pl | en

No.74 czerwiec 2010
TO, CO NAJWAŻNIEJSZE

Życie audiofila-melomana, a także melomana-audiofila powinno przypominać życie każdego innego „poszukiwacza”. Audio jest bowiem wyzwaniem. Wymusza uczenie się i to przez całe życie. Im bliżej jesteśmy rozwiązania wszystkich jego zagadek, dojścia do „prawdy” o dźwięku i reprodukującym go sprzęcie, tym boleśniejszy jest kolejny krok. To bowiem zawsze, zawsze krok w pustkę.
Nie ma bowiem u nas czegoś takiego, jak „koniec”, jak punkt dojścia. Tym jest bowiem tylko „dźwięk absolutny”, dźwięk identyczny z realnym. A to logiczna i praktyczna niemożliwość. Ideał pozostaje ideałem, rzeczywistość rzeczywistością i każda kopia, wnosząca ze sobą zmiany do owego oryginału, oddala nas od prawdy.
Czym więc audiofile się zajmują? Jak sądzę, próbą odsłonięcia kolejnych warstw, dotarciem do owej „prawdy”. Każdy krok na tej drodze, czy to zmiana urządzenia na lepsze, czy to lepsza wersja danego nagrania, poprawa akustyki pokoju odsłuchowego, kolejny koncert – wszystko to kroki w dobrym kierunku. Nieprzypadkowo mówi się jednak o „gonieniu króliczka”. Jak mówię, nie ma takiej możliwości, aby oddać dokładnie to, co działo się w studiu nagraniowym, na scenie, ani nawet tego, co jest na płycie. To ostatnie jest teoretycznie najłatwiejsze, ponieważ usuwa z równania połowę zniekształcających rzeczywistość „przybliżeń”, a mianowicie proces nagraniowy i mastering wraz z wytworzeniem konkretnego nośnika. Łatwiejsze, ale wciąż trudne. Pokazanie tego, co na płycie jest bowiem zależne tylko od tego, co znajduje się po nim, a więc od systemu odsłuchowego, pokoju i nas. A z tym jesteśmy obeznani, prawda? To o tym traktują wszystkie pisma branżowe, to tym zajmują się firmy produkujące sprzęt audio. Tym jest właśnie audiofilizm.

Nieprzypadkowo włączyłem w zbiór, odpowiedzialnych za efekt końcowy elementów, człowieka. To najtrudniejszy do kontrolowania fragment, niezwykle złożony i wciąż niepoznany. Coś-niecoś wiemy, ale i to nie na pewno i nie do końca. Jest to ważne dlatego, że warunkiem koniecznym dojścia do „prawdy” nagrania (nie będę się teraz zajmował omawianiem tego, czym ta „prawda” mogła by być) jest uświadomienie sobie tego, czego od naszego systemu (a więc i od dźwięku) oczekujemy. Tak, oczywiście – „prawdy”, ale przecież wiadomo, nawet na „zdrowy rozum”, że to tylko przybliżenie do niej. Tak naprawdę oczekujemy raczej czegoś, co jest – według nas – najlepszym, w danej sytuacji, z danym systemem, nagraniami itp. owej „prawdy” wyobrażeniem. Innymi słowy – dążymy do tego, co według nas jest najlepszym, możliwym dźwiękiem tu i teraz. Niby proste, każdy z nas po jednym piwie coś takiego by sformułował. A jednak chciałbym położyć wyraźny nacisk na to, co do tej konkluzji prowadziło – na to, że to tylko „nasze” wyobrażenie i tylko czasowe. Jeśli bowiem audiofil ma się uczyć, to w efekcie będzie się w tej wirtualnej przestrzeni przemieszczał, nie będzie statyczny.

Zapewne każdy może wskazać punkty zwrotne swojej edukacji muzycznej i sonicznej, przeżycia „progowe”, po których już nic nie było takie samo, po których my nie byliśmy już tacy sami. Pierwszy dobry dźwięk, pierwszy dobry koncert, olśnienie podczas odsłuchu, ciarki na grzbiecie podczas solówki, cudowne „zapadnięcie” się w nagranie. I jeszcze ekscytację jakimś urządzeniem, kolumnami itp. I nagłe zrozumienie czegoś lub kogoś. To wszystko składa się na „krzywą uczenia”, na to, kim jesteśmy w danej chwili. A to, w jaki sposób pojmujemy dźwięk z systemu audio ma kolosalne znaczenie. Przypomnijmy sobie nasze inicjacyjne spotkanie z dobrym dźwiękiem. Nie wiedzieliśmy wówczas, dlaczego to jest dobry dźwięk, co jest w nim dobrego, a tym bardziej, co jest w nim złego. Po prostu całym ciałem czuliśmy, że to jest „to”. I chcieliśmy to potem powtórzyć u siebie. Po jakimś czasie dochodziło do nas, że to nie jest jednak dźwięk idealny i że trzeba by w nim coś poprawić. Po kilku zmianach nie potrafilibyśmy nawet wskazać na elementy, dzięki którym ten pierwszy dźwięk nam się podobał, niemal zawsze był dalece inny od ideału. Mimo to ten imprint pierwszego prawdziwego odsłuchu w nas zostaje i dobrze to cudowne uczucie pamiętamy.

