaście lat później. To bowiem przykład magazynu, który pozostał wierny swojej misji i swojemu DNA.

A świat wygląda tak, że pomimo rewolucji cyfrowej 2.0, związanej z plikami audio, wciąż rządzą fizyczne nośniki. W magazynie z 2004 roku można znaleźć testy i recenzje zarówno odtwarzaczy CD, jak i SACD. I co? – i właśnie te nośniki są obecnie uważane za topowe źródło dźwięku ze źródeł cyfrowych. Co ciekawe, CD wydawało się wymierać śmiercią naturalną, ponieważ firmy zaprzestały produkcji mechaniki. Mimo to firma Pro-Ject poinformowała właśnie o wprowadzeniu do sprzedaży transportu CD, zupełnie nowego, opracowanego wraz z firmą StreamUnlimited. To swego rodzaju nowe otwarcie i należy się spodziewać nowych mechanizmów, także z niższych przedziałów cenowych.

Swoja niszę znalazł także format SACD, traktowany podobnie, jak niegdyś gramofony. To format ultrahigh-endowy, dla najbardziej wymagających koneserów muzyki. 15 lat temu wciąż był na wznoszącej, ale bardzo szybko przyszło załamanie, kiedy koncern Sony wycofał się z jego promocji. I dopiero 15 lat później zajął miejsce, na które zasługuje. Symptomatyczna dla jego rozwoju jest okładka wiosennego wydania „Stereo Sound” z 2019 roku – widać na niej nowy topowy odtwarzacz SACD firmy Esoteric, model Grandioso P1X + D1X.

Pan Jim Saito, CEO firmy Accuphase, z okładką naszego magazynu, w japońskiej siedzibie firmy

Kluczową informacją jest to, że znalazł się w nim świeżutki, brand new mechanizm o nazwie VRDS Atlas. A opracowanie takiego mechanizmu jest bardzo kosztowne, czyli firma wierzy w to, że uda się jej te pieniądze odzyskać. Podobnie uważa koncern D&M, ponieważ oferuje transporty SACD swojego pomysłu innym firmom – skorzystała z nich firma dCS w transporcie Rossini, a Accuphase zmodyfikował go po swojemu i też stosuje we wszystkich nowych urządzeniach.

Dziennikarstwo | To wszystko, o czym piszę to rzeczy, które każdy widzi i wielu z pastwa, czytelników „High Fidelity”, ma świadomość tych zmian. Rzadziej, tak mi się przynajmniej wydaje, zwracamy uwagę na coś, co wywiera na nas chyba jeszcze większy wpływ, a mianowicie na dziennikarstwo. Pod tym pojęciem rozumiem pracę szeroko pojętej branży wydawnictw, zarówno internetowych, jak i drukowanych.

Chciałbym móc powiedzieć, że pamiętam dzień, w którym „High Fidelity” wystartowało, ale nie mogę, bo w ogóle tego nie pamiętam. To był czas pełen emocji, nie tylko dla mnie, bo tydzień wcześniej urodziła mi się córka, więc dom przypominał dom wariatów, Polska weszła do Unii Europejskiej, a ja nie miałem pojęcia, czy w ogóle jest ktoś, kto chciałby o audio czytać w internecie.

Początki były trudne, bo – o ile pamiętam – w ciągu pierwszych trzech miesięcy zebrało się zaledwie kilkuset odwiedzających moją stronę. Wtedy nie miałem pojęcia, czy to dużo, czy mało, ale jakoś intuicyjnie czułem, że powinno być lepiej. Ponieważ liczba ta powiększała się powoli, miałem wszelkie dane ku temu, aby o sprawie zapomnieć i zająć się moją główną pracą, to jest pisaniem testów dla magazynu „Audio”. Coś mnie jednak ciągnęło do własnego pisma.

Chyba to, że mogłem je robić tak, jak chciałem, pisać o tym, o czym chciałem i w taki sposób, w jaki chciałem. A były to czasy, kiedy w przypadku pism internetowych nic nie było przesądzone i wszystko, co robiłem robione było po raz pierwszy, może drugi. Poruszałem się więc po omacku. Tyle że miałem pomysł na to, czym „High Fidelity” miało być – miało być pismem, które sam chciałbym czytać.

Jeden z tekstów pierwszego wydania „High Fidelity” z 1 maja 2014 roku. Dotyczy kolumn Ancient Audio Harmony

Co od razu dyskwalifikowało krótkie teksty. Nie ma przecież żadnej możliwości, aby opisać brzmienie, budowę, funkcjonalność, przeznaczenie urządzenia, ocenić je i podsumować, w kilkuset słowach. Pisma, które to robią przypominają bardziej katalogi wysyłkowe niż magazyny audio. Ważne było dla mnie przede wszystkim to, jak urządzenie brzmi. Choć pomiary są niezwykle istotne, podobnie jak budowa jest ważna, ważne są również założenia teoretyczne, to bez odpowiedniego dźwięku są one tylko pierdem na wietrze, że tak się wyrażę. Produkt audio musi GRAĆ.

To założenie spotykało się przez długi czas z krytyką. Mówiono, że ludzie nie czytają tak długich tekstów w internecie, że szukają krótkiego podsumowania, najlepiej streszczenia. I to prawda, wszystkie badania potwierdzają, że stajemy się coraz mniej skupieni i poddawani nadmiernej liczbie bodźców wymagamy szybkiej „nagrody”, w tym przypadku – informacji. Pogodzony z rzeczywistością uznałem jednak, że muszę być też w zgodzie z sobą, a dla mnie test musi być pełny, skończony. Muszę być z niego dumny, za każdym razem. To musi być tekst, który sam za jakiś czas przeczytam, kiedy będę chciał się dowiedzieć czegoś o produkcie, którego nie pamiętam. Piszę więc tak, jak prowadzi mnie temat.

Od początku wiedziałem też, że ważna jest pełna informacja o warunkach testu, dlatego podawałem urządzenia odniesienia, odsłuchiwane płyty i inne pomocne informacje. No i ważna jest sama metodologia testu – rzecz, która wraz z czasem okazała się kluczowa dla powtarzalności odsłuchów i ich wiarygodności. Zarówno system odniesienia, jak i metodologia, czyli to, jak słuchaliśmy, znajduje się w każdym teście.

System referencyjny „High Fidelity” i pokój odsłuchowy – A.D. 2019

Piętnaście lat później większość moich rozterek wydaje się śmieszna i bezzasadna. Ale tylko dlatego, że – wraz z moimi kolegami zza Wielkiej Wody – ustaliliśmy pewne zasady i się ich trzymaliśmy. Napotkaliśmy jednak problemy o których nie mieliśmy wówczas pojęcia, a wśród nich najważniejszy, który można by nazwać „kompleksem dziennikarza”. To przekonanie użytkowników internetu o tym, że każdy może i powinien pisać (również o audio). Dlatego też pojawiło się w sieci mnóstwo blogów, portali, a potem także zamaskowanych stron reklamowych, które udają pisma branżowe. Należy się spodziewać, że z czasem będzie ich coraz więcej i że zaczną być generowane – część z nich już zresztą jest – przez „boty”, czyli sztuczną inteligencję.

Ten zalew dezinformacji jest bezprecedensowy i internet, który miał być przestrzenią wyrównującą szanse, dającą każdemu równy dostęp do informacji, stał się pułapką, miejscem w którym zdobycie rzetelnej informacji jest niesłychanie trudne. Wielokrotnie zaskoczony słuchałem ludzi mówiących z animuszem o „artykułach”, które były albo źle napisane, albo były zmanipulowane, albo były zwykłym kłamstwem. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że do dziś użytkownicy internetu nie potrafią często odróżnić dobrego tekstu od złego, albo po prostu głupiego. Bo – uwaga – nie jest prawdą, że każdy powinien pisać. Może – każdy, ale powinni nieliczni.

To wbrew lansowanemu w ostatnich latach poglądowi o tym, że nie powinno się oceniać, że egalitaryzm polega na tym, że wszystkich traktuje się tak samo. Moim zdaniem to idiotyzm, przez który ludzie stracili poczucie dobra i zła, tego co właściwe i tego, co niedopuszczalne. Mógłbym oczywiście udawać, że jesteśmy „kumplami”, przymilać się, łasić, żeby zdobyć u niektórych czytelników punkty. Ale byłoby to bez sensu, nie dlatego zająłem się pisaniem o sprzęcie audio i muzyce. Zająłem się nim po to, aby mówić PRAWDĘ. A ta jest taka: piszących dobrze i sensownie jest niewielu. A uczciwych wśród nich jeszcze mniej. Kiedy więc znajdziecie dziennikarzy, którym naprawdę ufacie, trzymajcie się ich, bądźcie wobec nich lojalni.

15 lat „High Fidelity” | Zakrawać więc może na cud to, że „High Fidelity” przebiło się ze swoją wizją świata audio, swoją wrażliwością i swoimi standardami. Przebiło się nie tylko w Polsce, ale również za granicą, przez co liczba czytelników rozkłada się między wersje polsko i anglojęzyczną niemal równo po połowie – po 40 000 IP miesięcznie. Mamy też niezwykłe szczęście do przyjaciół, którzy docenili to, co w „High Fidelity” robili. Jednym z nich jest Shirokazu Yazaki-san, były główny inżynier firmy TEAC, potem Pioneer, a następnie SPEC Corporation, teraz na emeryturze.

SHIROKAZU YAZAKI

Drogi Wojtku!

Gratulacje z okazji rocznicy „High Fidelity”!!! W Tokio pora roku, na którą z niecierpliwością czekaliśmy, wreszcie nadeszła. Cieszę się porannym spacerem z moim psem Nico-san, siedmioletnią miłą suczką, wśród kwiatów wiśni.

Jak wiesz, rok temu odszedłem ze SPEC COPORATION na emeryturę, ale na szczęście mam wielu przyjaciół na całym świecie, w głównej mierze dzięki twoim recenzjom, a także artykułom na stronie „Jeff's Place”, którą na pewno znasz. Pod koniec listopada zeszłego roku zabrałem się do kompletowania budowy wzmacniacza DA30 (PX25A) dla Haralda-san, monobloków SET. Jego konstrukcja zajęła mi ponad dwa lata i wierzę, że włożyłem w tę budowę wszystkie moje umiejętności.

Jestem też w trakcie opisywania wzmacniacza mono PX25A Alana-san – to będzie czwarta część artykułu dla „Jeff's Place”. W artykule mówię o zniekształceniach i charakterystyce fazowej we wzmacniaczach mocy. Mam nadzieję, że znajdziesz tam coś dla siebie i że w swoim codziennym słuchaniu muzyki będziesz mógł coś z tego dla siebie wziąć.

Jeszcze jedna rzecz – spróbuj zainstalować w swoim systemie jeszcze jeden „Real-Sound Processor”, ale tym razem przy wyjściach głośnikowych wzmacniacza. Jestem pewien, że dostrzeżesz ciekawe zmiany.

Pozdrawiam,
Shirokazu

Shirokazu Yazaki-san postanowił uczcić naszą rocznicę i przygotował krótką serię swoich „procesorów dźwięku”, modelu AZ9EX, wykończonych lakierem Urushi. Pierwszy egzemplarz można będzie zobaczyć już za kilka dni w czasie wystawy High End 2019 w Monachium. Pisałem już o tym, że kilka zaprzyjaźnionych firm, nasi przyjaciele, postanowiło z okazji naszej rocznicy przygotować specjalne wersje swoich produktów, a SPEC AZ9EX Limited Edition będzie jednym z nich.

Pierwsza była jednak płyta Hollywood Trio, z Larrym Goldingsem, Darkiem „Olesiem” Oleszkiewiczem i Adamem Czerwińskim, wydana przez AC Records, na której znajdą państwo rocznicowe logo naszego magazynu, a w środku parę słów na temat wydawcy, napisane przez waszego naczelnego :) Kolejne dwie płyty w przygotowaniu.

Kolejnym produktem, którego dostawa jest właśnie kompletowana, to najnowszy, limitowany kabel zasilający Acrolink Mexcel 8N-PC8100. Będzie się wyróżniał detalami, jak całkowicie czarnymi wtyczkami, na których znajdzie się logo naszego magazynu, a także drewnianym pudełkiem. Wyprodukowanych zostanie tylko 15 sztuk tej wersji. Kolejne wspólne przedsięwzięcia już wkrótce – wśród nich zupełnie odjechana, wymuskana wersja wzmacniacza Haiku-Audio SEnsei 300B.

Me, Myself and I | W ciągu piętnastu lat, które upłynęły od powstania „High Fidelity” zmieniło się tak wiele, że można by powiedzieć, że żyjemy w zupełnie innym świecie. O kilku zmianach już mówiłem, a do nich można by dodać „rewolucję streamingową”, która całkowicie zmieniła przyzwyczajenia muzyczne większości ludzi. Z drugiej strony potwierdziło się, że nasza branża jest niezwykle konserwatywna. Przywiązanie do nośników fizycznych, w tym powrót płyty gramofonowej w skali, której nikt nie przewidział, rozkwit rynku urządzeń vintage i na nich wzorowanych, wciąż silny opór przed wzmacniaczami pracującymi w klasie D – to tylko kilka najważniejszych.

Z drugiej strony mięliśmy rewolucję polegająca na tym, że nagle wszyscy zaczęli słuchać muzyki przez słuchawki. Kilkanaście lat temu była to metoda niszowa, głównie studyjna, przez pozostałych traktowana jak dziwactwo. Dzisiaj słuchają w ten sposób dzieci, młodzież i dorośli. Zadziwiające jest więc – tak przy okazji – że wydawcy nie proponują specjalnych wersji albumów zmiksowanych pod kątem tego typu odsłuchu – rzecz dla mnie absolutnie niezrozumiała.

Zdjęcie piszącego te słowa zamieszczone w magazynie „Hi-End.pl”, rok (chyba) 2001 – pracowałem wówczas w salonie hi-fi/high-end o nazwie Audioholic

Zmieniłem się również i ja. Proszę mi wybaczyć, że kolejny raz wracam do mojej osoby, ale to chyba ten moment, w którym mogę powiedzieć coś o sobie i nie wyjść na bufona. A jest to zasadne o tyle, że pisma w rodzaju „High Fidelity” są odbiciem swoich założycieli.

Co powiedziawszy dodam, że jestem szczęśliwy z tego powodu, że pisze dla nas Marek Dyba, że co jakiś czas możemy opublikować felietony Witka Kamińskiego i Macieja Tułodzieckiego, że newsami opiekuje się Bartek Pacuła, że przez tyle lat fantastycznie współpracuje mi się z Bartkiem Łuczakiem, który odpowiada za graficzną stronę magazynu. Dziękuję też z całego serca ludziom, którzy pracowali z nami wcześniej: Łukaszowi Chmurze, który ze mną wymyślił pierwszy layout pisma i je przez kilka lat przygotowywał od strony technicznej, Krzysztofowi Kalinkowskiemu, jednemu z redaktorów przygotowujących testy, Andrzejowi Dziadowcowi, który przez wiele lat w fantastyczny sposób tłumaczył testy dla wersji angielskiej.

Obok systemu odniesienia i użytych do odsłuchu płyt, równie ważnym elementem testu jest osoba testującego, a w przypadku HF to jest przede wszystkim piszący te słowa. Czym się więc kieruję w ocenie urządzeń? Byłoby idealnie, gdybym powiedział: prawdą obiektywną. Żyjemy jednak w świecie subiektywnych wrażeń i odsłuch jest jedną z takich sytuacji. Wypracowana przeze mnie metodologia testów, bogata biblioteka nagrań, a także doświadczenie pozwalają zawęzić zakres „prawdopodobieństwa”, czyli to, że moje spostrzeżenia będą prawdziwe. Nigdy jednak nie będzie to prawda w 100%. To zawsze będzie w pewnej części moja prawda.

Chciałbym powiedzieć więc kilka słów na temat tego, jakimi kryteriami się kieruję, co cenię, a czego nie. W czasie testu staram się najpierw rozpoznać, zrozumieć, a potem opisać poszczególne składniki brzmienia – barwę, dynamikę, selektywność, detaliczność, sposób obrazowania itd. To rozkład brzmienia na czynniki pierwsze, coś w rodzaju wiwisekcji. Z kolei w drugim etapie staram się zrozumieć, co dana kombinacja cech wnosi do brzmienia płyt, przede wszystkim na poziomie emocjonalnym. Muzyka to bowiem emocje.

Są dwie możliwości, jeśli dźwięk urządzenia mnie nie „bierze”: albo urządzenie nie jest specjalnie udane, albo nie jest dla mnie. W pierwszym przypadku nie „zgadzają się” podstawowe elementy brzmienia o których pisałem i takie urządzenie odsyłam bez testu. Nie mam dla nich czasu. W drugim przypadku elementy o których mówię są na wysokim poziomie, a jedynie ich złożenie, czyli efekt końcowy, do mnie nie przemawia. W takim przypadku staram się pokazać dla kogo dany produkt mógłby być, komu się powinien spodobać i z jaką muzyką sprawdzi się najlepiej. Należy się im szacunek i jestem przekonany, że znajdą ludzi, którzy je pokochają.

Schemat pokazujący układ mojego pokoju odsłuchowego.

Jest jednak trzecia kategoria urządzeń – to te, które mają podstawowe elementy na wysokim poziomie i w dodatku trafiają w mój gust, w moje rozumienie dźwięku. I, bądźmy szczerzy, chociaż wciąż powtarzam, że to moja i wyłącznie moja opinia, to tak naprawdę uważam, że mam rację i to jest ten właściwy, prawdziwy dźwięk. Proszę mi to wybaczyć, naprawdę nie chcę zabrzmieć jak zadufany w sobie idiota, ale chciałbym, żeby to było jasne, inaczej całe to moje pisanie można by o kant kibla rozbić: muszę wierzyć w produkt, żeby go polecać, żeby się nim zająć. Muszę też wierzyć w to, że mam rację, inaczej bylibyśmy w świecie „być może”, a to nie jest mój świat.

Mój dźwięk | Jaki jest więc ten „mój” dźwięk? Jego podstawową cechą jest rozdzielczość. To kategoria zupełnie podstawowa i wymykająca się prostym opisom, niebywale trudna do „poprawy” przez konstruktorów. Rozdzielczość przejawia się w bogactwie i swego rodzaju „spełnieniu”. W takim dźwięku dzieje się mnóstwo rzeczy, mimo że nie słyszymy żadnych detali. Bo rozdzielczość jest przeciwieństwem detaliczności. Urządzenia rozdzielcze wydają się najczęściej ciemne. A przecież jest tam znacznie więcej informacji niż w jasnym i detalicznym brzmieniu. Są one jednak elementem czegoś większego, jak barw, dynamiki, różnicowania. Dlatego też do rozdzielczości trzeba dojrzeć, trzeba się osłuchać, żeby ją docenić.

Niemal wszyscy rozpoczynający swoją przygodę z perfekcjonistycznym dźwiękiem, to jest z audiofilizmem, uważają, że im więcej detali w dźwięku, tym lepiej. Brzmienie ich systemów jest więc jasne, wyraziste, przejrzyste. Ale i dotkliwie puste. Nie idźcie tą drogą, uciekajcie od takich stref jak najdalej!

Drugim elementem, na który zawsze zwracam uwagę jest barwa. Wiąże się ona z tym, co powiedziałem wcześniej – musi być ona zrównoważona, ale z lekkim przechyłem w kierunku wypełnienia i ciepła. Brzmienie, którego szukam i które mam w systemie referencyjnym oparte jest więc o środek pasma, ale taki, który ma podstawę w niskim basie i rozdzielczej górze. To musi być dźwięk nasycony, czyli taki w którym nie ma „dziur” i płycizn.

To musi być również pewna całość. Jeśli coś z dźwięku wyskakuje, albo zwraca na siebie uwagę, to znak, że brakuje mu spójności. A tego nie lubię. No i obrazowanie również jest dla mnie bardzo ważne. Składa się na nie zarówno klasyczna „scena dźwiękowa”, jak i „bryła”. Pierwsze mówi o tym, jak instrumenty i głosy są rozmieszczone w planie „widocznym” przed nami, a w przypadku nagrań z zakodowaną informacją binauralną także wokół nas. To drugie mówi o tym, jak odbieramy poszczególne źródła dźwięku, to jest jak trójwymiarowe się nam wydają.

To dla mnie ważny aspekt. Nie mam fetyszu „przestrzeni”, ale też wiem, że kreacja muzyki w domu wymaga podkreślenia tego elementu przekazu. Przy słuchaniu muzyki na żywo w lokalizacji pomaga nam wzrok, dający o niej nawet 80% informacji, a kiedy ich nie ma, musi to być wspomagane przez wykreowanie większych różnic – dopiero wtedy nagranie wydaje się wiarygodne i prawdziwe.

I wreszcie wolumen. To rzecz najmniej uchwytna, ale dla mnie kluczowa. Wolumen to aspekt powiązany z obrazowaniem. Chodzi o takie pokazanie instrumentów, aby nie były małym „pyknięciem” między kolumnami, a miały głębię, wysokość, szerokość, mięsistość (miąższość). Instrument powinien mieć możliwie duży wolumen, choć bez przesady. Suche i jasne systemy niemal nigdy nie potrafią przekazać poprawnie tego aspektu.

Tak, pokrótce, wygląda mój pogląd na reprodukowaną muzykę. Dochodzą do tego szybkość i dynamika.

15 lat później | Piętnaście lat temu audiofilizm wydawał się wyczerpywać swoje możliwości. Rolę najważniejszego medium przejmowała płyta DVD, a młodzi ludzie odpłynęli w kierunku gier. Wydawało się też, że pisma drukowane czeka szybki upadek.

Nic z tego się nie sprawdziło. DVD i jego następca Blu-ray są dzisiaj ważne, ale nie dla nas. Znacznie ważniejsza dla branży jest ścieżka tzw. „custom”, czyli instalacyjna. Ludzie wciąż grają na potęgę, to się nie zmieni, ale także – ponownie – słuchają muzyki. Jeszcze nigdy tak wiele muzyki nie było dostępnej za tak małe pieniądze. A wydawcy prasowi, którzy w umiejętny sposób łączą treści internetowe z klasycznym „papierem”, ponownie są na fali. Wystarczy prześledzić wywiady, które na przestrzeni ostatnich trzech lat, w serii „The Editors”, prowadziłem z najciekawszymi dziennikarzami audio z całego świata (więcej TUTAJ).

Potwierdziła się za to diagnoza dotycząca bezpośrednio nas. Chodzi o to, że audiofilizm jest pasją, często stylem życia. Muzyka to najpiękniejsza forma sztuki i aby usłyszeć ją w całym bogactwie, musi być ona odtworzona na systemie audio wysokiej klasy. Zajmujemy się więc sztuką w jej najlepszym wydaniu. I wystarczy być w tym wszystkim uczciwym. Tylko tyle i aż tyle. To dlatego jestem dziennikarzem, dlatego jestem audiofilem. I jestem z tego dumny.

W imieniu całej redakcji „High Fidelity” dziękuję państwu za ostatnie piętnaście lat i proszę o więcej!

Wojciech Pacuła
redaktor naczelny

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Patronujemy

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia hifistatement linia Net Audio


Audio Video show


linia
Vinyl Club AC Records
linia
Audio Video show