pl | en

No. 123 lipiec 2014

ReklamaAdvertising

POCHWAŁA LAT 70.
LED ZEPPELIN, SUPER DELUXE BOX SET: I, II, III



Ale najpierw koncert Gabriela

gubiliście państwo kiedyś bilety na ważne dla was wydarzenie? A zgubiliście je w chwili, kiedy na imprezę już wchodziliście? Jeśli tak, to pewnie pamiętacie to obezwładniające uczucie, moment, w którym wszystko odpływa z twarzy w kierunku, nagle ciężkich jak ołów, nóg. Całkowita pustka w głowie, a wy w szoku kręcicie się w kółko, szukając gorączkowo, przetrząsając wszystkie kieszenie, zakamarki, pytając nawet przechodzących obok ludzi, czy przypadkiem zguby nie widzieli. Nic chciałbym widzieć wyrazu mojej twarzy, kiedy coś takiego się przytrafiło właśnie mnie.

Do Łodzi, na koncert Petera Gabriela, pojechałem z synem i Andrzejem, naszym przyjacielem. Na miejscu mieliśmy się spotkać z kolejnym przyjacielem, też Andrzejem, który miał nas po mieście oprowadzić, pokazać co nieco i wskazać miejsca, gdzie można dobrze zjeść i dobrze się napić. Wywiązał się z zadania znakomicie – takiej Łodzi jeszcze nie widziałem, nawet nie przypuszczałem, że istnieje. Zapisana wcześniej w mojej pamięci jako miasto ruin i niebezpiecznych ulic, teraz widziana jest przez pryzmat genialnych loftów, z mieszkaniami, restauracjami, biurami, przez filtr nałożony za pomocą fantastycznego jedzenia i niesamowitych miejsc, w których można się napić. Miasto trzech kultur, ale na serio, nie na papierze. Tak się złożyło, że niedługo później, w czerwcowym wydaniu magazynu „Dom & Wnętrze” ukazał się reportaż o jednej z knajp, o którą tamtego wieczora zahaczyliśmy, o nazwie Zmiana Tematu (Lena Szydłowska, Zmiana Tematu, „Dom & Wnętrze”, nr 6, czerwiec 2014, s. 129-130). Knajpka ulokowana jest w części ulicy Piotrkowskiej nie do końca kojarzonej z dobrym jedzeniem, a ostatnio dynamicznie się rozwijającej. Mówi się o niej Off Piotrkowska.
Znakomite wrażenie robi odwiedzona przez nas w drugim dniu Manufaktura, ale o niej wszyscy wiedzą. Niewielkim zgrzytem, ale chyba tylko dla mnie, była wizyta w Muzeum Miasta Łodzi, Galerii Muzyki im. Artura Rubinsteina, w którym zgromadzono pamiątki po kultowym, dziś można by powiedzieć, pianiście. Postać związana z Łodzią równie mocno, jak prezentowani kilka pokoi wcześniej Jerzy Kosiński (o którym pisałem pracę magisterską, więc duże przeżycie) czy Marek Edelman, Władysław Stanisław Reymont i Julian Tuwim. Pamiątki, w tym odlew dłoni pianisty, złote i platynowe płyty, mruczący w kącie przedwojenny gramofon z wbudowanym głośniczkiem. I zabrakło tylko jednego: płyt, które mistrz nagrał, i urządzenia, na którym można by je odtworzyć. Przecież pamięć o muzyku tkwi w nutach i ich realizacji, tj. płytach. To tak, jakby mówić o pisarzu bez jego książek, prawda? Widać, nie tylko w pismach wnętrzarskich i designerskich nie wiedzą, co z tym fantem zrobić, nie mają pojęcia, jak zabrać się do urządzeń audio, stanowiących przecież ważną część życia dużej grupy ludzi.