Można by też wyznaczyć pewien ogólny schemat takiej nauki. Pierwsze spotkania z audio są cudowne, ponieważ są absolutnie nieskażone. Wiedza o urządzeniach jest znikoma, o reprodukowanym dźwięku zresztą też. Zwykle wydaje się nam, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. I jest pięknie – słuchanie jest piękne. W dźwięku szukamy wówczas pewnych elementów go konstytuujących – a to basu, a to góry, może nawet przestrzeni. Zmieni się to, kiedy wystarczająco długo będziemy eksponowani na działanie brasy branżowej, a więc prasy specjalistycznej, „zarażonych” kolegów i znajomych, wystaw audio itp. To zmienia człowieka na zawsze, odbierając mu pierwotną niewinność. Jest jednak nieuniknione. Jak staram się podkreślać, gdzie to tylko możliwe, nie wierzę w tzw. „czystą kartę”, jaką miałby być odbiorca muzyki, audiofil, recenzent. To brednia, bujda na resorach i podstawowy błąd metodologiczny. Nie ma czegoś takiego, jak „czysta karta”. Natura nie znosi próżni i w tym przypadku jest tak samo – jesteśmy pełni sądów, skojarzeń, twierdzeń, przeżyć, domysłów itp., dlatego trzeba w jak najlepszy sposób to uporządkować, albo zamienić to na coś nowego, coś, czego się nauczyliśmy. I do tego właśnie służy czytanie prasy branżowej – nadawaniu sensu tego, co słyszymy. Dlatego też czytanie prasy audio jest w przypadku melomana-audiofila koniecznością. Najlepiej czytać jak najwięcej, jak największej ilości tytułów. Drukowanych i wydawanych w internecie. W przypadku tych ostatnich istnieje duża możliwość, że trafimy na dyletantów, na opinie kupione przez producentów itp. Zwrócił na to uwagę w swoim ostatnim wstępniaku redaktor naczelny „Stereophile’a” Johna Atkinson, który słusznie zauważył, że zgodnie z Prawem Sturgeona (autor si-fi) 90 % tego, co się mówi to śmiecie (J. Atkinson, iPad Daze, „Stereophile”, June 2010, Vol.33, No.6, s. 3). Mówiąc wprost, że tylko drukowane pisma zasługują na zaufanie, a internet to obszar opanowany przez siły nieczyste, zapomniał, że prawo to odnosi się do całej aktywności ludzkiej i nie robi różnicy między internetem i drukiem. Tak, ponieważ w sieci informacji jest wielokrotnie więcej, znacznie więcej tego, co się tam znajduje to „crap”. Ale mamy z tym do czynienia i w druku. Ciekawe, ale ostatnio pisma drukowane nachalnie usiłują wmówić czytelnikom, że tylko one są prawdomówne, że tylko one mają patent na „prawdę”. Tak się złożyło, że równolegle ze wstępniakiem w „Stereophile’u” niemal dokładnie, tylko wskazując na swoje pismo, o prasie internetowej i drukowanej powiedział Robert Harley, naczelny „The Abso!ute Sound” (R. Harley, Have Your Cake and Eat it, Too, „The Abso!ute Sound”, June/July 2010, Issue 203, s. 12). Czyżby czuli na karku nasz oddech? Nie jestem pewien. Wiem natomiast jedno – takie nadymanie się do niczego dobrego nie prowadzi, bo tracimy z oczu większą całość.

Ale wracając do głównego wątku – trzeba wciąż się uczyć. Po pierwszym kontakcie z audio dochodzimy w pewnym momencie do etapu, w którym potrafimy nieźle nazwać to, co słyszymy, operujemy fachowymi terminami (to tzw. język środowiskowy, albo żargon), znamy marki, nazwy itp. Mamy pewnie niezły system i bogatą kolekcję płyt. W tym momencie najczęściej idzie nam w dźwięku, jeśli wszystko jest dobrze poukładane, o rozdzielczość, o dobry, kolorowy i zróżnicowany dół oraz dźwięczną, „miodową”, precyzyjną górę i nasycony, pełny środek. I najpewniej o precyzyjną, holograficzną scenę dźwiękową.

I świetnie – to w 99 % właśnie do tego etapu odnoszą się testy w prasie audio i to o tym da się dyskutować. Proszę spojrzeć na którykolwiek test w „High Fidelity” i zobaczycie państwo o czym mówię. I jest to dobre, że tak powiem. Przychodzi jednak w pewnym momencie coś w rodzaju zmiany perspektywy. Kiedy już to wszystko wiemy, kiedy mamy w dźwięku wszystko to, o czym mówię, nagle tracimy tym wszystkim zainteresowanie. Dokładnie to – przestaje to mieć jakiekolwiek znaczenie. Dźwięk ma bowiem budzić emocje. Ma nas zawłaszczać, mamy być „podłączeni” do „wydarzenia” na płycie. Muzyka ma wzruszać. Ma wywoływać gęsią skórkę. Ma nas wyłączyć ze świata dookoła. Że o to samo chodziło też wcześniej? Że o tym właśnie piszemy? NIE!!! Wcześniej chodziło o małe rzeczy, o składniki dźwięku, a będąc w miejscu, o którym mówię, te detale nie istnieją, w ogóle nie ma czegoś takiego, jak „dół” i „góra”. Jest jakaś większa całość, która działa, albo nie – albo jesteśmy w muzyce, albo nie. I żeby to było jasne: jest to powrót do „pierwszego odsłuchu”, do swego rodzaju stanu niewinności. Nie regres, a właśnie powrót – powrót człowieka mądrzejszego i bogatszego w doświadczenie.



Nie lubię używać tego słowa, bo było nadużywane i straciło większość ze swej wartości poznawczej i operacyjnej (tym bardziej, że związany z nim postmodernizm wydaje się właśnie dogorywać), ale to trochę tak, jak z dekonstrukcją: najpierw rozbieramy na czynniki pierwsze przedmiot badań (tutaj chodzi o dźwięk), przyglądamy się im, komentujemy ich wzajemne zależności, po czym wszystko składamy na nowo. Nawet jeśli będzie to wyglądało dokładnie tak, jak na początku, to MY, czyli obserwator, będziemy już inni. Będziemy bogatsi o doświadczenie. O wiedzę. I tak jest z audio. Na etapie, o którym mówię dźwięk systemu (bo chodzi o rośnięcie świadomości i systemu) nie może być jasny, ani analityczny – o czym Japończycy wiedzieli od zawsze. Wcześniej na drodze da się znaleźć urządzenia, które ten postulat realizują, wciąż nie są jednak wysoko „hi”, żeby niedaleko był „end”. Dopiero w pewnym momencie w idealną pełnię stapiają się walory „hi-fi” i to, o czym mówię. „Baza” musi być jednak zapewniona. Taki dźwięk jest raczej ciepły i raczej ciemny. W porównaniu z systemami, o których wcześniej myśleliśmy, że są super jest znacznie głębszy. Nie ma tu tendencji do opisu sceny dźwiękowej, rozmieszczenia instrumentów, ponieważ wszystko jest tak naturalne, że można myśleć o akustyce pomieszczenia nagraniowego, a nie o scenie dźwiękowej. Wchodzimy po prostu w miejsce nagrania i na tym etapie jesteśmy. Powtórzę: podstawą jest wszystko to, o czym mówiłem wcześniej, jednak to dopiero punkt wyjścia. A jak to opisać? No i tu zaczynają się schody i zupełnie inna historia. Ważne jest, żeby zapamiętać jedno: punkt dojścia jest bardzo podobny do punktu wyjścia. Pomiędzy nimi znajduje si jednak droga, która musi zostać przemierzona i praca, która musi zostać wykonana. Nagroda będzie jednak niebywała.



ZA-V-CAP-OWANY

Częścią procesu dojrzewania jest wymiana urządzeń na lepsze. Na takie, które grają w SYSTEMIE. To musi być system, a nie zestaw. Zmiany zachodzą też i u mnie. Piszę to po to, aby państwo byli na bieżąco, bo ostatecznie to do moich urządzeń porównuję to, co testuję. Jednym z nowszych nabytków jest Lektor Air Ancient Audio. Już o nim pisałem wcześniej, ale właśnie przywiozłem go ostatecznie zrobionego. Najważniejszą zmianą było w nim dodanie nowiutkich, cudownych i równie szokująco drogich, miedziano-teflonowych kondensatorów amerykańskiej firmy V-Cap CuTF. To najlepsze, co Chris VenHaus, właściciel firmy, do tej pory wyprodukował. Na razie się wygrzewają, ale już słychać, że ich góra jest po prostu bajeczna, a dźwięk idzie w kierunku, o którym wcześniej mówiłem. Zachęcony tym zmieniłem też kondensatory sprzęgające w mojej wersji Lebena CS-300XS Custom Version. I też jest pięknie. Pan Waszczyszyn, który je wymieniał, zwrócił moją uwagę na to, że w mojej wersji wzmacniacza zamiast dławika w zasilaczu są oporniki. A to ciekawe, bo jedną z różnic między wersją podstawową Lebena i wersją ‘XS’ jest właśnie dławik. Właściciel Lebena najwyraźniej jednak uważa tak samo, jak pan Waszczyszyn, a mianowicie, że dławik jest tylko częściowym rozwiązaniem problemu i jeśli zależy nam na czymś ponadprzeciętnym, lepiej sobie poradzić bez niego. A mógł sobie na to pozwolić, ponieważ robił wzmacniacz konkretnie dla mnie, nie musiał się trzymać pomiarów itp. Zrobił to, co według niego najlepiej brzmiało. Produktem ubocznym braku dławika był jednak wyższy poziom brumu (przydźwięku), szczególnie dokuczliwy podczas odsłuchu na słuchawki, przez moje Sennheisery HD800, charakteryzujące się impedancją 300 Ω. Założyliśmy jednak na wyjściu słuchawkowym oporniki i wszystko jest teraz jak trzeba.

Moje zavicapowanie sięga jednak dalej – zamówiłem też i przyszły, kondensatory do mojego przedwzmacniacza Ayon Polaris II – teflonowe i olejowe. Jeszcze ich nie wlutowałem, ale wiem, że będzie dobrze, bo te same kondensatory znam z produktów Ancient Audio i nigdy się na nich nie zwiodłem. Na koniec powiem tylko, że Chris traktuje swoich klientów niebywale poważnie, z szacunkiem itp. jednym z przejawów tej troski jest to, jak pakuje przesyłki – cztery, niewielkie kondensatory do mojego Polarisa przyszły fantastycznie opakowane, w dużym pudle z wypełniaczem. Tak powinno to wyglądać we wszystkich firmach.

PLANY

Jak już kilkakrotnie mówiłem, plany to najśmieszniejsza część działalności pisma, ponieważ niemal nigdy nie wypalają. Tak było chociażby z testem Harbethów Model 40.1, które miały się ukazać w tym numerze „High Fidelity” – niestety dedykowane im podstawki nie przyjechały i dystrybutor zdecydował, że test przekładamy. Mimo to chciałbym wskazać na kilka testów, które niemal na pewno się odbędą, a ich wyniki ukażą się w numerach lipcowym i sierpniowym. A tak na marginesie – wygląda na to, że HF będzie jedynym polskojęzycznym pismem audio, które wyda osobne numery wakacyjne.

LIPIEC 2010

  • Liveline Acoustic IC + SC + PC - interkonekt + kable głośnikowe + kabel sieciowy
  • Monitor Audio Bronze BX6 – kolumny podłogowe
  • April Music Model MkII Copper – przedwzmacniacz liniowy
  • Avid ACUTUS REFERENCE + Pulsar – gramofon + przedwzmacniacz gramofonowy
  • Avantgarde Acoustic DUO OMEGA – kolumny podłogowe



SIERPIEŃ 2010

  • Metronome Technologie T3A Signature + C3A Signature – odtwarzacz CD
  • Accuphase M-6000 – wzmacniacz mocy
  • Tenor Audio 175 S – wzmacniacz mocy
  • CAT SL1 Legend – przedwzmacniacz liniowy
  • German Physiks The HRS 120 Carbon – kolumny podłogowe

I na koniec chciałbym zwrócić uwagę na nową firmę: franc audio accessoriess (f-franc@wp.pl). Dostałem ostatnio do testu (przygotowuję do „Audio” test podstawek antywibracyjnych) stopy antywibracyjne tej firmy. Już opakowanie robi niesamowite wrażenie, a potwierdza to, co jest wewnątrz nich. Są genialnie wykonane i stoi za nimi sensowny pomysł. Jeszcze nie wiem, co wnoszą do dźwięku, ale już teraz jestem na „tak”!

I na sam, całkowicie ostateczny koniec, ponawiam moja prośbę do Was, Czytelnicy: „High Fidelity” jest dla was pismem bezpłatnym, ale ktoś za to musi zapłacić – są to dystrybutorzy, producenci, salony audio, wykupujący w piśmie banery. Proszę was więc o zrewanżowanie się im i wchodzenie na ich strony właśnie przez te banery, na eksplorowanie stron firmowych itp.

Wojciech Pacuła

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia hifistatement linia Net Audio

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM