pl | en

264 Kwiecień 2026

Wstępniak

tekst WOJCIECH PACUŁA
zdjęcia „High Fidelity”, Ancient Audio



No 263

1 marca 2026

GENTRYFIKACJA W AUDIO
Czyli rozwój w trzech etapach

Branża audio jest miejscem ścierania się poglądów, opinii i różnych rozwiązań, które mają nas prowadzić do tego samego celu – lepszego dźwięku. W ferworze walki nie zauważamy, że podlega ona takim samym prawom, jak każda inna dziedzina związana z wytwórstwem.

Moim zdaniem najbliżej jej do tego, co dzieje się na rynku… mieszkaniowym. Mamy więc fazę osiedlania się pośrodku „niczego” (DIY), fazę włączania nowych mieszkańców w tkankę wsi czy miasta (krzepnięcie i wzrost firm) oraz fazę pełnego rozwoju i wreszcie schyłku; ta ostatnia może się przerodzić w zniknięcie firmy z rynku, jej rewitalizację lub gentryfikację. Z nich wszystkich ta ostatnia jest najmniej pożądana.

OD JAKIEGOŚ CZASU Kraków żyje jednym tematem: referendum. Referendum, w którym mieszkańcy mają się wypowiedzieć na temat rządów Prezydenta Miasta Krakowa, pana Aleksandra Miszalskiego. Na początku marca zakończyła się zbiórka podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie takiego głosowania. Aby komisarz wydał postanowienie o jego przeprowadzeniu, pod wnioskiem poprawnych musi być co najmniej 58 355 podpisów, czyli 10 procent uprawnionych do głosowania mieszkańców Krakowa. Jak się okazuje, było ich ponad dwa razy więcej niż potrzeba.

‖ Kołysanie łódką demokracji, jak tutaj, jest niebezpieczne dla nas wszystkich

W związku z tym przeciwnicy Aleksandra Miszalskiego (PO) złożyli w Krajowym Biurze Wyborczym Delegaturze w Krakowie wniosek o organizację referendum odwołującego polityka z urzędu prezydenta miasta. KBW ma 30 dni na weryfikację podpisów. Organizatorzy szacują, że komisarz wyborczy zarządzi referendum na 17 lub 24 maja.

Cała akcja przebiegała pod hasłem „Odzyskajmy Kraków”. To hasło jest kłamstwem. Widzą państwo, Miszalski nie był moim kandydatem, wygrał jednak w uczciwych wyborach, pokonując, ze sporą przewagą, wszystkich innych pretendentów do roli prezydenta mojego miasta. Obecne wzmożenie i szczucie, bo o nie chodzi, jest zaś wynikiem zranionej miłości własnej jednego ze środowisk, a nawet – jak słyszę u znajomych związanych z polityką – jednego człowieka.

Sięga on po znakomite narzędzie kontroli władzy, jakim jest referendum, aby zaspokoić swoją potrzebę zemsty. Wmawianie ludziom, że ktoś im „ukradł” wybory to jednak niebezpieczna gra, osłabiająca demokrację. Referendum użyte rozsądnie jest wyrazem odpowiedzialności, wykorzystane tak, jak w przypadku wyborów w Krakowie staje się narzędziem władzy. Krótko mówiąc, coś dobrego w nieodpowiedzialnych rękach może się stać czymś złym.

‖ Miasto jest miejscem ścierania się różnych grup interesów; na zdjęciu widok z wieży kościoła Sanktuarium Świętego Józefa na Podgórze

To tak jak z kolejną aferą, którą Kraków odmienia przez wszystkie przypadki – wyrzuceniem lokatorów i najemców z zabytkowych kamienic przy ul. Józefa i Bożego Ciała, należących do Zakonu Kanoników Regularnych. Miałyby się one zmienić się w pięciogwiazdkowy hotel i centrum konferencyjne. Jak się pisze, sprawa budzi ogromne kontrowersje: od złamania historycznego zapisu darowizny, przez wypowiedzenia dla kultowych lokali usługowych, aż po interwencję Prezydenta Miasta.

Rzecz w tym, że w miejsce normalnego życia, części kolorytu tej dzielnicy, miałaby powstać korporacyjna monokultura. To działanie na szkodę nie tylko tych, których chce się wyrzucić, ale i miasta. Jest też i druga strona tej sprawy, bo nigdy nie jest tak że wszystko jest zerojedynkowe. Chodzi o to, że w ten sposób budynki zyskałyby poważnego inwestora, który by je wyremontował i przywrócił do dawnej świetności, jeśli tak można powiedzieć. Uporządkowałoby to cały kwartał, a tym samym zmieniałoby ruiny w porządne miejsce. Która strona sporu ma rację, kto ma więcej atutów w ręce? Jak zwykle – to zależy od kontekstu.

W przypadkach takich jak ten ważne jest, czy chodzi o rewitalizację, czy gentryfikacji. To istotne rozróżnienie, ponieważ oddziela dobro od zła, pracę na rzecz mieszkańców od korporacyjno-deweloperskiego skurwysyństwa. Sprawa budzi kontrowersje, co wyraził Wojciech Orliński w swoim artykule Szanuj menela swego. Gentryfikacja czy rewitalizacja?, w którym przytacza nowojorskie opowieści o gentryfikacji, które według autora „są ponure, niezależnie od szczebla drabiny społecznej”, a pod którym podpisało się wielu zwolenników takich zmian; więcej → TUTAJ.

‖ Ulica Bożego Ciała w Krakowie, przy której stoją kamienice z których inwestor chce wysiedlić mieszkańców i najemców.

‖ Ulica Józefa 9 to przede wszystkim Eszeweria, knajpa ukochana przez młodzież, w tym moją córkę – również to miejsce ma zniknąć.

Tak więc – rewitalizacja, czy gentryfikacja? Jak czytamy w internetowym „Słowniku Języka Polskiego” gentryfikacja to „proces zmiany charakteru części miasta w bardziej skomercjalizowany, zdominowany przez osoby o wyższym statusie materialnym” (więcej → TUTAJ). Jest to niezwykle polityczne wyrażenie, które budzi opór zwolenników wolnego rynku w wersji turbokapitalizmu. Wyrazem tego jest wpis pod przywołaną definicją na – bądź co bądź – naukowym portalu, w którym użytkownik o nicku Wolnykoliber, po przytoczeniu bardziej rozbudowanej definicji, dodaje: „słowo często używane przez wszelkiej maści lewactwo”.

Na stronach Instytutu Dziedzictwa Narodowego znajdziemy artykuł poświęcony temu tematowi, w którym zwraca się uwagę na niedostateczne zrozumienie różnicy między, przywołanymi powyżej, terminami. Czytamy:

Estetyczne i funkcjonalne przestrzenie przyciągają inwestorów oraz mieszkańców, ale przeobrażenia w zasobach dzielnicy, będące skutkiem działań gmin, mogą negatywnie wpływać na strukturę społeczną. Z jednej strony mogą prowadzić do utraty różnorodności i autentyczności, z drugiej – do zmniejszenia dynamiki przestrzeni, co uczyni ją monotonną.

Strategiczne programowanie rozwoju lokalnego i regionalnego, w szczególności w kontekście rewitalizacji, powinno opierać się na rzetelnych badaniach i analizach diagnozujących obszary dotknięte kryzysem. Takie podejście jest nie tylko skuteczne, ale również zgodne z wymaganiami ustawy o rewitalizacji.

Rewitalizacja czy gentryfikacja? Kluczowe różnice i ich znaczenie dla lokalnych społeczności, →SAMORZAD.nid.pl, dostęp: 25.03.2026.

‖ Pod numerem 24 działa Paul’s Boutique Record Store, miejsce – nie tylko moich – peregrynacji.

‖ W Paul’s Boutique kupiłem ostatnio nieotwartą płytę Andrzeja Mitana Ptaki - to miejsce zniknie przykryte nowym tynkiem.

W skrócie – gentryfikacja jest procesem przemocowym, wykluczającym, z gruntu przeciwnym ludziom takim jak państwo czy ja. Chodzi w niej o odniesienie jak największych korzyści naszym kosztem. Rewitalizacja z kolei to działanie z założenia inkluzywne, dążące do – jak dalej czytamy na stronach IDN – wzmocnienia istniejącej społeczności poprzez renowacje budynków, poprawę infrastruktury, wdrażanie polityki chroniącej mieszkańców przed wysiedleniem oraz przeciwdziałanie problemom społecznym, takim jak wykluczenie czy bezrobocie: „Celem rewitalizacji jest nie tylko odnowienie przestrzeni fizycznej, ale także pobudzenie aktywności społecznej i gospodarczej w danej dzielnicy”.

Czy nie mają państwo wrażenia, że podobne procesy zachodzą także i u nas, w audio perfekcjonistycznym?

Jeśliby się przyjrzeć historii różnego typu marek i producentów, w większości przypadków można by w nich wydzielić trzy etapy. Pierwszym byłby etap DIY, czyli dłubania w materii dla samego siebie, ewentualnie dla najbliższego kręgu rodzinnego, przyjaciół i znajomych. Drugim byłoby wejście to branży przez założenie firmy, przekształcającej hobby w działanie zarobkowe, a z czasem może i sposób na życie (utrzymanie). I jest wreszcie trzeci etap, będący etapem korporacyjnym. Czyli dużych, zorganizowanych pionowo firm, często posiadających więcej niż jedną markę.

‖ Ta kamienica na Kazimierzu, również na ulicy Bożego Ciała, jest już stracona – jest remontowana, ale jednocześnie wypruwana z wnętrzności i tożsamości.

Jest tak, że uczestnicy (aktorzy :) każdego z tych etapów rozwoju (zmiany) uważają uczestników pozostałych dwóch za zdrajców, idiotów lub zachłannych kapitalistów. Nietrudno przypasować każde z tych określeń do konkretnego etapu, prawda? Czujemy instynktownie, że ludzie DIY uważają się za najbliższych „prawdzie” branży audio i audiofilskiej, nieduzi producenci widzą w tych pierwszych oszołomów, którzy nie rozumieją prawdziwego życia (rynku), a ci ostatni mają to wszystko wkalkulowane w tabelki Excela i emocje są im obce. Ale to oni są „wrogami” dwóch pierwszych.

Można by na tym poprzestać, uznając ten konflikt za niemający wpływu na naszą branżę. Można, ale byłaby to ucieczka od problemu, a nie jego podsumowanie i – alleluja! – rozwiązanie. Napięcia pomiędzy tymi trzema „stanami skupienia” audio były, są i będą. Ważne, aby nie przesłaniały prostej prawdy: wszyscy jesteśmy od siebie zależni i każdy z tych stanów jest równie ważny, równie potrzebny. O ile nie szkodzi pozostałym.

DIY wnosi do audio entuzjazm, świeżość i nieszablonowe pomysły. Rozwiązania, które nikomu innemu nie przyszłyby do głowy, a jeśliby by przyszły, musiałyby zostać odrzucone ze względu na koszty. Hobbystyczna działalność ma bowiem to do siebie, że nie liczy się z czasem. A to właśnie czas pracy inżynierów i techników jest dla pełnoprawnych firm jednym z największych kosztów prowadzenia działalności. Miłośnik audio może poświęcić danemu projektowi dowolną liczbę godzin i nie będzie to dla niego „koszt”, a sam istota jego pasji.

‖ Prototyp wzmacniacza słuchawkowego Ancient Audio – tak wygląda DIY • zdj. Ancient Audio.

Powstają dzięki temu rzeczy wspaniałe, dziwne, czasem niepojęte. To właśnie ta warstwa odpowiada za ferment w audio, za pomysły, które dla wszystkich innych są „odlotem”, a więc nie zasługująca uwagę. Widzę polskich DIY-owców jako jedną z tych nacji, która jest w tym naprawdę dobra, jest wręcz wyjątkowa. Nie dlatego, żeśmy Sarmaci i Przedmurze czy inne bzdety, a dlatego, że – czuję to – jest w nas coś z odkrywców, coś z niespokojnych duchów, które muszą drążyć, inaczej nie zaznają spokoju.

Znam wielu takich ludzi, część z nich pozostało przy pasji, część z niej zrezygnowała, ale są i tacy, którzy pracują dla innych, w regularnych firmach. „Producent” jest bowiem kolejną fazą rozwoju pasji konstruktorskiej. Fazą, dodajmy, najtrudniejszą. Wymaga ona przejścia od koncepcji pająków składanych na „desce” w garażu, piwnicy, a w najlepszym wypadku – kuchni, do realnych produktów, czyli urządzeń (kolumn, kabli itd.) wykonanych w staranny i solidny sposób, mających ustalony projekt plastyczny, wyposażonych w obudowy i opakowania, z instrukcjami oraz wymaganymi przez prawo certyfikatami bezpieczeństwa. No i muszą być powtarzalne. To przewrót w myśleniu o swoim hobby na miarę kopernikańską, dla większości niedostępny.

‖ Przykład na wczesny etap firmy wyrosłej z DIY, przetwornik cyfrowo-analogowy Found Sound Davio Azure.

Kiedy już taki młody przedsiębiorca ma to wszystko opanowane, a przynajmniej minimum z tych elementów, zaczynają się prawdziwe schody – jego „marzenie” trzeba sprzedać. Czyli dogadać się ze sklepem(ami), pilnować sprzedaży oraz pomyśleć o promocji. Czyli: reklamy, portale, testy, pokazy, prezentacje, wystawy, i znowu reklamy, a potem jeszcze użeranie się z ludźmi na socialach i firmowych czatach. Wśród tych ostatnich sporą grupę będą stanowili DIY-owcy, wytykający wszystkie niekonsekwencje (wedle ich mniemania), sprzedajność i chciwość młodego przedsiębiorcy. Oni wiedzą lepiej „ile co kosztuje”.

Tak jednak jest, że ten środkowy etap rozwoju jest niezwykle istotny, może nawet najważniejszy, dla rozwoju branży audio. Przenosi on pomysły z DIY w sferę realnego produktu, filtrując je przy okazji. Wiele z nich przepada, ponieważ nie da się ich zaimplementować, ale duża część wchodzi w nasz krwioobieg i wzbogaca rozumienie tego, co jest potrzebne do odtworzenia muzyki w sposób, który wywołuje ciarki na plecach. To elementy, które przez audio korporacyjne są dostrzegane tylko wtedy, kiedy przynoszą konkretne przychody.

Widzę w tym segmencie dużą aktywność polskich producentów. Jesteśmy w tym dobrzy, co w „High Fidelity” staramy się pokazać we wrześniu, publikując numer poświęcony tylko polskim firmom. Poza żyłką odkrywcy realizuje się w ten sposób także społeczna część naszej branży. Jest bowiem w nią wpisane dzielenie się z ludźmi sposobem na słuchanie muzyki w sposób, na jaki ona zasługuje.

‖ Dojrzałość – J.Sikora to producent, który zaczynał od DIY, przeszedł przez wczesną fazę rozwoju, a teraz jest w trakcie zdobywania świata; na zdjęciu model Aspire.

Audiofil to, z jednej strony, samotnik i słuchanie w skupieniu muzyki jest zajęciem izolującym nas od innych. Ale z drugiej strony to również kolektywne przeżywanie na spotkaniach, pokazach i prezentacjach. Chcemy się z innymi dzielić naszą pasją. Mamy „ciąg na uświadamianie” innym, jak wspaniałym przeżyciem jest usłyszenie po raz pierwszy „swojego” wykonawcy na sprzęcie, który pokaże to, na czym mu zależało.

Faza „producencka” jest najbardziej rozwiniętą fazą na wszystkich rynkach audio, które znam. To tutaj do gry wchodzą perfekcjoniści i inżynierowie z Japonii, Niemiec czy Szwajcarii. Również i Polski. Nie wszyscy jej uczestnicy przechodzą zresztą fazę DIY. Jest też tak, że albo zatrudniają osobę, która jest w tym biegła, albo budują taką firmę od zera, bazując nie na działalności hobbystycznej, a na konkretnym pomyśle, który starają się zmonetyzować.

Monetyzacja jest wpisana w to, co robimy. Nie ma się czego wstydzić, na co obrażać czy czemu dziwić. Firmę zakłada się może i z pasji, ale jednym z celów jest utrzymanie się z tego zajęcia. Im lepiej dana firma zarabia, tym większe prawdopodobieństwo, że wyrośnie na stabilnego producenta o szerokiej bazie klientów, czekających na kolejne produkty. Przewidywalna, godna zaufania firma audio to skarb, o który warto się troszczyć.

‖ Jedną z nielicznych polskich firm należących do trzeciej fazy rozwoju (może jedyną) jest Unitra, reaktywowana (zrewitalizowana) przez nową spółkę utworzoną z inicjatywy Michała Kicińskiego, współtwórcy firmy CD Project; na zdjęciu system Unitry na wystawie Audio Video Show 2022 –wzmacniacz zintegrowany WSH-805, odtwarzacz CD CSH-801, kolumny ZGZ-801 oraz gramofon GS1 Fryderyk.

Jest wszakże moment, w którym dany producent dochodzi do ściany. Czyli jego rozwój jest hamowany przez możliwości produkcyjne. Musi wtedy podjąć decyzję, która zmieni jego firmę na dobre – czy zostać tu gdzie jest, z niebezpieczeństwem uwiądu, czy przejść do fazy „dużych firm”, firm – zazwyczaj – korporacyjnych. A to będzie zupełnie inny świat. Świat w którym trzeba mieć wszystko sprofesjonalizowane, działające według wytycznych i schematów. To audio w którym liczy się przede wszystkim (często wyłącznie) wolumen sprzedaży.

Co nie znaczy, że to produkty złe, grające źle lub nieprzystające do standardów świata audiofilskiego. Choć tak ten etap widzi wielu małych producentów, o DIY-owcach nie wspomniawszy – ci nie traktują takich firm jako firm audiofilskich. Widzą je raczej jako część rynku AGD. Dzieje się tak dlatego, że producenci korporacyjni bardzo rzadko aplikują realne, a nie zmyślone, innowacje, nie są też blisko branży. Ich produkty są nakierowane na ludzi, którzy niekoniecznie są audiofilami, ale mają potrzeby i ambicje zagrania swojej płyty na wypasionym sprzęcie znanej marki.

‖ Jeszcze raz Kraków i ulica Bożego Ciała – wymaga gruntownej rewitalizacji, co widać – rewitalizacji, a nie przekształcenia w skansen.

I to właśnie ten etap w dużej mierze podlega gentryfikacji, od której rozpoczęliśmy ten artykuł. Przypomnijmy, czym jest ten proces, tym razem za słownikiem internetowym nowewyrazy.pl:

gentryfikacjaśrod. «proces zmierzający do zmiany charakteru dzielnicy miasta poprzez odnowę jej zabudowy oraz prywatyzację i komercjalizację znacznej części jej przestrzeni publicznej, często powiązany z zasiedleniem tej dzielnicy przez osoby należące do wyższych klas społecznych»

W kontekście audio byłoby to przekształcenie firmy w taki sposób, aby nie miała ona żadnych związków z dwoma pozostałymi fazami rozwoju audio i aby była nastawiona na szybki zysk. Najczęściej nie zna nas, audiofilów, bo nie my jesteśmy jej potrzebni. Jesteśmy używani przez tego typu działalność. Nasz język, określenia, stratyfikacje, są wykorzystywane do poprawy sprzedaży, a nie do usprawnienia produktów. Chodzi więc o nadużywanie, a nie inspirację. Nie inwestują pieniędzy w innowacje, a w promocję. Postępem jest dla nich wyższy zysk, a nie lepszy dźwięk. Mimo że te dwie rzeczy mogą być świetnie łączone.

Widoczny w ostatnich latach i przyspieszający proces kupowania marek audio przez duże podmioty, często niewiązane z audio, może się skończyć właśnie czymś takim. Może, ale nie musi. Wszystko zależy od tego, jak firma podchodzi do rynku audio, jakie ma cele i czy inwestuje pieniądze w badania. To ostatnie jest szczególnie ważne, ponieważ dzięki największym producentom pojawiają się w naszej branży pieniądze, a dzięki nim rozwijamy się i ekspandujemy, docierając do ludzi, którzy nigdy by nie sięgnęli po produkt małej, nieznanej firmy.

Na szczęście nie jest tak, że wszystkie duże firmy petryfikują świat zastany, nie wszystkie gentryfikują świat audio. Wielu producentów dochodzi do trzeciego etapu i się w nim dobrze odnajdują. Z kolei część z działań, które mogłyby tak wyglądać to rewitalizacja, o której też już wspomnieliśmy. Różnica wydawałaby się niewielka, ale to ona jest najważniejsza. Rewitalizacja zakłada przywrócenie firmy do świetności, ale w nowych warunkach pracy. Chodzi w niej o zarobienie pieniędzy – co samo w sobie jest dobre – ale nie za wszelką cenę, nie przez wypatroszenie danej marki z tego, co najcenniejsze, z tożsamości.

A jednak jest wielu inwestorów kupujących cenne marki audio tak, jak się kupuje aktywa na giełdzie – szybko, krótko, z zyskiem. Jeśli się uda – super, jeśli nie, nie ma sprawy, zarobią na czymś innym, a straty wrzucą w koszty. To raczej spekulacja niż inwestycja. I widać to, na pewno widzą to również i państwo. Takim firmom mówimy „nie”, ponieważ podkopują one i w efekcie swoich działań niszczą zaufanie do naszej branży.

Tym, co w niej jest bowiem najważniejsze to pewność. Pewność co do tego, że firma jutro i za rok też będzie działała. Pewność co do tego, że naprawi nasz produkt, również za jakiś czas. I pewność co do tego, że to produkt, który dobrze gra. Ostatecznie to pewność co do tego, że człowiek z drugiej strony jest podobny do nas. ‖ WP

WOJCIECH PACUŁA
redaktor naczelny

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Patronujemy

HIGH FIDELITY jest miesięcznikiem internetowym, ukazującym się od 1 maja 2004 roku. Poświęcony jest zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku, muzyce oraz technice nagraniowej. Wydawane są dwie wersje magazynu – POLSKA oraz ANGIELSKA, z osobną stroną poświęconą NOWOŚCIOM (→ TUTAJ).

HIGH FIDELITY należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: EnjoyTheMusic.com oraz Positive-Feedback, a w Niemczech www.hifistatement.net. Jesteśmy członkami-założycielami AIAP – Association of International Audiophile Publications, stowarzyszenia mającego promować etyczne zachowania wydawców pism audiofilskich w internecie, założonego przez dziesięć publikacji audio z całego świata, którym na sercu leżą standardy etyczne i zawodowe w naszej branży (więcej → TUTAJ).

HIGH FIDELITY jest domem Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego. KTS jest nieformalną grupą spotykającą się aby posłuchać najnowszych produktów audio oraz płyt, podyskutować nad technologiami i opracowaniami. Wszystkie spotkania mają swoją wersję online (więcej → TUTAJ).

HIGH FIDELITY jest również patronem wielu wartościowych wydarzeń i aktywności, w tym wystawy AUDIO VIDEO SHOW oraz VINYL CLUB AC RECORDS. Promuje również rodzimych twórców, we wrześniu każdego roku publikując numer poświęcony wyłącznie polskim produktom. Wiele znanych polskich firm audio miało na łamach miesięcznika oficjalny debiut.
AIAP
linia hifistatement linia positive-feedback


Audio Video show


linia
Vinyl Club AC Records



strona główna | muzyka | listy/porady | nowości | hyde park | archiwum | kontakt | kts

© 2009 – 2026 HighFidelity, design by PikselStudio