Dobrze nastawieni, choć trochę zmęczeni, nabuzowani przed koncertem pognaliśmy do Atlas Areny. Po wejściu na jej teren, tuż przed wejściem do obiektu, syn podał mi bilety, prosząc, żebym je potrzymał. Dwa kroki dalej już ich nie było. Trzymałem w ręku pustą papierową „kopertę”, w której do nas przyszły pocztą. Widać trzymałem ją tak, że się wyśliznęły. Momentalnie wróciliśmy do miejsca, w którym przed chwilą staliśmy, jednak biletów – to chyba jasne – nie było. Trzeba było widzieć wyraz mojej twarzy, musiałem wyglądać, jakbym miał zaraz umrzeć, tu i teraz, natychmiast. Człowiek jest dziwnym stworzeniem – zamiast pomyśleć, zrezygnowany rzuciłem, że wracamy, co najwyżej się upijemy i damy się odwieźć Andrzejowi do Krakowa.
Tymczasem niedaleko wyjścia obskoczyło nas kilku gości, oferując bilety do sprzedania. Co tam, do diabła – już tu jesteśmy i Gabriela zobaczymy! Wybraliśmy miejsca niedaleko od tych, które przed chwilą straciliśmy i wróciliśmy w kierunku hali. W jakiejś mierze pokonani, trochę jednak rozluźnieni, bo nie tak całkiem w jaja dostaliśmy, poszło trochę bokiem. Miało to swoją cenę, ale lepiej bokiem niż centralnie.
Przed jej wejściem naszą uwagę zwróciła mała blaszana budka z ludźmi w środku. To organizator przygotował ją do kontaktu z nami – klientami. Nie wierząc w to, że cuda się zdarzają, podszedłem i zapytałem, czy przypadkiem ktoś nie odniósł dwóch biletów. Idiotyczne, wiedziałem to wtedy, wiem i dziś. Z szacunkiem odwróciło się do nas parę głów – najwyraźniej z taką brawurą nikt tutaj nie miał do czynienia od dawna.
Coś w mojej twarzy musiało jednak poruszyć młodego człowieka po drugiej stronie okienka, bo kiedy się już odwróciłem, żeby w tym półsłodkim, półgorzkim nastroju pójść na koncert, zapytał, czy przypadkiem nie kupowałem biletu przez internet. Kupowałem. „– Więc mogę panu wystawić jego kopię. Właśnie sprawdziłem i nikt jeszcze na ten zgubiony nie wszedł.”
Poprzedni bilet anulowaliśmy, wydrukowaliśmy nowy i tak mieliśmy już cztery bilety na dwie osoby. Szybka decyzja i syn pognał do gościa, u którego kupiliśmy ów „ratunkowy”. Krótkie targi i odsprzedał mu go za połowę zapłaconej przez nas kwoty. I tak straty zostały zminimalizowane.

Jak się zaraz okazało, bilety warte były każdej ceny. Koncert był fenomenalny. Podzielony na trzy części, poprzedzony był supportem: mini-koncertem dwóch młodziutkich artystek, Jennie Abrahamson & Linnei Olsson. Ta pierwsza grająca na elektronicznym wibrafonie, druga na wiolonczeli, obydwie śpiewające. W czasie koncertu ta pierwsza śpiewała partie, które na So, albumie wykonywanym w trzeciej części występu, należały do Kate Bush. I było pięknie, powiedziałbym, że to nowa, świeża wersja Bush. Kate to klasyka, nikt jej tego nie odbierze, jednak Abrahamson zaśpiewała wybitnie. Ponieważ Linnea Olsson wydała już swoją debiutancką płytę pt. Ah!, szybko ją na drugi dzień po koncercie zamówiłem. Piękne, liryczne spojrzenie, długie dźwięki w stylu 4AD z czasów This Mortail Coil, może trochę za długo. W duecie było bardziej ciekawie. Ale warto tego posłuchać.

I jeszcze o koncercie Yes

Gabriel wykonywał w Łodzi coś, co można nazwać „remasteringiem live” – wraz z oryginalnym składem (nasz przyjaciel Levin, którego niedługo wcześniej widzieliśmy w małym klubie w Krakowie, na basie!) odegrał w całości, od A do Z pochodzący z 1986 roku album So. Zrobił to genialnie, w jego przypadku wiek działa na korzyść.

Ciekawa jest jednak sama idea tego typu występów. Może i nie nowa, ale ostatnio coraz bardziej popularna. Niedługo później, 2 czerwca 2014 roku w warszawskiej Sali Kongresowej odegrano bowiem aż trzy klasyczne albumy: The Yes Album, Close to the Edge i Going for the One. Czegoś takiego, tak dobrze zagranego, nagłośnionego i zaśpiewanego koncertu dawno nie widziałem. Yes, zespół, który debiutował w 1968 roku (!), to dzisiaj grupa dziadków. Życzyłbym jednak każdemu tego ognia, który zaprezentował Steve Howe, gitarzysta, który dołączył do grupy tuż przed nagraniem w 1971 roku The Yes Album. To mistrz prawdziwy, geniusz gitary, człowiek o cudownych palcach. A do tego Chris Squire, który wraz z Jonem Andersonem zakładał Yes – na basie. Nie wiedziałem, że Steve i Chris tak fantastycznie śpiewają! Równie niesamowity był perkusista Alan White, choć pozostawał w cieniu klawiszowca, Geoffa Downesa. Zastanawiało jedno: współzałożyciel Yes, Jon Anderson, już z zespołem nie śpiewa. Zamiast niego na wokalu miał wystąpić Jon Davison, który dołączył do zespołu dwa lata temu.
Znam i lubię oryginalny skład Yes. Uwielbiam głos Jona, także w duecie z Vangelisem. Ale to, co się działo na scenie, jaki power do muzyki wniósł młodziutki – w kontekście pozostałych muzyków obecnych na scenie – Davison, tego nie da się opisać. Barwa jego głosu jest niezwykle podobna do głosu Andersona, a przy tym na tyle inna, że nie trzeba ich porównywać. No i do tego zachowanie muzyka – jakby go ktoś wstrzelił na scenę wprost z początku lat 70., wraz z ciągnącą się jeszcze za nim smugą dymu i charakterystycznym zapachem.

Lata 70.

Bo lata 70. związane są z narkotykami. Ale i narodzinami najlepszej części muzyki rockowej, jaka do tej pory powstała: progresywnego rocka i heavy rocka, którego „dzieckiem” jest heavy metal. Choć trudno to jeszcze dojrzeć, lata 70. były chyba najbardziej płodnym okresem w muzyce rockowej, podobnie jak w jazzowej lata 50. Okres pomiędzy 1970 i 1979 rokiem wciąż jest jednak czymś w rodzaju „wstydliwej przyjemności”. O ile lata 50. i 60. są we wnętrzarstwie, designie, nawet budownictwie hołubione, o tyle to, co po nich przyszło, uważa się często za „zepsute” i pozbawione smaku. Myślę, że to wciąż zbyt bliski nam okres, żebyśmy mogli go ocenić obiektywnie.
A przecież właściwie pokazany – jest fantastyczny. Byliście już państwo na filmie X-Man: Przeszłość, która nadejdzie? Jeśli lubicie tego typu historie, to obowiązkowa, chyba najlepsza część całego cyklu (X-Men: Days of Future Past, reż. Bryan Singer, 2014). Rzecz dzieje się w dwóch planach czasowych, z latami 70. będącymi punktem wyjścia. Obok innych gadżetów, charakterystycznych dla epoki, uwagę zwracają tam gramofony w pokojach doktora młodego Charlesa Xaviera, w tej roli bardzo dobry James McAvoy, magnetofon szpulowy w jego gabinecie, porozrzucane płyty i taśmy – znak, że muzyka stanowiła ważny element życia. A scenarzyści to pokazali. Trzeba jednak powiedzieć, że mieli wówczas co na swoich systemach audio, bo to pierwsze prawdziwe systemy, puszczać. A do tego wyjątkowo dobrze dobrane utwory do soundtracka (choć muzyka oryginalna już tak dobra nie jest): Roberta Flack i The First Time Ever I Saw Your Face, Alice Cooper i Hello Hooray, a do tego pozostający w pamięci na długo, skojarzony z obrazem Time In a Bottle Jima Croce’a.

Grupa Yes właśnie w latach 70. odnosiła największe sukcesy, a jej albumy z tego okresu uznawane są za najlepsze. Choć bez dwóch wcześniejszych albumów, Yes z 1969 roku i otwierającego dekadę Time and a Word z 1970 nie byłoby ani The Yes Album (1971), ani Fragile (1972), ani Close to the Edge (1972). Z identyczną sytuacją mamy do czynienia w przypadku grupy Led Zeppelin, która wyznaczyła w mocnym rocku ścieżkę dla innych, równie szeroką, jak Yes w rocku progresywnym.
Wydany w 1969 roku debiut oznaczany rzymską cyfrą I był nie tylko przygrywką, ale stanowił kompletną całość z trzema albumami, które po nim przyszły - II, III, IV - definiując styl grupy. Dlaczego łączę 1969 rok z dekadą lat 70.? Oto fragment z książki Polski New Look. Ceramika użytkowa lat 50. i 60. Barbary Banaś, która dobrze pokazuje, że prawdziwy początek siódmej dekady miał miejsce rok wcześniej:

Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte XX wieku w Zachodniej Europie to dwie dekady o wyraźnie różnych obliczach. Pierwsza była pionierskim etapem wdrażania zachodnich społeczeństw w nowy model aktywności, w konsumpcjonizm na wzór amerykański. Ogromne zapotrzebowanie na wszelkiego rodzaju dobra stymulowało popyt na nowe towary. Zimnowojenna atmosfera, podsycanie zagrożenia, to w pewnym stopniu czynniki mobilizujące młode pokolenie pragnące wyrwać się z wojennej traumy rodziców i czerpać przyjemność z oferowanych przez życie przyjemności. Wzornictwo z tego okresu zdominowane przez nurt organiczny awizujący się nie tylko płynnością kształtów, ale i żywiołową kolorystyką doskonale spełniało oczekiwania odbiorców. Nową stylistykę utożsamiano z pojęciem nowoczesności będące udziałem dnia codziennego. Dynamiczny postęp technologiczny dał człowiekowi narzędzia do zgłębiania własnego ciała, poznawania okiem niedostępnych dotąd rejonów mikroświata organicznego, ale także umożliwił realizację futurystycznych wizji penetrowania świata. Samoloty pasażerskie pozwoliły na szybkie podróżowanie po całym globie, w kosmicznej przestrzeni pojawiły się pierwsze sputniki. O palmę pierwszeństwa w podboju pozaziemskiej sfery ścigały się dwa mocarstwa: Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Kolejną dekadę - lat sześćdziesiątych – można zamknąć w dwóch związanym z tym wydarzeniach. 12 kwietnia 1961 roku na statku Wostok wylatuje na orbitę okołoziemską Jurij Gagarin – pierwszy człowiek w kosmosie. 20 lipca 1969 roku Apollo 11 dociera na Księżyc, a Neil Armstrong stawia ów historyczny „mały krok człowieka”, pierwszy krok na Srebrnym Globie.

Barbara Banaś, Polski New Look. Ceramika użytkowa lat 50. i 60., Wrocław 2013, s. 201.

Led Zeppelin, SUPER DELUXE BOX SET: I, II, III

12 stycznia 1969 roku ukazuje się w USA debiut Led Zeppelin, grupy założonej przez Jimmy’ego Page’a, w październiku tego samego roku album oznaczony cyfrą II, a dokładnie rok później, już w 1970 roku, płyta III.
2 czerwca 2014 firma Atlantic dała fanom do ręki ich całkowicie odświeżone wersje. Dostępne są w wielu formatach i konfiguracjach, ze stojącymi na samej górze Super Deluxe Box Set. W pięknych pudłach dostajemy:
• zremasterowany materiał oryginalnej płyty na CD,
• zremasterowany materiał z dodatkowym materiałem na CD:
- z pierwszą płytą dostajemy koncert Led Zeppelin Live at the Olympia, niepublikowany materiał z października 1969 roku, zarejestrowany w Paryżu,
- z drugą otrzymujemy alternatywne miksy pięciu utworów z albumu II, ścieżki do Thank You oraz Living Loving Maid (She’s Just A Woman), a także niepublikowany kawałek pt. La La,
- wraz z trzecią kupujemy siedem niepublikowanych utworów (odrzutów z sesji), a także trzy nieznane wcześniej utwory - Jennings Farm Blues, instrumentalny poprzednik Bron-Yr-Aur Stomp, Bathroom Sound, instrumentalna wersja Out On The Tiles I ich wersję bluesowego klasyka, Keys To The Highway/Trouble In Mind.
• ponad siedemdziesięciostronicowy album,
• numerowaną (pierwsze 30 000 sztuk) grafikę z okładką,
• kod do ściągnięcia plików w wysokiej rozdzielczości.

Dźwięk nowych wersji jest znakomity. Porównywałem je ze starszymi wydawnictwami cyfrowymi, zarówno europejskimi, jak i japońskimi. Remaster A.D. 2014 jest znacznie wyraźniejszy, ale nie jaskrawy. Najbardziej pomogło to rozciągnięciu basu i wokalom. Te ostatnie wreszcie na I brzmią tak, jak powinny. Ale najładniej lepsza rozdzielczość manifestuje się na II i III, przede wszystkim w bezkonkurencyjnym różnicowaniu dźwięków, mniejszej jazgotliwości, przy lepszej czytelności. Teraz wszystko jest wyraźniejsze, ale i cieplejsze. Mniej w tym wszystkim brudu. Rozumiem, że może się to komuś nie podobać. Ale słychać, że był to brud pochodzący z nie do końca prawidłowego transferu i z problemów z nośnikiem. Próba z wersją winylową wciąż przede mną, podobnie jak dłuższy odsłuch plików. Te ostatnie w pierwszym kontakcie są bardzo dobre. Zastanawia mnie tylko, dlaczego podstawowa płyta dostępna jest w postaci 24/96, skoro całość została zremasterowana w 24/192? Yes opublikowało swoje płyty właśnie w ten sposób. A dlaczego dodatkowy materiał ma częstotliwość próbkowania tylko 48 kHz? Tego naprawdę nie rozumiem. Pudła wydane zostały fantastycznie i będą ozdobą każdej kolekcji. Małym problemem jest fatalne tagowanie plików i ich słaby opis, a także brak sensownych grafik cyfrowych. Szkoda też, że nie pokuszono się o osobne zremasterowanie materiału na potrzeby płyt LP – te zostały nacięte z cyfrowych taśm-matek 24/192. Remastery przygotowano we współpracy z Jimmym Pagem. Słyszałem głosy wskazujące na to, że Jimmy jest w zasadzie niemal głuchy i niewiele do remasteringu wniósł. Pamiętajmy jednak, że konsensus dotyczący wydawnictw książkowych i w dużej mierze płytowych jest taki, że zaraz po wersji oryginalnej drugą w hierarchii jest ostatnia przygotowana z artystą odpowiedzialnym za nagranie. Tak jak w tym przypadku.
Skok na kasę? Chyba nikt w to nie wątpi, ja również. Zapłaciłem jednak z przyjemnością, kupując wszystkie trzy boxy. To kawał historii muzyki, wydanej w naprawdę dobry sposób. Drobne odstępstwa od ideału, jak winyle nacięte z cyfry (OK, to akurat jest duże odstępstwo), słabe otagowanie plików i ich downsampling – tego mogłoby nie być. Nic nie jest jednak idealne. Jak każdy kompromis, tak i ten wymaga od nas decyzji. Moim zdaniem – warto.

Polacy za granicą

Kładę nacisk na winyl nie bez powodu. To coraz bardziej „gorący” temat. Jestem pewien, że wkrótce się „przegrzeje”. Będzie to jednak wysoko ponad poziomem morza, kiedy branża związana z czarnym krążkiem będzie się już kręciła jak trzeba. Ale póki co, mamy do czynienia z wysypem nowych wydawnictw. Ponieważ jest ich tak dużo, wydawcy zaczynają szukać czegoś świeżego. I znajdują to m.in. w Rosji – patrz recenzja soundtracka do filmu Solaris TUTAJ – i w Polsce. Wydawnictwo The Vinyl Factory, którego wysmakowane reedycje znajdują się w londyńskim Design Museum (czytaj TUTAJ), opublikowało ostatnio ciekawy artykuł dotyczący mistrzów od łączenia brzmień retro z nowoczesnym groovem, grupą Skalpel (Polish sample kings Skalpel dig into their record collections, The Vinyl Factory” 28 maj 2014, czytaj TUTAJ). Tworzący go Igor Pudło i Marcin Cichy mają w swoich kolekcjach tysiące czarnych płyt. A przypomnijmy, że to nie pierwsza publikacja „The Vinyl Factory” tego typu – rok temu opublikowało artykuł przybliżający najlepsze okładki singli, również z Polski: 30 stunning 7″ sleeves from the Former Eastern Bloc (czytaj TUTAJ).

Po polskich wykonawców sięgnęło również jedno z najciekawszych wydawnictw z Japonii, firma Belle Antique. Wydająca krautrockowych klasyków, zapomniane bandy z Włoch, Kanady i Francji, tym razem sięgnęła po polskie perły. 25 kwietnia (termin został następnie przesunięty) postanowiono wydać pięć albumów grupy SBB: Pamięć, Nowy horyzont, Ze słowem biegnę do ciebie, Wołanie o brzęk szkła oraz Welcome. Nie znam wcześniejszego przypadku tak kompleksowego podejścia Japończyków do polskiego wykonawcy. Krążki ukażą się w formie mini-albumów (Cardboard Sleeve, mini LP), z obi, wytłoczone jako SHM-CD, z opcjonalnym boxem na wszystkie krążki. Cudowne! Jak mi mówił Michał Wilczyński z GAD Records, osobiście przyłożył rękę do tego wydawnictwa. Muszę ten temat podrążyć.

A będąc przy cyfrze i Japonii, powiedzmy, że „High Fidelity” ponownie znalazło się w piśmie „Stereo Sound”. W reklamie firmy Reimyo pan Kazuo Kiuchi zdecydował się poświęcić całą stronę skrótowi naszego testu przetwornika cyfrowo-analogowego Reimyo DAP-999EX Limited, chwaląc się nagrodą Statement Award, jaką DAC otrzymał. Dowiedzieliśmy się o tym od naszych japońskich przyjaciół, którzy przetłumaczyli nam też fragmenty całego tekstu. Ale nawet ci, którzy nie znają języka samurajów, z łatwością dostrzegą łacińskie znaki, układające się w słowa High Fidelity oraz Statement Award.


Na koniec

Nie wszystko, o czym chciałem napisać, zmieściło się tym razem. Nie chciałem jednak rozbijać spójności tekstu, osnutego wokół boxów Led Zeppelin. Powiem więc tylko skrótowo o kilku ważnych rzeczach. GAD Records wypuściło reedycje dwóch albumów Alex Band: pochodzącego z 1979 roku Zderzenie myśli oraz The Eccentric z roku 1980. To interesująca muzyka, bardzo dobry dźwięk. Postaram się o nich napisać kiedyś więcej.

Jakiś czas temu IKEA zapowiedziała wycofanie się z produkcji najpopularniejszego regału na 12” płyty LP o nazwie Expedit. W sieci natychmiast podniosła się wrzawa – w Niemczech powstała specjalna strona na Facebooku, która zebrała 8000 lajków. Szwedzka firma poinformowała natychmiast, że w to miejsce wprowadza regał o zbliżonym wyglądzie – Kallax.
I naprawdę na koniec przykład nowoczesnego wzornictwa związanego ze sprzętem audio – designerski głośnik o nazwie Witruwiusz, czytaj TUTAJ.

Wojciech Pacuła

ReklamaAdvertising

Kim jesteśmy?

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Audio”, „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.
"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.
Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.
"High Fidelity" od lat współpracuje z innymi pismami, zarówno polskimi, jak i amerykańskimi („EnjoyTheMusic.com”, „Positive-Feedback Online”) oraz niemieckimi („HiFiStatement.net”). Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com".

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

Foto

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM