pl | en

No. 93 styczeń 2012
WSTYDLIWE PRZYJEMNOŚCI

Wstępniak, który państwo czytacie, piszę w momencie, kiedy słowo „kryzys” jest chyba najczęściej wypowiadanym (zaraz po „k…a”), i to przez wszystkich i wszędzie. Wciska się toto bez krępacji, rozgaszcza i wydaje się mu, że rządzi, że jest panem. Czy tak jest rzeczywiście? Czy naprawdę kryzys, zarówno w przestrzeni realnej, jak i w warstwie komunikacji jest na topie? Czy nie da się z tym natręctwem niczego zrobić? Jeśli spojrzymy gdziekolwiek, gdzie o tym zjawisku się mówi, można odnieść wrażenie, że z jednej strony wszyscy są co do jego realności przekonani, a z drugiej, że nikt nic nie wie. Co nas czeka? Jak się potoczą losy Eurolandu? Czy będziemy mieć pracę? Nikt w tej chwili nie poważy się na serio odpowiedzieć na którekolwiek z tych pytań. Podobnie jak na żadne inne.
Jest jednak pewien element, który wypływa z każdej „prognozy” i komentarza: najważniejszą rolę w tym wszystkim gra psychika. Bo obecny kryzys, to kryzys zaufania. Niewypłacalność krajów, to w dużej mierze wynik wzrostu oprocentowania ich obligacji, a to jest zależne od „nastrojów rynku”, a nie od ich realnej wartości. Czyli zależy od nastawienia, a nie od obiektywnych czynników.
Tak więc, po pierwsze i ostatnie: psychika. Psychika, która także w audio, a tym się przecież zajmuję, gra niebywałą rolę w odbiorze muzyki, w kreowaniu muzycznego „świata”. Niezależnie od tego, jak bardzo byśmy chcieli być obiektywni, jak bardzo chcielibyśmy oderwać się od obiektu badanego, to w rzeczywistości to tylko próby i to z góry na przegranej pozycji.
Dlatego też chciałbym przy tej okazji powiedzieć parę słów o rzeczach, które odchodząc od puryzmu, mniej lub bardziej ignorując zasadę wewnętrznej spójności wywodu audio, składają się na coś, co jest w naszej branży najważniejsze – na zadowolenie, na przyjemność płynącą ze słuchania muzyki, z obcowania z urządzeniami, dzięki którym jest to możliwe. Chciałbym powiedzieć o „wstydliwych przyjemnościach”.

Myśl, żeby o tym napisać przyszła mi w momencie, w którym musiałem ocenić wzmacniacz Yamahy A-S300. To niedrogie, ładnie wykonane urządzenie o zaskakująco wysokiej funkcjonalności. Jedną z jego cech jest obecność wyjścia słuchawkowego. Ponieważ słuchawki są dla mnie równie ważnym sposobem słuchani muzyki, jak kolumny, na ten element wyposażenia wzmacniaczy zwracam szczególną uwagę. Żeby dobrze go ocenić, staram się posłuchać ze słuchawkami danego wzmacniacza (odtwarzacz CD, o ile ma takie wyjście) przynajmniej przez jeden wieczór, z kilkoma płytami – nowymi i starymi.
Tak też było ze wzmacniaczem Yamahy. Jego wyjście słuchawkowe podłączone jest bezpośrednio do wzmacniacza mocy, nie ma osobnego wzmacniacza słuchawkowego, co słychać. Chodzi przede wszystkim o utwardzenie dźwięku i trochę zbyt lekki jego charakter. Na kolumnach tego słychać nie było i urządzenie najlepiej grało z włączonym trybem „Pure Direct”, w którym odłączana jest regulacja barwy dźwięku oraz płynnie zmieniany „Loudness”. Ze słuchawkami było inaczej.
Odsłuch Yamahy ze słuchawkami zacząłem tak, jak zwykle, według opracowanej przez siebie metodologii, tj. maksymalnie skracając ścieżkę sygnału. Tak uzyskany dźwięk był dokładny, przestrzenny, jednak – jak mówiłem – krawędzie ataku były utwardzone i brakowało wypełnienia dźwięku. Uzyskane efekty nie były specjalnie zależne od użytych słuchawek – zarówno z ultra-przezroczystymi HD800 Sennheisera, z podobnie brzmiącymi, planarnymi HE-6, ale i z miękkimi AKG K701 odsłuch nie był specjalnie komfortowy. Jeślibym miał oceniać dźwięk tylko po tym jednym wieczorze, powiedziałbym, że jest co najwyżej dostateczny. Ale, jak się okazało, w tym przypadku krokiem w dobrą stronę było „pogorszenie”, przynajmniej z punktu widzenia purysty, dźwięku – Yamaha zagrała wówczas na poziomie ‘dobrym’. Co, biorąc pod uwagę, że to niedrogi wzmacniacz i to wcale nie wzmacniacz słuchawkowy, jest bardzo dobrym wynikiem.
O co chodzi? Ano o wyłączenie trybu „Pure Direct” i skorzystanie z pokręteł barwy dźwięku i konturu. Już samo wyłączenie PD zmiękczyło dźwięk, nieco go rozmyło – rzecz sama w sobie niepożądana, jednak tutaj, przy twardym ataku jak najbardziej na miejscu. A do tego leciutko, z wyczuciem dołożony bas i delikatnie przekręcony kontur – to było to!

Nie wiem, jak państwo się na takie manipulacje dźwiękiem (bo o to przecież w tym chodzi) zapatrują, czy lepsza jest dla Was przykra, ale jednak prawda, czy raczej podretuszowana fałszywka, ja jednak od dłuższego czasu się z tym zmagam i coraz częściej wygrywa u mnie to drugie. Wolę przy tym myśleć o tym raczej jako o pewnej drodze do celu, nie o błądzeniu. A celem jest Muzyka…
Tak się bowiem składa, że od dłuższego czasu robię coś podobnego w moim Lebenie CS300 Limited (Custom Version). Wzmacniacz zbudowany z myślą o współpracy z głośnikami szerokopasmowymi, w których problemem jest odtworzenie z odpowiednim ciśnieniem niskich częstotliwości, został przez pana Hyodo, właściciela i konstruktora firmy Leben wyposażony w trzypozycyjny przełącznik, dzięki któremu można podbić bas o 3 lub 5 dB (trzecia pozycja to 0 dB).
Przez długi, długi czas – teraz widzę, że zbyt długi – traktowałem ten przełącznik jak rogi diabła, wychylające się spod fantastycznego produktu. Apage, Satanas! grało we mnie! Jego obecność z definicji wydłuża ścieżkę sygnału, nawet jeśli znajduje się w pozycji ‘0 dB’, dlatego z punktu widzenia purysty, tego, do czego w najlepszym audio się dąży, był to błąd.
Dopóki któregoś wieczora nie przekręciłem go na pozycję ‘+3 dB’. Olśnienie! Grałem właśnie cyfrową wersję (mini LP) płyty 4 grupy Kombi, dość słabo zremasterowany, pozbawiony basu album. Słuchawki – Sennheiser HD800 – odpowiedziały na mój ruch synergicznie: przylepiły się do tego „nowego” dźwięku. Od tej pory nie jestem już taki pewien, czy to rzeczywiście błąd, niedopatrzenie itp. pana Hyodo. Raczej, po raz kolejny okazuje się, że kiedy dojrzeję do czegoś, kiedy wyzbędę się uprzedzeń, nawet tych „dobrych”, wynikających z logiki, pomysły Japończyków okazują się czymś dobrym. Kolejny raz chylę czoła przed doświadczeniem ludzi Stamtąd i ich wyczuciu sprzętu…
Nie mówię, że to rozwiązanie idealne. Po szoku „inicjacyjnym”, przy dobrze zrealizowanych płytach nieco się opamiętałem. Podbicie basu nie zawsze jest korzystne, nie zawsze, słychać, że oprócz zwykłego podniesienia poziomu niskich częstotliwości układ ten wprowadza także do przekazu jakieś zniekształcenia, wcześniej nieobecne. Moje intuicje potwierdził swoimi pomiarami John Atkinson – test przeprowadził Art Dudley (Leben CS-300 & RS30-EQ, integrated amp & phono amp, „Stereophile”, November 2011, Vol.34, No. 11, s. 93-105). Jak się okazało, wzmocnienie przypada na 30 Hz, jest jednak słyszane też w wyższej części pasma. Mimo to mój Leben najczęściej, w proporcjach 60/40, pracuje z dodanym basem i tylko z częścią płyt purystyczne podejście okazuje się lepsze.

Używanie regulacji barwy dźwięku jest przez znakomitą większość dziennikarzy audio uznawane za błąd. I nie bez powodu – układy te wprowadzają do sygnału zniekształcenia i znacznie częściej szkodzą niż pomagają. Jeśli jednak są dobrze wykonane, z głową (a tak się składa, że i we wspomnianej Yamasze, i w Lebenie to układy pasywne, nie tak agresywne, jak aktywne) mogą być remedium na wady płyt, słuchawek itp.
Korzystanie z regulacji barwy dźwięku nie jest jednak jedyną wstydliwą przyjemnością, jaką pewnie każdy z nas może się w kontekście słuchania muzyki pochwalić (to znaczy: nie chce się pochwalić…). Ogromnym polem do tego typu szaleństw jest przecież sama muzyka. Założę się, że wszyscy, jak jeden mąż, którzy to czytają mają w swoich zbiorach płyty, nagrania itp., z którymi się nie obnoszą, a do których dość często sięgają – mam rację? To, co określimy tym mianem zależy w głównej mierze od tego, jak postrzegamy muzykę – inną listę poda człowiek słuchający wyłącznie klasykę, inną rockman, punkowiec itp. A jeszcze inną kierowca PKS-u.

Niezależnie jednak od tego, jak bardzo chcielibyśmy się z tym schować do naszych prywatnych jaskiń, są wśród nich rzeczy, co do których łatka „wstydliwe” przypięta jest a priori i które zasługują na coś więcej niż najniższa (choć łatwo dostępna) półka w naszych regałach.
Mam takie nagrania i ja, o TaTu, czy Sandrze nie będę się rozpisywał, niech to każdy sam oceni, ale warto, myślę, wspomnieć o innym zespole, polskim Audiofeels. Wspominam o chłopakach nie bez powodu – nie tak dawno wydali swój drugi album pt. UnFinished (Mystic Productions, MYSTCD 198; premiera – 7.11.2011), może nie tak spójny i nie tak dobrze nagrany, jak debiutancki UnCovered (Penguin Records, 5907505865005) z 2009 roku, trzymający jednak dobry poziom i pokazujący zespół w czasie poszukiwań. Wydany w postaci ładnego, podwójnego digipaku, na jednej płycie mieści własne kompozycje Audiofeels, a na drugiej covery (pierwsze wydawnictwo było wyłącznie z coverami). Płyty nie są długie, trochę ponad 35 minut każda, co świetnie wpisuje się w nie tylko mój postulat o umiar – choć płyta CD mieści do 80 minut muzyki, to sens mają, moim zdaniem, płyty z materiałem o długości pomiędzy 35 i 45 minut. Powyżej to tylko szum…




W każdym razie – Audiofeels noszą na sobie znamię grzechu pierworodnego, którym jest występ w programie Mam talent! (2008), nadawanym przez stację TVN, w którym zajęli trzecie miejsce. Tak ich Polska poznała. A z założenia puryści muzyczni wszelkie tego typu programy obchodzą z pogardą i wyższością. I znowu: nie bez powodu. Podobnie jak regulacja barwy we wzmacniaczu, tak i one wprowadzają do przestrzeni muzycznej sporo szumu, najczęściej zniekształcają muzykę. Jednak co jakiś czas okazuje się, że przynoszą coś, co jest wartościowe i co warte jest grzechu.
Obydwie płyty Audiofeels reprezentują gatunek muzyczny zwany „vocal play”, tj. nie ma na nich żadnych instrumentów, tylko głosy, zarówno jeśli chodzi o wokal prowadzący, chórki, jak i imitacje brzmienia instrumentów. Polski zespół jest naprawdę bardzo dobry, a jakość nagrania – dobra. Jeśli miałbym oceniać ich płyty w regularnej recenzji, to debiut oceniłbym na 8-9/10, a drugi album na 7-8/10. Polecam!



Bo tego typu „odloty” potrzebne są dla naszego psychicznego komfortu – taką mam przynajmniej teorię. Sprawdza się ona u mnie przede wszystkim w przestrzeni literatury. Czytam sporo, jednak nie zawsze są to pozycje w rodzaju Cmentarz w Pradze Umberto Eco (słaba), Suttree Cormaca McCarthy’ego (fenomenalna), czy Powrót Boga spółki John Micklethwait & Adrian Wooldridge (dobre, dobre). Tego typu literaturę przeplatam inną, o Philipie Dicku nie będę się rozpisywał, bo to oczywiste, ale muszę powiedzieć o bardzo dobrym Czasie zmierzchu Dmitrya Gluhovsky’ego (autora Metro 2033) i jeszcze nie przeczytanym Piterze Szymuna Wroczeka. A jest przecież i Izabela Sowa, ulubiona autorka mojej żony i moja. Gdzieś pomiędzy są autobiografie Keitha Richardsa i Marka Niedźwieckiego (dla jasności wspominam tylko najnowsze wydawnictwa). Wszystko to składa się na coś więcej niż tylko „wysoka” i „niska” literatura, składa się po prostu na ‘literaturę’.
Z muzyką jest podobnie. Trzeba się jej uczyć, słuchać purystycznie, w ramach gatunków, wykonawców, zespołów itp. Jednak to skoki w bok są przyprawą, dzięki której to wszystko jest strawne, dzięki której jesteśmy w formie. Dlatego nie skreślajmy od razu wszystkiego o czym napisałem, bez dania szansy. Jestem pewien, że czeka nas wiele zaskoczeń i mnóstwo przyjemności.

ROZMÓWKI VII

A. W ostatnim wstępniaku wspominałem o Srajanie Ebaenie – obiecałem wywiad z naczelnym „6moons.com” i z obietnicy się wywiązuję. Mam nadzieję, że zobaczą w nim państwo to, co ja – ciekawego, nietuzinkowego człowieka, z którym można się nie zgadzać (ja sam mam inne zdanie na wiele rzeczy, o których Srajan mówi), którego nie można jednak ignorować. Jeśli dobrze pójdzie (czytaj: „wystarczy czasu”), to 16. stycznia pojawi się pierwsza od kilku lat recenzja Srajana w języku polskim. Artykuły „High Fidelity” są w „6moons.com” publikowane regularnie od kilku lat i umowa między naszymi pismami zakłada także polskie tłumaczenia artykułów naszego amerykańskiego partnera. Nigdy jednak nie starczało nam na to czasu. Bardzo chciałbym, żeby to się zmieniło i przynajmniej raz w miesiącu Srajan przemówił językiem Adama Mickiewicza i Doroty Masłowskiej…

B. Wreszcie udało mi się zrealizować coś, o czym od dawna myślałem – dopieściłem akustycznie swój pokój. A nie jest to łatwe, bo to salon, z którego korzysta cała rodzina, a nie wydzielone pomieszczenie. Dla mnie jest to optymalna sytuacja, ponieważ w takich warunkach muzyki słucha znakomita większość czytelników HF. Mój pokój jest bardzo dobry pod względem akustycznym, sprawdziłem to z kilkuset kolumnami, jednak nie jest idealny. Problemem od zawsze była dla mnie bliskość tylnej ściany za kanapą, na której siedzę. Przez kilka lat wisiała tam duża grafika, jednak po remoncie zniknęła. Na szczęście znalazłem elementy do korekty akustyki, które są ładne (żona), da się je łatwo przymocować (ja) i ewentualnie wymienić na inne (ja). To panele Wave Wood firmy Vicoustic. Zastosowałem cztery, w zapasie mam jeszcze dwa – tak na wszelki wypadek. Jest ładnie i znacznie lepiej dźwiękowo, przede wszystkim jeśli chodzi o przestrzeń.

C. Gerhard Hirt jakiś czas temu obiecał mi, że podrasuje mój przedwzmacniacz Ayon Polaris III w kierunku, w którym zbliży się do brzmienia modelu Spheris II. Główny unit pojechał do Austrii, gdzie, oprócz tabliczki z podpisem, tak stałem się właścicielem wersji Signature Edition :), wymienione zostały oporniki – teraz wszystkie są tantalowe – oraz kondensatory sprzęgające – teraz to Silver Z-Cap Jantzen Audio. Poprawa dźwięku jest wyraźna, wszystko jest głębsze i gładsze, ale to wciąż nie jest to, o czym myślałem. Dlatego wypróbuję jednak kondensatory V-Cap CuTF, o których kiedyś pisałem. Gerhard mówi, że są za duże i się nie mieszczą na płytce, ale może jakoś uda mi się to obejść. No i pomyślę o jakimś wytłumieniu obudowy i wymianie nóżek, może na finite elemente.

D. W Krakowie jest nowy salon audio. Pewnie już to państwo wiecie – w Krakowie jest nowy salon audio. Chciałem więc powiedzieć, że odwiedziłem Living! Sound i jego właściciela pana Piotra Misiewicza. Jest dobrze – to salon typu „Premium”, tj. z wyselekcjonowanymi produktami, markami, których dystrybutorzy nie mają w Krakowie własnych sklepów – McIntosh, Tannoy, VPI, Audio Aero itd. Położony w dobrym miejscu (ul. Karmelicka 36), przy jednej z głównych ulic w centrum Krakowa, ma duże szanse stać się obowiązkowym miejscem zakupów. Jeśli dobrze pójdzie, może w przyszłości będziemy mogli w nim, co jakiś czas, organizować spotkania Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego, otwarte dla wszystkich chętnych. Pierwsze pomysły już są, zobaczymy, co c nich wyjdzie.

E. O Japończykach i ich wyczuciu dźwięku już pisałem – dodać chciałbym, że kontynuuję swoją przygodę z Acoustic Revive. Tym razem zamówiłem do testu elementy związane z siecią internetową: izolator sieci LAN RLI-1, izolator USB RUI-1 i kabel LAN-2 OPA. Już się cieszę!

To tyle, co mi przychodzi na szybko do głowy. Jest 1. stycznia, więc to już 2012 rok, dziewiąty rok wydawania „High Fidelity”. Dziękujemy Wam wszystkim, którzy z nami jesteście od samego początku, a także wszystkim tym, którzy do nas w tym czasie dołączyli. Chciałbym życzyć nam wszystkim dobrego muzycznie roku i zdrowia, bo jakoś na to wszystko trzeba przecież zarobić!

Wojciech Pacuła
Redaktor naczelny



Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia enjoythemusic linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM