pl | en

No. 117 styczeń 2014
BLACK FRIDAY | Record Store Day,
czyli jak to się robi w Polsce


ROBERT HAAGSMA
Passion For Vinyl


siążki poświęcone winylom pojawiają się rzadko i zwykle momentalnie znikają z półek. Ich wartość merytoryczna jest różna i najczęściej dominuje w nich walor estetyczny – zdjęcia okładek oraz wyklejek płyt – walor poznawczy pozostawiając w tyle. A tego brakuje mi obecnie najbardziej.
Passion For Vinyl wypełnia tę lukę znakomicie. Napisana została przez duńskiego dziennikarza muzycznego i fanatyka winylu, Roberta Haagsma, który mówi o sobie tak:

Jakieś dwadzieścia lat temu zacząłem pisać o muzyce dla gazet i magazynów. W tej chwili jestem częścią zespołu redakcyjnego poświęconego metalowi magazynu „Aardschok”, jak również zajmującego się muzyką ogólnie „Revolver’s Lust For Life”. Moje artykuły ukazują się także w różnych międzynarodowych pismach, np. „Record Collector” i “Ugly Things”. Napisałem książki poświęcone rodzimym i międzynarodowym zespołom: Golden Earring, Pink Floyd oraz The Beach Boys. Choć okazjonalnie gram muzykę z CD i DVD, wciąż uważam, że winyl jest najlepszym nośnikiem muzyki, jaki kiedykolwiek został wynaleziony. Nie ma znaczenia, czy to mówimy o tłoczeniu audiofilskim, czy klasycznym kawałku ciężkiego winylu black metalowej kapeli z Norwegii – kiedy igła opada na płytę, zawłaszcza mnie to całkowicie.

Trzymając w ręku dzieło Roberta Haagsma od razu rozumiemy, co miał na myśli. Po pierwsze: sposób wydania. Książki pisane przez Kena Kesslera, redaktora „Hi-Fi News & Record Review", historie firm QUAD, McIntosh i KEF są już klasyką. Wyglądają wybitnie, są połączeniem albumu i książki. Łączącym je elementem jest format – są kwadratowe i mają wymiary dokładnie takie same, jak okładka płyty Long Play. Wydana przez Gryphona historia tej firmy Gryphon Unplugged ma z kolei format płyty 10”. Passion For Vinyl o podtytule A Tribute To All Who Dig The Groove mierzy 225 x 225 mm i w jej okładce ukryto singiel 45 rpm, którego różowa wyklejka wygląda przez otwór w białej płaszczyźnie frontu. Singiel ma dwie strony A – na jednej znajdziemy utwór Chameleon Jacco Gardner, a na drugiej I Wait (Part II) Digital Mystikz. Książka jest numerowana (maszynowo) na pierwszej stronie. Po drugie: zawartość. Robert Haagsma wykonał fantastyczną robotę, kontaktując się z kolekcjonerami, DJ-ami, wydawcami płytowymi, dziennikarzami i muzykami, dla których winyl jest ważną, jeśli nie najważniejszą częścią życia. Przeczytamy o ich pierwszych krążkach, odkryciach, porażkach, o płytach, które już mają i tych, które chcieliby mieć. Dowiemy się, co o tym myśli Michael Fremer, redaktor „Stereophile’a” z jednej strony i Henry Rollins, wytatuowany, potężny muzyk, opowiadający o czarnych krążkach z czułością i oddaniem z drugiej. Usłyszymy, co mówią wariaci chcący tłoczyć płyty 78 rpm (mowa o Lewisie Durhamie, części zespołu Kitty, Daisy & Lewis, którego płytę właśnie zamówiłem) i weterani muzycznego świata, stateczni brytyjscy gentelmani, jak Chris Ellis, wieloletni pracownik EMI, także w czasach, w których Beatlesi rządzili światem. Nota bene ma o nich bardzo złe zdanie i zapamiętał ich jako bardzo nieprzyjemnych ludzi. I w tym upatrywałbym największej wartości tej publikacji. Jedynie wstęp, mówiący pokrótce o tym, jak powstaje płyta winylowa, jest dość pobieżny i najwyraźniej autor zakłada, że i tak wszyscy to wiemy. Każdy, kto ma do płyt LP jakiś emocjonalny stosunek powinien tę książkę mieć. Można ją kupić np. na brytyjskim ebayu – 25 funtów brytyjskich plus 8 funtów za przesyłkę.


BLACK FRIDAY
Record Store Day

W artykule poświęconym Jean-Claude’owi Thomsonowi, wydawcy muzycznemu i DJ-owi, właścicielowi najlepszego londyńskiego sklepu płytowego If Music, zamieszczonym w Passion For Vinyl, znaleźć można coś, co gładko przeprowadzi nas do następnej części:

Record Store Day to fantastyczna inicjatywa. Ostatnia jej edycja dla wszystkich londyńskich sklepów, które w niej uczestniczyły, była obłędna. Np. dla Sister Lay na Berwick Street – kolejka do nich biegła aż od Picadilly Circus. Mieliśmy brazylijski, bardzo dobrze przyjęty, band grający akustyczną muzykę. To był świetny dzień dla nas wszystkich. W zwykłą sobotę mogę sprzedać płyty od zera do 400 funtów. Tego dnia sprzedałem ich za 7000 funtów. Mądrze zamówiliśmy „stock”, pod koniec dnia niemal nic nam więc nie zostało. Co było fantastyczne. Jak tylko Record Store Day się skończył, zapotrzebowanie na ekskluzywne wydawnictwa wyparowało.

O czym człowiek mówi? Record Store Day to inicjatywa mająca pomóc niewielkim, niezależnym sklepom płytowym. Mająca miejsce po raz pierwszy w 2007 roku impreza gromadzi obecnie ponad 1000 sklepów na całym świecie. Uczestnictwo w tym wydarzeniu jest bezpłatne i możliwe po rejestracji dla każdego sklepu. Zespoły muzyczne przygotowują specjalne wydawnictwa, często dostępne tylko w tym jednym dniu.
29 listopada 2013 miała miejsce dodatkowa impreza tego cyklu, która – wszystko na to wskazuje – na stałe wejdzie do jej kalendarza: Black Friday Record Store Day. W tym dniu sklepy notują największą sprzedaż, więc dlaczego by nie i sklepy płytowe? Jak pisałem we wstępniaku do grudniowego wydania „High Fidelity”, wybrałem się z paroma ludkami i pieniędzmi, żeby kupić coś z listy dostępnej w necie. Interesowały nas m.in.:

  • The Doors,Curated By Record Store Day
  • Duran Duran, No Ordinary EP
  • Jimi Hendrix Experience, Fire/Foxey Lady
  • Nirvana, In Utero 2013 Mix
  • Roy Orbison, The Monument Vinyl Box
  • Stone Temple Pilots, Core
  • Miles Davis, Miles & Monk At Newport
  • Nick Cave & The Bad Seeds, Live at KCRW
Tak się złożyło, że w Krakowie mamy aż trzy sklepy płytowe, które wpisały się na oficjalnej stronie organizatora i które w tej imprezie uczestniczą. To: Music Corner, Record Dillaz oraz Rock Serwis. Choć widnieją na oficjalnej stronie organizatora, powinno mnie coś tknąć już wtedy, kiedy mój syn, wybierający się ze swoim przyjacielem po własne zakupy, obdzwonił wszystkie te miejsca i ludzie odbierający telefony nawet nie udawali, że coś z tego rozumieją. Naiwnie wierząc jednak w to, że sklepy z płytami naprawdę chcą przetrwać, zmontowałem ekipę i ruszyliśmy w miasto.

Pierwszy na naszej liście był Record Dillaz. Mający swoją siedzibę na Berka Joselewicza sklep nakierowany jest głównie na DJ-ów i ludzi kręcących płytami. Ale nie tylko. Ma też spore archiwum płyt wszelakich, sprzedawanych w komisie. Krakowski Kazimierz do najlepiej oświetlonych miejsc nie należy. W ogóle polskie miasta cierpią na brak światła, co trafnie skomentował Killer z filmu Machulskiego pod tym samym tytułem – warszawski taksówkarz odpowiadający pijanemu, jak sądził, klientowi, na pytanie gdzie są: „w Las Vegas” dostał informację zwrotną: „Chyba mają awarię”. Teraz to nasz rodzinny żart, niestety przywoływany zbyt często. Ale do rzeczy – Berka Joselewicza to boczna ulica od Starowiślnej. Sklep ulokowany jest w suterenie kamienicy i schodzi się doń po stromych schodkach. Wnętrze jest malutkie i niezbyt przytulne. Zaślepieni szałem zakupów, mając przed oczami (duszy) przezroczysty winyl Stone Temple Pilots, singiel Hendrixa, niczego nie widzieliśmy. A powinniśmy. W środku przerzucał płyty jeden klient. Smętnie. Sprzedawca siedział za ladą stukając w swoją komórkę i chyba nawet nie zwrócił uwagi na to, że ktoś się pojawił. Rozglądnąłem się i nie zauważywszy żadnego z interesującego nas wydawnictw, grzecznie zapytałem pana o Black Friday. Nie widząc jego oczach cienia zrozumienia, zapytałem o Record Store Day. Od razu lepiej – pan przechylił głowę i powiedział, że to jeszcze chyba nie dzisiaj, dopiero w piątek. Był szczerze zdziwiony informacją o tym, jaki dzień tygodnia mamy i że przyszliśmy kupić płyty. W panice zaczął jeszcze szybciej wystukiwać coś na komórce. Najwyraźniej coś się tam udało znaleźć - zanim z powrotem zanurzył się w świecie swojego smartfona rzucił, żebyśmy przyszli za tydzień, albo dwa, to może „coś ściągną”.

Ze Starowiślnej na św. Tomasza, gdzie swoją siedzibę ma Music Corner, to jakieś piętnaście minut spacerem. Można też podjechać przystanek tramwajem. Niedługo potem, mając niejasne przeczucie tego, co zastaniemy, otwieraliśmy więc drzwi Cornera. Na zewnątrz było nieźle, bo na szybie widniała duża naklejka Record Store Day. Wprawdzie zabrakło loga Black Friday, ale można to przecież wybaczyć. Różnica między tym miejscem, a Record Dillaz była wyraźna - w środku spotkaliśmy inną, też czteroosobową ekipę, przerzucającą winyle. Kilka ruchów nadgarstkiem i wszystko wiadomo – gdzie, do diabła, są wydawnictwa BD? Zapytałem o to przechodzącego właśnie sprzedawcę, czym niemal go zabiłem – zamyślił się i prawie spadł z wysokiego stopnia. Bystry jednak był, bo zaraz potem powiedział, że nie wie co to jest i o niczym nie ma pojęcia. Nawet nie próbował nam wmówić, że sklep coś zamówi „tydzień czy dwa później”.
Do Rock Serwisu nawet nie szliśmy. Nie mówiłem jeszcze o tym, ale dzień wcześniej syn dzwonił do nich i odbierająca telefony pani poinformowała go, że mają gdzieś jeden z tytułów z listy, ale nie wie gdzie i że raczej nie ma sensu, żebyśmy w piątek po coś przyjeżdżali. To była najuczciwsza odpowiedź dotycząca Black Friday.
Szczęście w nieszczęściu – w ścisłym centrum Krakowa mamy kilkaset pubów. Daleko nie uszliśmy, bo naprzeciwko Music Cornera jest przyjemna knajpka U Jožina z piwem naszych południowych sąsiadów. Nie my jedni wpadliśmy na ten pomysł, bo pub był pełny. Pięć minut spacerkiem i byliśmy w House of Beer na tej samej ulicy, na jej drugim końcu. Wprawdzie i tak mieliśmy zamiar zakończyć ten wieczór w tamtych okolicach, ale miał to być koniec pogodny, radosny, mieliśmy się tam wtoczyć obładowani płytami, z wypiekami na twarzach. A tak, wypieki musieliśmy sobie zafundować sami.

Jeśli o to w tej imprezie chodzi, tj. o zniechęcenie ludzi do zakupów, o potwierdzenie tego, co widać na co dzień, że sklepy płytowe upadają w pewnej mierze na własne życzenie – pełen sukces! Żeby nie skorzystać z tak dobrze nagłośnionej imprezy, nie przyłożyć się – trzeba być po prostu głupim. Nie mówię już nawet o jakiś imprezach towarzyszących, jak jakiś grający zespół, jak dogadanie się z którymś z salonów audio, w którym można by puszczać te płyty na sprzęcie, na jakim puszczane być powinny. Wystarczyłaby świadomość, „stock” i informacja przed wejściem. Już dawno minęły czasy, kiedy na klienta czekało się siedząc tępo za ladą. Wszystkie wymienione przeze mnie płyty na następny dzień dostępne były na ebayu. Powiem więcej – dwie, czy trzy widziałem później w Saturnie (!!!). Moment jednak minął i zapał wypalił się. Wyparował wraz z wypitym tego dnia alkoholem.


DENIS BURMEISTER, SASCHA LANGE
Depeche Mode MONUMENT


Tak się składa, a nie ma czegoś takiego, jak przypadek, że tego samego dnia, tj. 29 listopada 2013 roku miała miejsce premiera polskiego tłumaczenia książki Depeche Mode MONUMENT. Duża, fantastycznie wydana, 470 stronicowa monografia wydana została w wersji kolekcjonerskiej, z certyfikatem i ręcznie wpisywanym numerem.
Doskonale pamiętam książkę poświęconą temu zespołowi, przygotowaną w latach 90. przez Marka Sierockiego pt. Marek Sierocki przedstawia – Depeche Mode. Tym, co przykuwało uwagę, były reprodukcje okładek oraz samych krążków. O nowej książce można powiedzieć podobnie – jest wyjątkowo dopracowana pod względem graficznym – layout, reprodukcje, drobne detale, wszystko to jest na wysokim poziomie. Tematem, którym autorzy się w niej zajmują jest przede wszystkim dyskografia. Jak mówią we wstępie:

Nie chcieliśmy ponownie przedstawiać drobiazgowo historii członków grupy, wraz ze wszystkimi ich wzlotami i upadkami, czy powtarzać plotkarskich historyjek. W centrum uwagi miały być artystyczne dokonania Depeche Mode. […] Bazę dla Depeche Mode MONUMENT stanowił katalog publikacji zespołu wydany przez Mute Records w Wielkiej Brytanii […].

To dobry ruch, dzięki któremu autorzy momentalnie wyłamali się z obowiązujących kanonów. Tym bardziej, że dostępna jest, chyba najlepsza, najbardziej wiarygodna i bardzo dobrze napisana biografia zespołu pt. Obnażeni Jonathana Millera (In Rock, Czerwonak 2013) i powtarzanie tego samego nie ma sensu.
Język, jakim posługują się autorzy we współpracy – bo to zawsze jest praca zespołowa – z tłumaczką nie zachwyca. Niezręczności w przekładzie, w rodzaju „płyta obrazkowa” w miejsce „picture disc” rażą. Także składnia jest czasem przyciężka. Mimo to książkę przeczytałem szybko i często będę do niej wracał właśnie ze względu na jej walory wizualne.

Ciekawe jest przy tym to, że autorzy skupili się na wydawnictwach winylowych. To zrozumiałe, niemieckie wydania płyt zespołu były najciekawsze – kolorowe, tłoczone tam, gdzie płyty
Harmonia Mundi Germany, przy użyciu procesu DMM (Direct Metal Mastering, czytaj TUTAJ i TUTAJ). Trochę więc zaskakuje brak informacji o najnowszej reedycji całego katalogu grupy na winylu, SACD/CD i DVD. Nie ma też słowa o technicznych aspektach poszczególnych wydawnictw. Ale, jak mówię – po prostu trzeba to mieć.



TYLKO MUZYKA

Choć motywem przewodnim tego wstępniaka jest winyl, na początek 2014 roku powiedzmy parę słów o innym fizycznym formacie, a dla kolekcjonera „obiekt” jest wszystkim: o płytach CD. Powiemy o dwóch płytach zza granicy – reedycji i nowości – orz trzech polskich, reedycji i dwóch nowościach.


PERFECT
LIVE


Wydany w 1983 roku album z zapisem koncertu w klubie Stodoła z 1982 roku był wielkim wydarzeniem. Oto koncert dała grupa rockowa, będąca solą w oku reżimu komunistycznego i to w czasie stanu wojennego! LIVE wydany został oryginalnie przez firmę Savitor w oprawie graficznej Edwarda Lutczyna, który jest także autorem loga zespołu. Było to pierwsze wydawnictwo tej firmy. Savitor był pierwszą w PRL prywatną wytwórnią płyt gramofonowych, która wykorzystywała m.in. nagrania zrealizowane przez Polskie Radio, które w tamtych czasach swoje nagrania muzyczne prezentowało wyłącznie w audycjach na antenie własnej oraz telewizji. W jej krótkiej historii zdążyła jednak wydać takich artystów, jak: Lombard, Dwa Plus Jeden, Krzysztof Ścierański, Rezerwat, a nawet Papa Dance. Album okazał się wielkim sukcesem komercyjnym, ale w tamtych czasach nie doczekał się wznowienia , ponieważ firma Savitor upadła.
Reedycję przygotowano w Agencji Muzycznej Polskiego Radia i jest to drugie, po „białym albumie”, takie wydawnictwo Perfectu. Poprzedni wydany został również na winylu, należy więc oczekiwać, że tak samo będzie i tym razem. Oprócz oryginalnych kompozycji, dostajemy także utwory bonusowe.

Dźwięk, z jakim mamy do czynienia jest bezbłędny. Rzadko mówię coś podobnego o polskim wydawnictwie, a jeszcze rzadziej o wydawnictwie koncertowym. Tak gęsty, nasycony i wewnętrznie bogaty dźwięk jest rzadko spotykany. Świetna mięsistość gitar czysty, ładny bas i świetna dynamika – to elementy charakterystyczne tej reedycji. Do porównania miałem oryginalny winyl, po przejściach, ale wciąż na chodzie i to jeden z rzadkich przypadków, kiedy od winyla wolałem cyfrę. Oryginał jest zbyt lekki i zbyt mało dynamiczny.
Dlatego aż chce mi się płakać, kiedy sobie pomyśle, że nie mamy w Polsce spójnego programu dotyczącego analogowych reedycji. Cień wielkiej góry Budki Suflera, o której kiedyś pisałem, to krok w dobrą stronę (czytaj TUTAJ). To jednak płyta analogowa wytłoczona z cyfrowej taśmy-matki, powstałej w wyniku cyfrowego remasteringu. A analog powinien pozostać analogiem – od taśmy to płyty.

Perfect , LIVE, Savitor/Polskie Radio PNCD 1656, CD (1983/2013).

Jakość dźwięku: 8-9/10


MARTYNA JAKUBOWICZ
Burzliwy błękit Joanny


Martyna Jakubowicz album ten nagrała w hołdzie kanadyjskiej piosenkarce Joni Mitchell, poruszającej się w eklektycznej stylistyce jazzu, rocka, muzyki folk i pop. Album zawiera interpretacje znanych przebojów Joni z polskimi tekstami autorstwa Andrzeja Jakubowicza. Materiał został zrealizowany przy pomocy wielu znanych ludzi z polskiej sceny muzycznej. Produkcji płyty podjął się Marcin Pospieszalski, dwukrotnie nagrodzony Fryderykami (2000 i 2003)  w kategorii „Producent Roku”. W sesji nagraniowej udział wzięli: Marcin Pospieszalski, Mateusz Pospieszalski, Romek Puchowski, Jan Smoczyński, Dariusz Bafeltowski, Przemysław Pacan, Katarzyna Kamer. Wydawnictwo ukazało się 7 listopada, w dniu 70. urodzin Joni Mitchell. Płyta została wydana niezwykle starannie, w formie mini-LP, z płytą wsuwaną w środkowej części. Trzeba się więc zaopatrzyć w folię chroniącą dysk przed zarysowaniem – np. firmy Nagaoka. Poligrafia jest świetna, podobnie jak i muzyka. To wysmakowane, zmysłowe interpretacje, których słucha się tak, jakby ich autorką była Jakubowicz.
Dźwięk jest niezły, choć słychać kompresję nałożoną na wokal, skutkującą podkreśleniem ataku i mniejszym wypełnieniem. Czasem wyższe partie głosu, szczególnie głoski syczące, mogą wyskoczyć przed resztę. Całość ma jednak ładną głębię i plastykę. Płyty wysłuchałem kilka razy pod rząd, bez rzucania mięsem – w skupieniu i ze spokojem w sercu.

Martyna Jakubowicz, Burzliwy błękit Joanny, Universal Music Polska 376 131 8, CD (2013).

Jakość dźwięku: 6-7/10


AUDIOFEELS
Świątecznie


Audiofeels, zespół wokalny z Poznania, wylansowany przez show telewizyjny Mam talent telewizji TVN, w którym zajęli trzecie miejsce, zaczęli fantastycznie – od albumu UnCovered. Covery znanych utworów, od Arta & Garfunkela po Metallikę, zabrzmiały świeżo, nośnie, dobrze. Co więcej, materiał został bardzo starannie zarejestrowany i choć słychać było kierunek działań realizatorskich, tj. pogłębienie i „dopalenie” dźwięku, to efekt był znakomity. Do dziś używam tej płyty przy wielu testach. Wydany następnie, podwójny album UnFinished przyniósł zarówno covery, jak i – na pierwszej płycie - kompozycje zespołu (czytaj TUTAJ). Te ostatnie były jednak zdecydowanie słabsze, przez co cały album wydal mi się słabszy niż debiut. I wreszcie koncertowy Live, naprawdę dobry, choć najgorzej nagrany, uzupełniający, jak dla mnie, UnCovered.
Świątecznie ma jasny cel i przekaz: to płyta, której słucha się wyłącznie w okresie świąt Bożego Narodzenia. Ciepły charakter kolęd i piosenek około świątecznych powinien, przynajmniej teoretycznie, idealnie skomponować się z zespołem, w którym mamy świetne, męskie głosy. Tymczasem dostaliśmy nudny, gumowaty wyrób świątecznopodobny. Audiofeels to zespół o ogromnych możliwościach i świetnym feelingu, potrafiący naprawdę wiele. Brakuje im jednak jakiejś wizji, jakby od jakiegoś czasu panowie zupełnie się – właśnie jako zespół - nie rozwijali, a nawet jakby się zwijali. Muszą się na nowo „wymyślić”, żeby coś z tego było. Inaczej to będzie ostatnia płyta zespołu, którą kupiłem. Tym bardziej, że jest słabo nagrana – płasko, bez głębi, bez przestrzeni, po prostu nijako.

Audiofeels, Świątecznie, Mystic Production MYSTCD 249, CD (2013).

Jakość dźwięku: 4/10


DEEP PURPLE
Now What?!/The Now What?! Live Tapes


Jeszcze nie osiadł kurz po ukazaniu się płyty Now What?!, a zespół proponuje rozszerzoną edycję tego wydawnictwa, wzbogaconą o drugi krążek, z zapisem kilku koncertów, m.in. w Rzymie, Aalborg (Dania), Mediolanie i Gaevie (Szwecja), połączonych w jedną całość. Płytkę dostałem od syna. Ta wersja ma złotą, atrakcyjną okładkę, dostępna jest jednak jeszcze bogatsza wersja w boxie, z T-shirtem.
Jeśli pamiętają państwo moją recenzję Now What?!, to wiecie, że jest moim zdaniem stanowczo za długa, a przez to nudna. Wersja SHM-CD, którą mam, a którą panowie chwalą się w książeczce do nowego wydawnictwa, brzmi nieźle, ale 13 Black Sabbath jest pod tym względem wyraźnie lepsza.
Koncert to jednak coś zupełnie innego. To jedyna możliwość odtworzenia długiego setu bez znużenia. Tym bardziej, że Deep Purple na koncercie to wciąż ogień. Nagranie pod względem jakości jest sporo gorsze od LIVE Perfectu, bardziej płaskie i wycofane, ale nie razi. Wysłuchałem płyty dwukrotnie i wiąż mam ochotę na więcej.

Deep Purple, Now What?!/The Now What?! Live Tapes, EAR Music 0209064ERE, 2x CD (2013).

Jakość dźwięku: 6/10


DIRE STRAITS
Love Over Gold


Czwarty, wydany w 1985 roku, album zespołu Marka Knopflera pt. Brothers in Arms momentalnie stał się klasykiem. Był jednym z największych hitów lat 80., a o jego popularności niech świadczy fakt, że tytułowy utwór siedmiokrotnie zajął pierwsze miejsce w "Topie Wszech Czasów" radiowej "Trójki" (Polskie Radio Program Trzeci). Wydany trzy lata wcześniej Love Over Gold nigdy go nie przebił, chociaż to na nim znajduje się wyjątkowy utwór Private Investigations. Pomimo że sprzedano dotychczas 500 000 egzemplarzy tego krążka (ukazał się także w Polsce), już na zawsze pozostanie w cieniu swojego wielkiego następcy.
Być może związane to jest także z podejściem do dźwięku na jednym i drugim. Mark Knopfler znany jest z obsesyjnego przywiązania do jakości swoich nagrań i z patronowaniu nowym rozwiązaniom technicznym, mającym do tego prowadzić. Nieprzypadkowo jego płyty solowe wydawane były jako HDCD, a nie CD. Brothers in Arms powstał z podobną myślą – to pierwszy album Dire Straits nagrany cyfrowo. Pisałem o tym przy okazji recenzji wersji XRCD2 – sygnał został zarejestrowany na cyfrowej taśmie wielościeżkowej w postaci 16/44,1 i zmiksowany na taśmę analogową ¼ cala, z której nacięto matryce do tłoczenia wersji winylowej i CD (czytaj TUTAJ). Dzięki temu wytwórnia Mobile Fidelity mogła oficjalnie wydać album w ramach prestiżowej serii Original Master Recording – ich taśmą-matką rzeczywiście była taśma analogowa. Pomimo że nagranie jest cyfrowe.

Mogłoby się więc wydawać, przynajmniej z punktu widzenia doświadczonego melomana, rozumiejącego różnicę między wczesnymi rejestratorami cyfrowymi i analogowymi, że analogowo zarejestrowana Love Over Gold powinna brzmieć lepiej. A tak nigdy nie było. Podbite wysokie tony, mało nasycony środek i nie dość niski bas to najmniejsze przewinienia tego wydawnictwa. Jego cyfrowa wersja Super Bit Mapping była przyzwoita, choć oceny nie zmieniała. Dlatego niemal chciwie zassałem wersję mini-LP SHM-CD, jak tylko się pokazała na CD Japan, gdzie robię zakupy. Rozczarowanie tym wydawnictwem było ogromne. Dostałem suchy, wyżyłowany dźwięk bez nasycenia i niemal bez dołu. Płaski i bez życia. To jedna z najgorszych płyt SHM-CD, z jakimi miałem do czynienia (chętnemu w dobrych pieniądzach oddam).
Początkowo nie zareagowałem więc na wieść, że ukazuje się nowsza wersja Platinum SHM-CD. Zamówiłem w niej debiut Dire Straits i na tym koniec. Dopóki na spotkaniu Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego nie porównaliśmy Platinum różnych płyt z ich poprzednimi wydaniami (czytaj TUTAJ). To był szok! Platinum SHM-CD gra w sposób, który przypomina analogową taśmę, głęboko, dynamicznie, niezwykle rozdzielczo. Zamówiłem więc LOG w tej wersji i po raz pierwszy od lat wysłuchałem jej od początku do końca, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Dopiero teraz słychać, że przy rejestracji podkreślono blachy perkusji, wycofując jednocześnie część środka. Po raz pierwszy nie przeszkadzało to jednak, a było po prostu „świadkiem” tej sesji. To najlepsze wydanie tej płyty – lepsze od jej wersji analogowej!

Dire Straits, Love Over Gold, Vertigo/Universal Music LLC (Japan) UICY-40029, Platinum SHM-CD (1992/2013).

Jakość dźwięku: 7-8/10

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia enjoythemusic linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM