pl | en

No. 131 marzec 2015

POCHWAŁA FORMATU
Cz. 1: Compact Cassette

askoczyła mnie informacja, którą gdzieś usłyszałem, jeśli mnie pamięć nie myli, to w Kronice Telewizji Kraków. Chodziło o to, że Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Krakowie ogłosiła akcję „Kaseciaki znów potrzebne” - zbiórkę starych magnetofonów kasetowych (więcej TUTAJ). Zaskoczenie brało się ze zderzenia przedmiotu akcji i świadomości tego, w jakich czasach żyjemy: no bo po co komu w XXI wieku, i to w drugiej jego dekadzie, magnetofony? Po przyjrzeniu się sprawie bliżej, wszystko stało się jasne: magnetofony kasetowe to nieoceniona pomoc dla ludzi niewidomych i niedowidzących.

Biblioteka z ul. Rajskiej ma w swoich zasobach ponad 5000 książek mówionych, czyli takich które zostały przeczytane przez lektora i nagrane na kasety magnetofonowe. Książka mówiona nie jest związana z żadnym medium, występuje zarówno jako płyta CD, plik internetowy, płyta gramofonowa, taśma szpulowa, jak i kaseta. Okazuje się jednak, że ta ostatnia ma zalety, jakich żaden inny nośnik nie ma – zatrzymana, pozostaje w miejscu zatrzymania, dopóki nie zostanie uruchomiona lub przewinięta. Dla ludzi, którzy z niej korzystają to cecha bezcenna. Można oczywiście wyobrazić sobie przewijanie płyty CD lub pliku, jednak dla znaczącej większości osób starszych jest to nie do przeskoczenia. A dla dużej części osób słabo widzących i niewidzących „czytanie” książek w ten sposób to jedno z ważniejszych źródeł radości w ich życiu.

Strażnicy Galaktyki

Renesans formatu Compact Cassette, tj. kasety magnetofonowej i magnetofonu kasetowego, z jakim mamy do czynienia w ostatnim czasie ma swoje źródło zupełnie gdzie indziej: w kulturze masowej. Jak pisałem we wstępniaku z lipca 2014 roku pt. Pochwała lat 70., po okresie dowartościowania kultury, a ogólniej – czasów z lat 60. ubiegłego wieku, powoli wkraczamy w okres waloryzacji lat 70. ze wszystkimi ich atrybutami. Wśród ikon tamtych czasów znajduje się również kaseta magnetofonowa. Motorem ponownego odkrywania, znowu jest kino. Po serialu Mad Man (2007-2014, reż. Matthew Werner), celebrującym lata 60. przyszedł czas na film X-Man: Przeszłość, która nadejdzie? (ang. X-Men: Days of Future Past, reż. Bryan Singer, 2014), w którym lata 70. pokazane są w pełnej chwale, a teraz wyprowadzony został cios ostateczny: film Strażnicy Galaktyki (ang. Guardians of the Galaxy, reż. James Gunn, 2014).

Jestem fanem tego typu kina, łatwo mi więc zarzucić wstępne „ustawienie”. Myślę jednak, że całkiem obiektywnie to po prostu dobry film, tyle że w kostiumie klasycznego SF. A do tego soundtrack, który jej towarzyszy, został wypromowany w sposób, jakiego jeszcze nie widziałem. Wszyscy, którzy film oglądali, pamiętają zapewne kilka scen mocniej niż inne. Znajdzie się wśród nich zapewne otwierająca, w której Peter Quill vel. Star-Lord, grany przez Chrisa Pratta, włącza w swoim Walkmanie (!) kasetę ze składanką przygotowaną niegdyś przez jego mamę i rzuca się w wir przygód. Nie zapomną zapewne również widoku magnetofonu kasetowego typu „deck”, jakby żywcem wyjętego z kokpitu dużego, amerykańskiego samochodu, ale tym razem zamontowanego w statku kosmicznym Star-Lorda.

Wszystko to kręci się wokół formatu, który swoje najlepsze chwile przezywał w latach 70. i 80., choć powstał w roku 1963, a ostatnie kasety duże koncerny wydawały jeszcze w połowie pierwszej dekady XXI wieku. Pięćdziesiąt lat dla formatu, który powstał na potrzeby dyktafonów i nigdy nie był uważany za „audiofilski”, to rzecz godna szacunku. Tym bardziej, że w 51 roku jego istnienia soundtrack z filmu, który jest przebojem kasowym (Strażnicy…) wychodzi właśnie na kasecie magnetofonowej i to ona uważana jest za ten „właściwy” format, kosztując przy tym ponad 60 dolarów amerykańskich…

Coś osobistego

O powstaniu, rozwoju i szczegółach technicznych Compact Cassette dowiedzą się państwo z artykułu przygotowanego przez pana Macieja Tułodzieckiego z Politechniki Warszawskiej pt. Kronika życia magnetofonów kasetowych. Nie ma sensu tego wszystkiego powtarzać, chciałbym więc zaproponować spojrzenie całkowicie osobiste, pozbawione dystansu. Tak się bowiem składa, że wychowałem się na płytach gramofonowych i na taśmach magnetofonowych, z obydwoma formatami mam związane wspomnienia z dzieciństwa i młodości.

Jednym z najdawniejszych wspomnień, jakie mam, jest słuchanie bajek na dobranoc z magnetofonu, będącego bliskim kuzynem pierwszego magnetofonu Philipsa EL3300. Wcześniejszych spotkań z bajkami na płytach gramofonowych nie pamiętam, ponieważ – znam to z opowieści – skończyły się po tym, jak gorącym żelazkiem wyprasowałem egzemplarz z bajką O krasnoludkach i o sierotce Marysi (1972), wydaną przez Polskie Nagrania, z plejadą najważniejszych polskich aktorów. Nie wiem, co mną powodowało, ale być może miałem już w głowie „płaską odpowiedź częstotliwościową”, albo też chciałem ją przed słuchaniem „wygrzać” – kto wie. Po przeprowadzeniu tej modyfikacji rodzice zmienili mi źródło sygnału, a moimi pierwszymi świadomymi „lekturami” stały się Dolina Muminków z niezapomnianymi piosenkami Tadeusza Woźniaka, Pinokio i inne – na kasetach magnetofonowych, słuchane przez niewielkie słuchawki firmy Tesla.

Kolejne wspomnienie związane magnetofonem wiąże się z dyskotekami, prowadzonymi przez starszego brata mojego kolegi z klasy. Miał on wówczas dwa magnetofony Unitra ZRK M-532SD, dzięki którym mógł miksować kawałki. Miał też dostęp do nowych płyt (na kasetach), ponieważ jego rodzina przysyłała mu je zza granicy. Marzyłem o takim magnetofonie długi czas, grając muzykę z – jak mi się wówczas wydawało – archaicznych płyt winylowych, aż stał się cud: wracając śpiesznym krokiem, właściwie pędząc, z zajęć WF-u, wyskoczyłem zza rogu na chłopaka z tej samej szkoły. Dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu (tak, trochę się plączę – tu „cud”, tam „los”, ale to musiało być coś szczególnego) zaatakowałem nosem bark nieznanego mi wcześniej kolegi, w wyniku czego z otwartym złamaniem pojechałem do szpitala w pobliskich Gorlicach.

Temu drugiemu nic się nie stało – jego strata, a mój zysk: odszkodowanie, które jakiś czas później otrzymałem wystarczyło do zakupu w lokalnym sklepie GS-u magnetofonu MSD 1402, także Unitry. Była to konstrukcja leżąca, z układem korekcji szumów i przełącznikiem pomiędzy trzema typami taśm. Korzystałem również z wyjścia słuchawkowego. Szybko wyczaiłem, jak zrobić, aby magnetofon stał pod skosem – od spodu miał małe dziurki, do których dopasowałem wykonany przez siebie stelaż.
Swój pierwszy, wysokiej klasy magnetofon kupiłem dopiero, kiedy miałem 20 lat – był to trzygłowicowy magnetofon Sony TC-K679ES, kupiony w sklepie na rogu krakowskiego Rynku. Automatyczna kalibracja taśmy, Dolby B i C HX Pro – to było TO. Zaraz potem spotkałem się z jeszcze lepszymi magnetofonami. Teatr im. Juliusza Słowackiego, w którym podjąłem rok później pracę, miał na wyposażeniu magnetofony Tascam 122 MkII – naprawdę znakomite maszyny.

Top ten

Niezależnie od tego, jakie magnetofony miałem do dyspozycji, miałem świadomość tego, że i tak mają się nijak do tego, co tak naprawdę uważane jest za „top topów” świata magnetofonowego. Lista najlepszych magnetofonów zapewne różniłaby się w zależności od tego, kogo byśmy o nią poprosili. Dla przykładu, na forum Audiokarma, w wątku Top 10 holy grail cassette decks? czytamy:

1. Akai GXC-570DII
2. A&D GX-Z9100EX
3. Sansui SC-5110
4. Technics RS-M95
5. Philips N5748
6. SAE C101
7. Denon DN-790R
8. Yamaha KX-950
9. Aurex PC-X88AD
10. Onkyo TA-6711
11. Sharp RT-7100

Od razu widać, że to bardzo indywidualny wybór. Skąd to wiadomo? Ano – nie ma w tej grupie żadnego magnetofonu japońskiej firmy Nakamichi. Znacznie lepiej rzeczywistość oddaje lista przygotowana przez autora blogu i kolekcjonera TUTAJ. Znajdziemy na niej następujące urządzenia:

Nakamichi CR-7
Nakamichi  DRAGON
Nakamichi  ZX-9   
ReVox B215
Tandberg 3014
Tandberg 3014 A
Pioneer CT-95
Aiwa XK-S9000
Alpine AL-85

Aż trzy topowe miejsca dla magnetofonów Nakamichi nie są przypadkiem. Widoczny na miejscu drugim model Dragon jest bowiem uważany za ikonę top high-endowych magnetofonów kasetowych. Choć opinie o pierwszej trójce są różne, bo raz wygrywa których Nakamichi, innym razem Tandberg, jeszcze kiedy indziej Pioneer lub Aiwa, to jednak Dragon pozostaje takim samym symbolem, jak we wzmacniaczach Ongaku firmy Kondo (zresztą też japońskiej).

Król jest jeden

Firma Nakamichi Research Corporation Ltd założona została przez Etsuro Nakamichi w 1948, w Tokio i specjalizowała się w produkcji przenośnych radioodbiorników, ramion gramofonowych i urządzeń telekomunikacyjnych. Firma szybko stała się jednym z najbardziej innowacyjnych producentów i przypisuje się jej przygotowanie pierwszego na świecie trójgłowicowego magnetofonu kasetowego. Pierwszymi trójgłowicowymi modelami w jej ofercie były 1000 oraz 700, zaprezentowane w 1973 roku, a więc dziesięć lat po narodzinach formatu.
Dziesięć lat później, już w erze płyty Compact Disc, firma zaprezentowała całą serię produktów o nazwie Dragon. Znalazły się w niej: gramofon, Dragon-CT („Computing Turntable”), który przesuwał dynamicznie talerz tak, aby zminimalizować wpływ niecentryczności płyt, odtwarzacz płyt cyfrowych Dragon CD, z magazynkiem na kilka płyt i specjalnym systemem tłumiącym ich wibracje, a także topowy magnetofon kasetowy firmy, nazwany po prostu Dragon.

Ten ostatni oferował wyjątkowo zaawansowany system kalibracji sygnału podczas nagrywania. Patrząc na jego przednią ściankę, widać że przyciski i gałki z tym związane zajmują jej lwią część. Nie z tego jest jednak znany, nie dlatego jest na szczycie. Wywindował go tam układ, który automatycznie, za pomocą mikroprocesora ustawiał azymut głowicy (kąt między szczeliną głowicy odczytującej i taśmą).Tylko wtedy można było uzyskać maksymalnie szerokie pasmo przenoszenia.

Układ ten został nazwany Nakamichi Automatic Azimuth Correction (NAAC) i tak naprawdę, mało kto o tym wie, został wymyślony z nieco innego powodu. Kiedy do magnetofonów zawitała nowa moda, tj. układy auto-reverse, pozwalające na automatyczną zmianę stron kasety, inżynierowie Nakamichi opracowali swoje własne rozwiązania tego problemu. Pierwszym, które zostało wprowadzone w całej serii był UDAR - UniDirectional Auto Reverse. W modelach z serii RX kaseta, po dotarciu do końca strony, była automatycznie obracana na swego rodzaju „talerzu”. System był dość głośny i niezbyt elegancki, dlatego po jakimś czasie opracowano lepszy system, z obracającą się głowicą. Aby jednak był on precyzyjny, tj. aby azymut głowicy za każdym razem był taki sam, musiała być ona ustawiana przez układ mikroprocesorowy, który badał sygnały powyżej 3 kHz i ustawiał ją tak, aby wysokich tonów było jak najwięcej, co odpowiadało optymalnemu azymutowi.

NAAC był oczywiście tylko jednym z wielu elementów, które czyniły z Dragona magnetofon szczególny. Był to bowiem magnetofon trzygłowicowy, z systemem „dual capstain” sterowanym mikroprocesorem, układem odchylającym filcowy „docisk” w kasecie, dwoma silnikami „direct drive” z kwarcowym sterowaniem w pętli PLL, z systemem redukcji szumów Dolby B i Dolby C. Co ciekawe nie był on najdroższym magnetofonem w ofercie Nakamichi. Choć w roku 1982 Dragon kosztował 2499 USD, a więc olbrzymie pieniądze, ten zaszczyt przypadł modelowi 1000ZXL, którego wersja 1000ZXL Limited ze złoconą ścianką przednią jest najbardziej poszukiwanym magnetofonem świata. Jego podstawowa wersja, w sensownym stanie, jeśli tylko się pojawia, osiąga cenę około 4500-5000 USD. Mimo to właśnie nazwa „Dragon” stała się najbardziej rozpoznawalna i to ona wywołuje szybsze bicie serca u każdego miłośnika techniki.

ODSŁUCH

Wiedziony ciekawością, ale i sentymentem, poprosiłem o pomoc w zorganizowaniu odsłuchów tego magnetofonu warszawską firmę Nomos. Felietony autorstwa pani Olgi, członka tej ekipy, mogą państwo od jakiegoś czasu czytać w „High Fidelity” (ostatni, dotyczący wyboru gramofonu „vintage” TUTAJ). Nomos przysłał mi Dragona w idealnym stanie optycznym, wyregulowanego, przeczyszczonego i doprowadzonego do normalnego stanu użytkowania. Najwyraźniej wiedzą ludzie, co robią.

Celem odsłuchu było stwierdzenie tego, w którym miejscu technika Compact Cassette była w swoim najlepszym wydaniu. Innymi słowy, jak ma się odsłuch z takiego magnetofonu w porównaniu z odsłuchem płyt LP oraz CD. Przygotowałem się do tego możliwie starannie, tj. kilka miesięcy wcześniej rozpocząłem poszukiwania taśm. Dzięki Ebayowi i Allegro skompletowałem przyjemny zestaw, który odpowiadał mi muzycznie. A potem wyciągnąłem kilkanaście kaset, które sobie zachowałem z czasów, kiedy sam je nagrywałem.

Kasety

Wśród „wybrańców” znalazły się, to chyba oczywiste, kasety z płytami Depeche Mode – oryginalne, wydawane przez Mute na taśmach chromowych, z Dolby B, ale i późniejsze, na zwykłych taśmach, z czasów Violatora. Źródłem dźwięku tych pierwszych były analogowe taśmy-matki, zaś drugich taśmy cyfrowe. Sięgnąłem również po nagrania Czesława Niemena, z kilku jego okresów. Podobnie jak w przypadku DM porównałem je do płyt LP i CD. Miałem wreszcie wiele różnych, pojedynczych kaset, od The Chemical Brothers, poprzez Korna, na Krzysztofie Krawczyku z pytą Dobry stary rock z 1984 roku skończywszy. Dwie ostatnie były fabrycznie zapakowane, nieotwierane od nowości.

I na koniec posłuchałem kaset nagrywanych niegdyś przeze mnie z płyt CD i LP, a także wykonałem kilka nagrań. Wykorzystałem do tego Sony UX-S (chromowe) i Metal-XR (metalowe). A, byłbym zapomniał, a to fajna rzecz: Marek Biliński wydał niedawno mały box z czterema kasetami (!). Taśmy same w sobie nie są najwyższych lotów, nie zastosowano redukcji szumów Dolby, ale pamiątka niesamowita – każdy box nosi autograf artysty (recenzja płyty Best of… TUTAJ).

Dźwięk

Czas spędzony na odsłuchach Dragona był niesamowity. Sentyment to główna siła stojąca za powrotem taśmy, nie mam co do tego wątpliwości. Słuchanie muzyki w ten sposób dla kogoś, kto podobnie jej smakował w czasach młodości jest czymś niesamowitym. Dragon pokazuje jednak, że nie była to fanaberia odlotowców, a realnie high-endowe źródło dźwięku.
Porównanie z odpowiadającymi im płytami LP i CD pokazało, że dźwięk z kaset ma w sobie coś, za co cenimy również gramofon: ciepło, gęstość i brak nerwowości. Od czasu do czasu problemem był oczywiście szum, główny wróg tego formatu. Nawet jednak Dolby B, o Dolby C nie wspominając (z taśmami w ten sposób nagranymi), powodowało, że po chwili o tym problemie się zapominało. Cowięcej, jeśli taśma była sensownie nagrana, jak w przypadku Bilińskiego, brak Dolby też jej nie dyskwalifikował. Szum odbierałem wówczas jako część „pakietu”, coś w rodzaju trzasków na płycie LP – też występują, ale wcale nie przeszkadzają.

Z analogowo nagranymi taśmami, np. Abroken Frame Depeche Mode i z Krawczykiem, dźwięk magnetofonu Nakamichi był niebywale nasycony i pełny. Różnicowanie barw, tj. żywość przekazu, jego naturalność, robiły ogromne wrażenie. Z taśmami zarejestrowanymi cyfrowo, np. Dziwny jest ten świat… Czesława Niemena w wydaniu Digitonu, czy też z Komendarkiem, ten efekt nie był tak widoczny, ale to wciąż była ta sama szkoła dźwięku. Muzyki można było słuchać długo, bez zmęczenia, brzmienie było naturalnie miękkie, przyjazne.

Były też oczywiście problemy. A to z samymi taśmami, z których część wykazywało swój wiek, a to ze sposobem, w jaki były kopiowane, tj. przy dużych prędkościach, w wielotaśmowych kopiarkach, których o precyzję trudno posadzić, z wątpliwych źródeł. W najlepszych przypadkach dźwięk był jednak po prostu urzekający. Od dobrej klasy CD i LP różniła je niższa dynamika taśm i ograniczony zakres pasma – od dołu i od góry był ono dość wyraźnie ograniczone. Przekaz był bardzo spójny, wydawało się, że niczego nie brakuje, dopóki nie odsłuchaliśmy tego samego na źródłach odniesienia. Węższa była również scena dźwiękowa.

Obydwa te elementy, tj. obniżenie dynamiki (uspokojenie) oraz zaokrąglenie skrajów, słyszalne były także z kasetami, które nagrałem samodzielnie. Jednocześnie przypomniało mi się wszystko to, o czym wiedziałem w czasach, w których magnetofon był dla mnie jednym z podstawowych źródeł dźwięku: magnetofon magnetofonem, ale liczyła się przede wszystkim jakość kaset. Nagrane w kontrolowanych warunkach, na topowym magnetofonie, topowe kasety brzmiały bowiem obłędnie. Nawet te sprzed dwudziestu lat, nagrane wówczas przeze mnie na gorszym magnetofonie Sony wciąż miały pazur, dobrą równowagę tonalną. Potwierdziła się przy tym prawda, którą wówczas podejrzewałem – taśmy chromowe brzmią cieplej, bardziej ludzko niż metalowe. Zaletą tych ostatnich była możliwość nagrania znacznie wyższego poziomu sygnału, a tym samym obniżenie szumów. Ale to kasety chromowe dają lepszy (moim zdaniem) dźwięk.

Kilka myśli

Trudno powiedzieć, jak wyglądałyby dzisiaj magnetofony kasetowe, gdyby wciąż, przez ostatnie trzydzieści lat, starano się poprawiać ich jakość. Wraz z nadejściem ery CD i, ogólniej, nagrań cyfrowych, technika analogowa została porzucona i jedynie firmy audio wierzące w czarną płytę utrzymywały ją przy życiu.
Dragon pokazuje, że szczytowe osiągnięcia tamtego okresu miały w sobie coś wyjątkowego. Nie było to to samo, co magnetofon szpulowy z kopią taśmy-matki (mówimy o kompletnie innej dynamice i rozciągnięciu pasma), ale wystarczająco dobre.

Jestem pewien, że na fali mody na lata 70. i związanego z tym sentymentu wielu ludzi wróci do kasety magnetofonowej. I dobrze, znakomicie! Im więcej muzyki słuchamy, na różnych nośnikach, tym lepiej. Muzyka łączy się z emocjami, a emocje związane z kasetami drzemią w wielu z nas olbrzymie. To niesamowity kapitał. A kaseta magnetofonowa to format, który jest bardzo „organoleptyczny”, namacalny w niemal równym stopniu, jak płyta LP.

Trzeba jednak wiedzieć, że to jedynie chwilowa moda i już wkrótce magnetofony znowu będą „należały” w całości do pasjonatów. Jest w nich jednak potencjał, który trudno przecenić: to najtańszy, a w dodatku historycznie najnowszy, format analogowy. Jeśliby założyć, że będą firmy, nagrywające kasety z analogowych taśm-matek, albo że sami mamy do takich dostęp, wówczas mielibyśmy w ręku źródło dźwięku ultra-wysokiej jakości z zaletami źródła analogowego, bez wad gramofonu i w cenie wielokrotnie niższej niż w przypadku taśm szpulowych. Zakładam, ze także kopiowanie płyt LP, byle wytłoczonych z taśm analogowych ma w tym przypadku sens. Nie bardzo jednak wiem, po co miałbym w ten sposób utrwalać płyty CD. OK., rozumiem, jeśli to zabawa i takie założenie. Z mojego punktu widzenia, czyli audiofila i kolekcjonera taka opcja jest jednak najmniej sensowna. Nie jestem oczywiście wyrocznią i każdy może robić, co chce, żyjemy w wolnym kraju. Takie jest jednak moje zdanie.

Umarł król? Coś tak jakoś nie do końca

Wśród moich wspomnień związanych z magnetofonem kasetowym jest jedno szczególne. W roku 2001 lub zaraz na początku 2002, nie pamiętam dokładnie, kiedy pracowałem u ówczesnego dystrybutora firmy Nakamichi, do salonu wszedł starszy pan tak – na oko – koło siedemdziesiątki i poprosił o odsłuch magnetofonu DR-10. Był to wówczas topowy magnetofon tej firmy, która wciąż tego typu źródła dźwięku produkowała. Trzy głowice Dolby B i C, naprawdę przyjemna maszyna. Kilka tygodni wcześniej pięć czy sześć DR-10 kupiła (także u nas) Wojewódzka Komenda Policji w Krakowie, dla swojego laboratorium.

Pan wyszedł z pokoju odsłuchowego po godzinie i poprosił, aby mu magnetofon spakować. Wyjrzałem przez okno i nie zobaczyłem żadnego samochodu. A salon znajdował się na obrzeżach Krakowa. Okazało się, że pan przyjechał z drugiego końca Polski, jadąc całą noc pociągiem i w taki sam sposób wrócił do domu, ale z magnetofonem, spakowanym w szary papier, przewiązanym sznurkami. Wiedziałem, że to jeden z piękniejszych dni w życiu mojego starszego kolegi.

Jak mówię, było to w 2001 lub 2002 roku. Czyli w czasie, w którym już nikt inny magnetofonów tej klasy nie produkował i w którym niewielu o istnieniu kasety magnetofonowej zdawało sobie sprawę. Rodziło się wtedy pokolenie mp3, a zaraz potem przyszedł czas iPoda i i Phone’a. Kilkanaście lat później można już powiedzieć, że nie była to desperacka próba zatrzymania czasu, ale racjonalny wybór. Kaseta magnetofonowa, byle dobrej jakości, odtwarzana na dobrym magnetofonie, może być fantastycznym źródłem dźwięku. Same magnetofony to mechaniczne cudeńka, a ich obsługa przynosi wiele satysfakcji. Dosłownie „obcujemy” z muzyką, namacalnie z nią współistniejemy. Jeżeli tylko zdajemy sobie z ograniczeń tej techniki, to można się nią cieszyć przez całe życie.

Nie całkiem koniec, ale jednak

W roku 1998 firma Nakamichi została kupiona przez Grande Holdings, chińską firmę z siedzibą w Hong Kongu. Miała ona wówczas w swoim katalogu inne japońskie firmy – Akai oraz Sansui. W tym samym roku z firmy odszedł Niro Nakamichi, odpowiedzialny za większość konstrukcji z jej ostatnich lat, zakładając zaraz potem swoją własną firmę Mechanical Research Corporation. Nakamichi zbankrutowała i 19 lutego 2002 roku ogłosiła upadłość. Tak skończył się pewien etap w historii sztuki mechanicznego utrwalania i odtwarzania dźwięku. A przecież w dźwiękach żyjemy. Niech kodą będzie artykuł z magazynu „Forbes”, który ukazał się w zeszłym roku, pod znamiennym tytułem Think The Cassette Tape Is Dead? Then Why Did Sony Just Squeeze 185TB Of Data Onto One?. Wynika z niego, że być może przed kasetą magnetofonową otworzyły się zupełnie nowe perspektywy, na miarę XXI wieku i że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa (Jason Evangelho, „Forbes”, 5/04/14, czytaj TUTAJ, dostęp: 24.02.2015).

Redaktor naczelny
Wojciech Pacuła

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Audio”, „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

enjoythemusic linia positive-feedback linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM