pl | en

No. 125 wrzesień 2014

ReklamaAdvertising

KRÓL ROGER i RCM AUDIO SENSOR PRELUDE IC,
czyli wzmacniacz i jego twórca


1 maja magazyn „High Fidelity” obchodził 10-lecie swojego istnienia. Uświetnieniem okrągłej rocznicy był potężny konkurs, w którym czytelnicy mieli możliwość wygrać jeden z dwunastu specjalnie na tę okazję przygotowanych produktów polskich producentów. Choć początkowo miało ich być dziesięciu, skończyło się na dwunastu i trzech spoza Polski. Było świetnie! Zachęcam do lektury TUTAJ.
W dwóch kolejnych miesiącach publikowaliśmy teksty i zdjęcia przygotowane przez zwycięzców. Kolejny tekst postanowiliśmy opublikować w formie wstępniaka. Myślimy, że zgodzą się państwo z nami – zasługuje na to.
Jego autorem jest pan Witek Kamiński, pisujący co jakiś czas do „High Fidelity” (ostatnio TUTAJ), do którego systemu trafił przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio Sensor Prelude IC, jego unikatowa wersja.

Wojciech Pacuła

ztuka, w odróżnieniu od innych przejawów ludzkiej działalności, jest nie tylko działaniem bezcelowym, z punktu widzenia natury, ale i nie dosłownym. Tym się różni artysta od - na przykład - rzemieślnika, że pod wpływem rożnych bodźców zewnętrznych w jego wnętrzu rodzi się pomysł, idea, wrażenie, ogólnie rzecz biorąc pewna „forma” niematerialna, którą owa wrażliwa jednostka pragnie się z ogółem podzielić. Środki estetyczne, których do tego użyje, są już jedynie elementem przekazu owych niematerialnych „treści”, rodzajem języka, którym twórca komunikuje się z odbiorcą.

Starożytni Grecy, ojcowie naszej euro-amerykańskiej kultury, cenili piękno nie widziane, lecz „wiedziane”. Kształty budynków, posągów, plany miast miały wymowę o wiele głębszą niż czysto estetyczną - tę odbieraną zmysłami. Piękna szukano w proporcji, wynikłej z matematyki, którą również zaliczano do jednej ze sztuk. Starożytny Grek patrząc na świątynię, na jej bryłę, portal wejściowy odczuwał jej piękno zaklęte w formie, która była jedynie metodą wyrażenia proporcji i harmonii określonych matematycznymi obliczeniami, na przykład zasady „złotego cięcia”, czy też trójpodziału bryły. Czy to oznacza, że starożytni byli pierwszymi twórcami sztuki konceptualnej, nienadającej się dla masowego, niewyedukowanego odbiorcy? Czy to oznacza, że ich sztuka była niezrozumiała dla tych, którzy nie mieli pojęcia o owej „wiedzianej” wartości? I tak, i nie. Geniusz artysty polega, moim zdaniem, również na tym, aby potrafił on wyrazić owe wspomniane wyżej niematerialne „formy” w sposób zrozumiały nawet dla szeroko rozumianego ogółu. I tylko od niego zależy, czy użyty język form estetycznych będzie przemawiał do odbiorcy, czy stanie się dla niego zrozumiały, atrakcyjny i na tyle komunikatywny, że przeniesie go choćby w części do wewnętrznego świata artysty, zaklętego w dziele sztuki. W dzisiejszych czasach zabytki greckie odwiedzają miliony turystów. Bez względu na ich stopień wykształcenia czy zainteresowania sztuką antyku oraz preferencje estetyczne, ogromna większość poddaje się ich „niewyjaśnionemu” urokowi i sile. Mimo upływu tysięcy lat zaklęte w nich Piękno jest ponadczasowe i uniwersalne i wciąż tak samo silnie oddziałuje. W antycznej Grecji piękno utożsamiano z dobrem!

Król Roger to, mówię to tylko dla porządku, dzieło sceniczne Karola Szymanowskiego, którego libretto powstało we współpracy z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Obaj panowie byli pod wpływem bardzo modnej w owych czasach ideologii Nietzschego. Celowo nie będę używał słowa „opera”, gdyż po pierwsze dzieło to wymyka się z typowego schematu przyporządkowanego temu gatunkowi, a po drugie sam Szymanowski tak chciał. Cóż ma ono wspólnego ze sztuką antycznych Greków? Ano, bardzo wiele! Zarówno postacie, jak i cała sceneria są tutaj jedynie metodą, zrozumiałymi dla ludzkich zmysłów środkami artystycznymi do przedstawienia tematu przewodniego, którym jest rozdarcie ludzkiej duszy pomiędzy tym co „apollińskie”, a tym co „dionizyjskie”.
Król Roger, otoczony mauretańskimi uczonymi, uosabia to, co w ludzkiej „duszy” jasne, mądre, wyważone, stałe, przemyślane. Postać przybyłego nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co pasterza personifikuje to, co dzikie, nieokiełznane, instynktowne, ogarnięte rządzą szalonej i niepohamowanej zabawy. Do „piękna” poukładanego królestwa, będącego symbolicznym przedstawieniem ludzkiej „jaźni”, wkrada się „ferment”. Poddani zafascynowani, w pierwszej chwili, nowoprzybyłym pasterzem pląsają w ekstatycznym tańcu, by po chwili opamiętawszy się zażądać sądu nad nim. Od króla Rogera odchodzi żona i część poddanych a królestwo pogrąża się w chaosie rozdzieranego wątpliwościami władcy. Forma jest więc metaforyczna i symboliczna.

Szymanowski podjął karkołomną, jak na owe czasy, próbę uczynienia głównym bohaterem dzieła scenicznego element spoza świata wyobrażeń materialnych – ludzkie emocje, rozterki, wewnętrzną walkę odbywającą się w duszy lub, jak kto woli, głowie człowieka! Dzieło jest nie tylko niedosłowne i niejednoznaczne w swojej wymowie, ale nawet w zakończeniu autor nie dał swoim widzom ukojenia w postaci „recepty na życie”.
W ostatniej scenie Król Roger zwraca się ku słońcu, będącym z jednej strony atrybutem apollińskiej jasności i czystości, a z drugiej dionizyjskiego żaru i życiodajnej energii. Jak się nietrudno domyślić, Król Roger w dniu swojej premiery, w Warszawie w 1926 roku, został przyjęty chłodno. Dzieło zostało kompletnie niezrozumiane przez publiczność, która próbowała się doszukać w nim czysto estetycznych wartości, nie dostrzegając metaforycznej formy, pod którą kryła się prawdziwa treść. Co jest dość typowe i w kraju nad Wisłą wciąż niezmienne, sukcesu trzeba było szukać za granicą, gdzie kolejne prapremiery, począwszy od Pragi w 1932 r., przyjmowane były z entuzjazmem. Jak widać, „aby mieć swoją ulicę trzeba wyjechać za granicę”… Odniesienia do sytuacji polskich firm produkujących urządzenia audio są tutaj aż nazbyt oczywiste. Dzisiejsza krytyka nazywa Króla Rogera „wielkim odkryciem współczesności”, „wielką niedocenioną operą”.

Kim trzeba być, żeby zaprojektować urządzenie audio? Czy żarliwym miłośnikiem muzyki, ogarniętym dionizyjską rządzą, czy też zimno kalkulującym inżynierem w służbie apollińskiej techniki? To pytanie wiąże pozornie rozbieżne wątki tej wypowiedzi w jedną całość. Czy w głowie każdego inżyniera/twórcy, a może wręcz artysty, ma miejsce walka niczym z desek inscenizacji Króla Rogera?
Gdy spotykam się z prawdziwym Dziełem, nieważne w jakiej formie i z jakiego gatunku, w kontakcie z nim odczuwam to „coś”! To tak, jakbym gdzieś podskórnie odczuwał napięcie, energię zeń płynącą, nagromadzony w nim potencjał pasji jego twórcy. Są samochody jak Bugatti Veyron – na pierwszy rzut oka perfekcyjne, doskonałe „pomniki” współczesnej techniki. Można przyjechać do fabryki i wybrać wszystko, od kolorów tapicerki po zapach perfum w nawiewach klimatyzacji. A przecież to tylko ułuda, że samochód ten jest zrobiony tylko dla nas. I co z tego, że po świecie jeździć ma tylko chyba 500 sztuk. Za projektem tego super-auta nie kryje się nic poza setkami anonimowych inżynierów, z których każdy odpowiedzialny był za jakiś mikroniuansik. Nic poza dziesiątkami bezdusznych komputerów, które niestrudzenie wykonały biliony obliczeń. I nic poza estymą dawnej, przedwojennej marki Bugatti, z którą obecny produkt nie ma prawie nic wspólnego, poza naciągniętą jak guma w majtkach ideologią marketingowców.

Efekt jest imponujący, dopóki obok nie stanie na przykład Pagani Zonda. Jej właściciel nie może z dumą zaprezentować kartą kredytową (najlepiej czyjąś, jak to jest w modzie w grupie VV), że każda szczelina pomiędzy panelami karoserii jest równiutka i wąziutka jak… Może mieć za to pewność, że w jego egzemplarzu Zondy coś finalnie „dokręcił” sam właściciel i główny konstruktor Horacio Pagani, że osobiście dany model przetestował przed oddaniem przyszłemu właścicielowi!
Dzisiejsze Bugatti jest przy Paganim, poprzez sposób swojego powstania, co najwyżej unikatowym rękodziełem rzemieślniczym, będącym tylko dziełem sztuki użytkowej. Choć słowa „użytkowej” w zasadzie można by było nawet nie użyć.

Przedmioty codziennego użytku mogą być wyniesione do rangi dzieł sztuki, lecz nie poprzez precyzję wykonania, kunszt detalu czy użyte materiały, jak to jest często mylnie interpretowane. Może się tak stać, gdy ich konstruktorowi, podobnie jak malarzowi czy kompozytorowi, przyświecał inny cel niż czysto estetyczny. Wtedy elementy mechaniczne, oporniki, kondensatory, transformatory i inne są takimi samymi środkami wyrazu w rękach artysty, jak pędzel i farby w rękach malarza czy nuty dla kompozytora. Są jedynie środkiem do przekazania szerokiemu gronu odbiorców pasji, która spowodowała, że owładnięty nią twórca sięgnął po „dłuta” i zaczął rzeźbić, chcąc jak najszybciej się nią podzielić.
W „duszy” każdego twórcy toczy się wieczna walka między tym co apollińskie, a tym co dionizyjskie. Właśnie dlatego urządzenia audio są dla mnie tak fascynujące. Gdy na naszej drodze poszukiwań trafimy na takie dzieło sztuki, to jesteśmy to w stanie odczuć! Stajemy się empatyczni wobec świata „zamkniętego” w obudowie z metalu. Wewnętrzna „walka” konstruktora jest dla nas pożywką w postaci „energii” płynącej z urządzenia. Włączając je w nasz system, to tak jak byśmy jego twórcę zaprosili do siebie do domu, aby posłuchać nie muzyki samej w sobie, lecz tego, co On chce nam o niej opowiedzieć...

RCM SENSOR PRELUDE IC H-F 10/10 przybył do mnie pocztą. Kiedy po około trzech tygodniach w moim progu staną jego twórca, pan Roger Adamek, miałem wrażenie, jakbym go już dawno znał - SENSOR zdążył mi już o nim „opowiedzieć”! Nie chciałbym tutaj dublować testu tego urządzenia, bo i po co - napisał go przecież kilka lat temu SAM naczelny. Napiszę więc tylko trzy słowa (ale nie do ojca dyrektora…;-)): energia, otwartość i szczerość, to moim zdaniem cechy najlepiej opisujące i brzmienie SENSORA, i charakter osobowości jego twórcy. Na tym można by w zasadzie zakończyć opis tego urządzenia. Ale nie po to pisałem przecież cały wstęp, prawda? Zacznę więc od tyłu.

SZCZEROŚĆ - mam wrażenie, że Sensor nic nie zmienił w charakterze brzmienia mojego systemu, przy czym od razu uprzedzę, że w dobrym tego słowa znaczeniu. Wszystkie elementy dźwięku po jego podłączeniu były po prostu nie inne, lecz lepsze! Tam, gdzie był bas, było go więcej i lepiej wybrzmiewał, analogicznie z innymi zakresami. SENSOR gra równym dźwiękiem, nie faworyzuje żadnych zakresów. Podobnie przedwzmacniacz ten odniósł się do kwestii jakości dźwięku na płytach. Talent realizatorów wynagrodził z nawiązką, dobre rzemiosło poklepał po plecach, a tam, gdzie ktoś powinien zajmować się bardziej wypasaniem gąsek niż pracą w studiu nagraniowym, wysłał wypowiedzenie bez okresu ochrony i ubezpieczenia.

OTWARTOŚĆ - to ta cecha, która moim zdaniem określa nieskrępowany, przestrzenny dźwięk. Teoretycznie jest ona w sprzeczności z tak zwanym „analogowym brzmieniem” w jego potocznym rozumieniu. Ale sam w sobie dobry dźwięk z gramofonu nie ma przecież w ogóle nic wspólnego z „analogowym brzmieniem”, przynajmniej tym z niektórych, kolorowych reklam urządzeń z półek tuż obok mikserów i patelni. SENSOR spowodował, że dźwięk oderwał się od moich kolumn i poszybował to w górę, to w dół, na boki oraz w głąb, przez ścianę aż do sąsiada (za ulicą). Z otwartością brzmienia musi się wiązać oczywiście trzecia cecha, jaką jest:

ENERGIA - nie przez przypadek zostawiłem ją na koniec. Pan Adamek jest osobą niesłychanie „żywą”. Dwie i pół godziny z nim spędzone mija jak 10 minut, tyle się w tym czasie dzieje i tyle tematów jest do omówienia! Nie wiem, czy to jego główna cecha osobowości, bo go przecież nie znam zbyt dobrze, ale jest to na pewno ten element dźwięku, a może raczej jego cecha, którą odkrywamy od razu, zaraz po włączeniu SENSORA! O taaaaak, ten przedwzmacniacz potrafi zrobić z gramofonu bestię! Bez względu na to, czy na talerzu wyląduje płyta Kraftwerku, Metalliki czy też symfonia Mahlera, otrzymujemy potężny, wypełniający pomieszczenie dźwięk o dużym wolumenie i nieskrępowanej dynamice. Czyli tak, jak podczas słuchania muzyki na żywo, gdzie nie ma mowy o jakiejkolwiek kompresji, spowolnieniu uderzenia orkiestry, spłaszczeniu dynamiki. Do dziś pamiętam, jak 10 lat temu w wiedeńskiej katedrze stałem się niechcący uczestnikiem mszy z udziałem Wiedeńskich Filharmoników! Tak, to nie jest science-fiction, w niektórych zakątkach świata takie rzeczy mają miejsce! Chodzi o to, że poza całym urokiem Nelson Messe Josepha Haydna, wybitną grą muzyków i śpiewem chóru (Wiener Singverein), najważniejszą rzeczą, którą zapamiętałem z tego wydarzenia muzycznego, była niesamowita energia i dynamika bijąca z wykonywanej muzyki! Mam wrażenie, że moja audiofilska przygoda zaczęła się dopiero wtedy, gdyż po raz pierwszy zrozumiałem, czego w dźwięku poszukuję. Oczywiście, wszystkie inne elementy dźwięku, takie jak mikrodynamika, balans tonalny, detale, przestrzeń, itp., występować muszą,. Chodzi jednak o to, że brak tego właśnie jednego składnika, energii i wykopu, powoduje, że dźwięk jest nienaturalny i mdły jak zupa przygotowana z najwykwintniejszych składników, ale bez szczypty soli.

Wygląd urządzenia audio też moim zdaniem się liczy i tak samo silnie, aczkolwiek w inny sposób wyraża „ukryte” w nim treści. SENSOR jest urządzeniem bardzo eleganckim, lecz nienarzucającym się. Cechy te Anglicy określają prostym, ale trafnym: „quiet taste”. Oznacza to, że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, aby je docenić. Na przykład: dobre, czerwone, wytrawne wino nie będzie smakować dziecku, będzie dla niego gorzkie i palące! I taki właśnie jest z wyglądu SENSOR: wytrawny, dla smakoszy i znawców. Na szczęście pozbawiony tanich zagrywek w postaci niepotrzebnych wskaźników, kolorowych diodek informujących o „niby” stanie pracy i laserowo grawerowanych „wzorków” zerżniętych z internetu przez projektanta obudowy. Jego największą ozdobą jest tylna ścianka, jedno spojrzenie na bogactwo gniazd i przełączników mówi samo za siebie!

A skoro już padły słowa gniazda i przełączniki, warto z mojego punktu widzenia wspomnieć przynajmniej o jednym aspekcie technicznym SENSORA, który ma moim zdaniem ogromny wpływ na polepszenie jakości dźwięku. Urządzenie to jest w stanie pracować w trybie w pełni zbalansowanym. Po przełączeniu małego „hebelka” na tylnej ściance, wprowadzamy do SENSORA symetryczny sygnał bezpośrednio z wkładki gramofonowej i w takiej postaci przekazujemy go dalej do wzmacniacza, już normalnymi połączeniami XLR. Użyłem słowa „normalnymi”, gdyż katowicki przedwzmacniacz stosuje pewien techniczny „trik”, tudzież „myk”, przy połączeniu z gramofonem, do którego używa „zwyczajnych” połączeń typu RCA oraz przewodu masy. Nie wiem, czy z technicznego punktu widzenia taka „hybryda” jest OK, ale znając pana Adamka można być pewnym poprawności tego patentu. W każdym razie w sprzęcie nic się nie „smaży”, a dźwięk staje się co najmniej o klasę lepszy! Rozwiązanie zastosowane w SENSORZE, w odróżnieniu od niektórych, często o wiele droższych przedwzmacniaczy gramofonowych oferujących również wejścia XLR, jest o tyle lepsze, że znacząco rozszerza paletę gramofonów na wszystkie te, które posiadając „zwyczajne” połączenia RCA, pozwalając cieszyć się jakością symetrycznie prowadzonego sygnału!

SENSOR został włączony do mojego systemu specjalnie na tę okazję przygotowanymi przez firmę AVCORP.PL kablami SUPRA: IC SUPRA EFF-I by AVcorp XLR z wtykami NEUTRIK oraz sieciówka SUPRA LORad 2.5 CS-EU MkII by AVcorp. Jak ważna jest konfekcja kabla, czytelnicy HF mieli już okazję przeczytać na łamach pisma wiele razy i zawsze podobno wybuchała ostra dyskusja wiernych i heretyków. Mogę powiedzieć jedno: „koniec i bomba, a kto nie słuchał ten trąba” - jak mawiał usunięty z lektur szkolnych „wieszcz”.
A ponieważ ja i słuchałem, i jako heretyk zakazanych autorów też czytuję, mogę jednoznacznie stwierdzić, że Supry by AVcorp brzmią o niebo lepiej niż te z firmową konfekcją. Są przede wszystkim pozbawione szorstkości brzmienia, o którą Supra jest często posądzana, dźwięk jest gładki, pełny, nie nerwowy, wypełniony „czarną” substancją pomiędzy instrumentami. Kable wymagają dłuuuugiego wygrzewania, ale warto poczekać…!
Na koniec technicznych dywagacji muszę jeszcze podkreślić jeden wręcz wymóg, któremu trzeba sprostać, włączając SENSORA do swojego systemu. Zarówno sam przedwzmacniacz, jak i zasilacz znajdujący się w oddzielnej obudowie muszą koniecznie stać na własnych podstawach antywibracyjnych! Mam nadzieję, że po tylu słowach wypowiedzianych już na ten temat na łamach „High Fidelity” nie muszę nikomu udowadniać niekorzystnego wpływu jakichkolwiek drgań na przepływ wzmacnianego kilka tysięcy razy sygnału.

Pozostaje jeszcze odpowiedź na ostatnie pytanie, dla kogo przeznaczony jest SENSOR? Kosztuje on przecież niemałe pieniądze, stanowiące często wartość całego systemu audio. Na pytanie to nie umiałem odpowiedzieć, dopóki nie stałem się sam jego szczęśliwym posiadaczem. Z obecnej perspektywy, mając go w moim systemie od kilku miesięcy i po odsłuchach w systemach znajomych, uważam, że ten przedwzmacniacz gramofonowy jest po prostu przeznaczony dla wszystkich! W różnych systemach o różnych charakterach brzmienia zawsze zachowywał się bardzo neutralnie, nigdy nie narzucając swojego widzimisię. Bez względu na to, czy ktoś posiada drogi, z punktu widzenia przebytej drogi poszukiwań, „zamknięty” system audio, Sensor niczego w nim nie popsuje. Nawet jeśli mamy system początkujący, oparty na niedrogim gramofonie, to SENSOR, w przeciwieństwie do urządzeń za 1 kzł, „wyssie” z gramofonu i wkładki to co najlepsze. Warto nim uzupełnić swój drogi system, „dosypując” nieco soli i cukru, aby „zaostrzyć” smak. W tanich zestawach stanie się niezmiennym elementem, fundamentem, na którym i dookoła którego będziecie budować swoje kolejne systemy grające. Tak czy owak, SENSOR może być pewną inwestycją na lata. Raz włączony do waszego systemu pozostanie tam bardzo długo i ciężko będzie się Wam z nim rozstać! Uwierzcie, widziałem to w oczach ludzi, od których po testach zabierałem SENSORA do siebie, do domu.

SPRZĘT TOWARZYSZĄCY

  • wzmacniacz LUXMAN L-507s
  • odtwarzacz SACD YAMAHA CD-S2000
  • gramofon PRO-JECT RPM-5.1/ORTOFON 2M BLUE Custom Version One
  • kolumny VIENNA ACOUSTICS Beethoven Baby Grand
  • kable zasilające SUPRA LoRad 2.5 by AVcorp
  • ic z SACD SUPRA EFF-I XLR/NEUTRIK by AVcorp
  • ic sekcja przedwzmacniacza i końcówki mocy SUPRA EFF-I/NEUTRIK by AVcorp
  • ic gramofon VDH D-103 MKII
  • kable głośnikowe VDH THE REVELATIONS


www.architect-kaminski.com.pl


„Szukacie kolumn dla siebie, przyjaciół, albo rodziny kosztujących jakieś 3000 zł? A brzmiących jeszcze lepiej?” – Teraz trzeba za to po prostu zapłacić, bo konkurs, w którym można je było wygrać właśnie się zakończył. Nie ma się czym załamywać, Pearle 25 http://highfidelity.pl/@main-2119&lang= firmy Pylon, których specjalną wersję można było wygrać, są do kupienia w podstawowym wykończeniu za zaledwie 1499 zł (para). Tyle że ich specjalna, podrasowana wersja właśnie znalazła miejsce dla siebie. Patrząc na zdjęcie pod tekstem, który wraz z nim otrzymaliśmy, chyba nie ma wątpliwości, że pani:

BEATA DUDEK

za zdjęcie zatytułowane:

"MOJE DWIE MIŁOŚCI....."

zasłużyła sobie na wygraną.

Zadanie było proste i przyjemne: w dniach od 1 sierpnia do 28 sierpnia trzeba było przysyłać zdjęcie (po jednym na osobę), na którym chcieliśmy zobaczyć, w jakich okolicznościach „przyrody” czytacie państwo magazyn „High Fidelity”. Wyboru dokonała ta sama komisja, co poprzednio: Andrzej Dziadowiec, Bartosz Łuczak, Wojciech Pacuła. Wybór został dokonany jednogłośnie. Wszystkim pięknie dziękujemy za udział, a pani Bożenie GRATULUJEMY!!!


Witam Panie Wojtku!

Nazywam się Beata Dudek. Zdjęcie jakie postanowiłam zgłosić na konkurs zatytułowałam :

"Moje dwie miłości....."
Miłość- to najbliżsi których mamy
Miłość- to coś co tworzymy sami
Miłość- to dźwięki którymi się otaczamy
Wszystko to spójne- jak w przyrodzie którą kochamy.


Pragnę napisać kilka słów o powodzie mojego udziału w konkursie. Bardzo podoba mi się Pana czasopismo z artykułami opisującymi sprzęt, zamiłowanie do muzyki i w każdej wolnej chwili przeglądam "High Fidelity" oraz zagłębiam się we wszelakie tajniki dobrego brzmienia. Tak narodził się pomysł na sprawienie sobie dobrego sprzętu - oczywiście na miarę moich możliwości. Niestety budżet mam nieco ograniczony (ok 3000zł), ale od czegoś trzeba zacząć na dobry początek. Postanowiłam połowę przeznaczyć na wzmacniacz a resztę na kolumny. Zainspirowana artykułem testującym przez Pana - kolumny podłogowe Pylon Audio Pearl 25 oraz idealnie wpasowujące się w mój budżet i po wcześniejszym ich odsłuchu postanowiłam, że w niedługim czasie sprawię sobie takowe kolumny. Jako iż jestem miłośniczką dobrej muzyki wiem, że świetny efekt da się osiągnąć tylko na dobrym i sprawdzonym sprzęcie. Już miałam wizję - świetnie wyglądające, szczególnie w wybarwieniu na wysoki biały połysk - idealnie wpasowałyby się w mój salon. Kiedy po raz kolejny przeglądałam Pańską stronę natknęłam się na konkurs. Od razu zagościł uśmiech na mojej twarzy. Przeznaczenie?
To kolumny jakich pragnę, a nawet lepiej, bo w specjalnej wersji, znacznie ulepszone i w dodatku z Pana podpisem. W tym samym momencie wiedziałam, że takiej okazji nie mogę przegapić – tak, to konkurs wprost przeznaczony dla mnie. Postanowiłam więc, iż wezmę w nim udział i zrobię wszystko aby moje marzenie się spełniło.

Pozdrawiam z wyrazami szacunku,

Beata Dudek

ReklamaAdvertising

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Audio”, „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" od lat współpracuje z innymi pismami, zarówno polskimi, jak i amerykańskimi („EnjoyTheMusic.com”, „Positive-Feedback Online”) oraz niemieckimi („HiFiStatement.net”). Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com".

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

enjoythemusic linia positive-feedback linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM