pl | en

KRAKOWSKIE TOWARZYSTWO SONICZNE


Spotkanie #111:
RE-MIX

REMIKS:
nowa wersja jakiegoś utworu muzycznego, powstała w wyniku elektronicznej przeróbki.

Miejsce spotkania:
KRAKÓW – JANUSZ

POLSKA


ochodzącego z języka angielskiego słowa ‘remiks’ wydany w 1980 roku Słownik wyrazów obcych Państwowych Wydawnictw Naukowych nie notuje. Obecność w siatce pojęciowej języka polskiego zaznaczy on znacznie później. Słownik wyrazów obcych z 2007 roku Wydawnictw Naukowych PWN wydany w ramach Biblioteki Gazety Wyborczej mówi o nim: „nowa wersja jakiegoś utworu muzycznego, powstała w wyniku elektronicznej przeróbki”. To definicja „artystyczna”, czyli mówiąca o zmianach w strukturze utworu, prowadzących do powstania nowego dzieła.

| Artystyczny aspekt remiksu

Angielska wersja Wikipedii mówi o różnych aspektach remiksu, np. w kontekście grafiki, a muzyka jest tylko jednym z nich. Wyróżnia przy tym cztery jego odmiany:

  • związany z kulturą DJ-ów, kiedy to wcześniej nagrane utwory są miksowane na żywo,
  • sampling, kiedy muzyk wykorzystuje wybrane fragmenty, wmontowując je do nowego utworu w studiu,
  • „music mashups”, czyli łączenie istniejących ścieżek muzycznych,
  • aranżację, tj. zmianę koncepcji utworu, przy wykorzystaniu istniejących jego elementów.

Każdy z tych elementów odcisnął mocne piętno, nie tylko na muzyce, ale na całej kulturze. Wystarczy wspomnieć, że dzięki DJ-om przetrwał winyl, jesteśmy więc ich dłużnikami. Sampling z kolei zmienił postrzeganie własności intelektualnej. Po początkowych pozwach, jakie wytaczali artyści muzykom wykorzystującym fragmenty ich utworów, przyjął się konsensus, który mówi, że każda zmiana podstawowego materiału uznawana jest za nowy materiał i nie podlega penalizacji.

Nas interesuje, a przynajmniej powinien, przede wszystkim ostatni z przywołanych przypadków, tj. „aranżacja”. Można rozróżnić dwa typy remiksu: całej płyty, wykonywany przy okazji wydania danego materiału oraz poszczególnych utworów – w tym przypadku ponowne zmiksowanie materiału miało miejsce już po ukazaniu się płyty, z myślą o wydawnictwach singlowych.

Pierwszy z nich reprezentowany jest chociażby przez debiut Erica Claptona z 1970 roku. Jak wiadomo, wielokanałowa taśma sesyjna została udostępniona trzem producentom z prośbą o zmiksowanie materiału; byli to: Delaney Bramlett, Tom Dowd oraz sam Clapton. Wybrano miks Toma Dowda. Dopiero w 2006 roku, w wersji deluxe tej płyty, opublikowano również miks Delaneya Bramletta. Podobny charakter miał eksperyment zespołu Wilki z ich debiutu (1992) – materiał podstawowy zmiksował Leszek Kamiński, zaś miks czterech utworów został wykonany w studiach Abbey Road w Londynie (niestety nie nalazłem informacji, kto jest ich autorem). Nietypowo, ale obydwa sety zostały wydane na debiutanckim krążku równocześnie – miksy Abbey Road potraktowane zostały jako alternatywne.

Druga koncepcja to zremiksowanie jednego utworu z myślą o maksisinglu 12”. Technika ta upowszechniła się na początku lat 80. XX wieku. Remiks utworu miał na celu uatrakcyjnienie singla z utworem podstawowym i była to najczęściej jego dłuższa, taneczna wersja. Ze względu na to, że była dłuższa czas, jaki oferował 7” singiel 45 rpm okazał się niewystarczający – tak powstał tzw. maksisingiel, tj. 12” płyta 45 rpm. Dla przykładu, pochodzący z 1982 roku singiel See You grupy Depeche Mode miał taką właśnie wersję maksisinglową o tytule See You. Extended Version.

Początkowo miksy wykonywane były samodzielnie przez wykonawców lub producentów albumu, z czasem jednak większą popularność zdobyły wersje DJ-ów i innych muzyków. Obecnie pod pojęciem ‘remiksu’ rozumiemy ten ostatni przypadek. Na najnowszym maksisinlgu CD Depeche Mode pt. Going Backwards. [Remixes] znajdziemy tytuły: Going Backwards (Chris Liebing Mix), Going Backwards (Point Point Remiks, czy Poison Heart (Soulsavers Re-Work). Ostatni z tytułów doskonale wprowadza nas do głównego tematu 111. spotkania Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego, do remiksu mającego u podstaw dążenie do jak najlepszego dźwięku.

| Techniczny aspekt remiksu

Patrząc na rodzaje remiksu przywołane przez Wikipedię wyraźnie widać, że utwór tego typu może powstać z dowolnego materiału. „Re-work”, czyli zmiksowanie na nowo już istniejącego materiału zajmuje w nim jednak szczególne miejsce. Jest bowiem powrotem do pierwotnego zamysłu, tj. do „przebudowy” utworu przez samego artystę (zespół) lub przy jego pomocy. Aby to było możliwe do dyspozycji musi być wielokanałowe nagranie z którego wykonano pierwotnie miks zamieszczony na oryginalnym wydaniu. Chyba najsłynniejszymi tego typu wersjami były te z katalogu The Beatles, wykonane przez George’a Martina, np. płyt i Help!, Rubber Soul, Love i Let it be… Naked, a także Yellow Submarine Songtrack, pod którym podpisał się Peter Cobbin.

miksowanie (ang. mix = mieszać); m. dźwięku – uzyskiwanie wypadkowego sygnału fonicznego z szeregu składowych otrzymywanych z niezależnych źródeł, np. mikrofonów, magnetofonów; mieszanie dźwięku.

Słownik wyrazów obcych, Państwowe Wydawnictwa Naukowe, Warszawa 1980

I teraz ważna informacja: remiks oznacza wykonanie nowego masteru. Jest to więc coś więcej niż remaster; remaster to działanie mające na celu zrewitalizowanie, poprawienie od strony technicznej istniejącego nagrania monofonicznego lub stereofonicznego (ew. kwadrofonicznego z lat 70.). Z remasterem mamy w audio do czynienia wciąż i na nowo i jest to sprawdzony sposób na poprawę jakości dźwięku. Technika ta ma jednak swoje ograniczenia i jest – już o tym wiemy – nakładaniem nowego masteru na stary, już istniejący. Bo przecież taśma „master” („master tape”) to ostateczna wersja materiału.

Nie pamiętam dokładnie, ale musiało to być w latach 90. XX wieku, kiedy realizatorzy nagrań doszli do wniosku, że aby pójść dalej, trzeba – paradoksalnie – cofnąć się o krok i zacząć proces renowacji od nagrań wielokanałowych. Pozwoliło to na znacznie precyzyjniejszą i mniej inwazyjną (!) pracę. Ale też pociągało za sobą konieczność wykonania nowego masteru. I, to chyba oczywiste, jest możliwe do zastosowania jedynie w przypadku nagrań wielościeżkowych; nie można wykonać ponownego miksu taśm monofonicznych i stereofonicznych.

Najbardziej znane są obecnie remiksy nagrań grupy The Beatles, wykonywane najpierw przez Georga Martina, a teraz również przez jego syna Gilesa; o fantastycznej wersji albumu Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band - Anniversary Edition mogą państwo przeczytać TUTAJ. Remiksów albumów z katalogu Wielkiej Czwórki wciąż jest jednak niewiele. Jest jednak osoba, która z tego typu renowacji nagrań uczyniła swój znak rozpoznawczy – to Steven Wilson, przywracający świetność albumom ze złotej epoki prog-rocka, przede wszystkim grup King Crimson, Yes i Jethro Tull.

W jego przypadku remiks oznacza możliwie najwierniejsze oddanie oryginalnego wydania, z tym że z lepszym dźwiękiem. Przy okazji nowej edycji albumu In The Court Of The Crimson King pisał o tym Robert Fripp:

Za punkt odniesienia przyjęliśmy oryginalny miks. Jedyną znaczącą zmianą w stosunku do oryginalnego wydawnictwa jest inna edycja improwizacji następującej po Moonchild. Jej kształt był dyskutowany wówczas, dyskutowany jest od tamtej pory i dyskusje nad nim będą trwały w przyszłości.

Robert Fripp, It Was A Time And A PLace And Something Else As Well…, książeczka do albumu King Crimson, In The Court of the Crimson King, Atlantic/WOWOW Entertainment [Japan] IEDG-01, 7” Platinum SHM-CD + DVD-Audio (1969/2016); więcej TUTAJ

Przed podobnym zadaniem stanął Roger Waters, który w 2015 roku wydał zremiksowaną wersję swojego arcydzieła, albumu Amused To Death. Zdecydował się on nie tylko na restaurację dźwięku, ale i na pewne zmiany w kompozycji (więcej TUTAJ).

Przed jeszcze innym problemem w 2002 roku stanęła firma Analogue Productions, podczas remiksowania nagrań Nat ‘King’ Cole’a. To o tyle ciekawy przypadek, że zostały dokonane równolegle na magnetofonach monofonicznych i trzyścieżkowych, z osobnymi setami mikrofonów. Płyta Love Is The Thing (1957), o której zaraz powiemy, została oryginalnie wydana w wersji monofonicznej i stereofonicznej; ta ostatnia miała mnóstwo pogłosu nałożonego na wokal, przez co został odsunięty, a w wersji mono wokal został uwypuklony.

Odpowiedzialni za remiks Kevin Gray i Steve Hoffman zdecydowali się na nowej reedycji użyć znacznie mniej pogłosu – sesyjne taśmy-matki w ogóle nie mają naniesionych pogłosów, robi się to dopiero na etapie taśmy produkcyjnej. I to okazało się największym problemem. Oryginalnie był to efekt wytwarzany w komorze pogłosowej ulokowanej pod studiami firmy Capitol. Taka komora to po prostu długie pomieszczenie na którego jednym końcu ustawiano głośnik, a na drugim mikrofon. Każda z nich miała swój unikatowy charakter. Niestety od dawna ich nie ma, panowie wymyślili więc, że zasymulują taką komorę na hali produkcyjnej tłoczni RTI, której właścicielem jest AcusTech. Zatrzymano wszystkie maszyny, pracownicy wyszli i odtworzono cały album z trzykanałowej taśmy-matki, miksując ją na żywo, wraz z pogłosem, do nowego mastera stereo.

Z takimi i innymi problemami mierzą się wszyscy, którzy przystępują do remiksu. Efektem ich pracy zawsze jest więc nowe dzieło artystyczne – mniej lub bardziej podobne do oryginału. Jakość dźwięku jest jednak niemal zawsze o kilka kroków z przodu w stosunku do tego, co udaje się uzyskać tylko za pomocą remasteringu. Czego przykładem może być fenomenalny, nowy miks albumu Lotus Santany. Wykonano go z oryginalnych, 16-ścieżkowych taśm sesyjnych, ale przy użyciu okablowania oraz akcesoriów firmy Acoustic Revive (więcej TUTAJ). A do tego sposób wydania! Trzy płyty SACD, stereo i czterościeżkowe, mini LP 7” z mnóstwem dodatków - proszę zobaczyć w galerii pod spodem, jak to wygląda. A jak jest z wartością artystyczną?

Krakowskie Towarzystwo Soniczne spotykało się już, aby posłuchać remasteringów – przy okazji płyt Rogera Watersa i King Crimson. Było to na tyle inspirujące doświadczenie, że chcieliśmy na tę sprawę spojrzeć z szerszej perspektywy, odsłuchując remiksy płyt z różną muzyką, wykonane z różnego rodzaju taśm – od trzykanałowych po dwudziestoczterokanałowe. Do porównania wybraliśmy starsze wersje, „tylko” remasterowane, nie oglądając się na formaty. Chcieliśmy zobaczyć na ile zmieniają się i dźwięk, i muzyka.

Płyty użyte w odsłuchu (wybór)

  • Nat ‘King’ Cole, Love is the Thing, Capitol/Toshiba-EMI TOCJ-9415, CD (1957/2002) | REMASTER 2002
  • Nat ‘King’ Cole, Love is the Thing, Capitol/Analogue Productions CAPP 824 SA, SACD/CD (1957/2010) | REMIKS 2010
  • Miles Davis, Kind of Blue, Columbia/Legacy/Sony Music Entertainment COL 480410 2, “Master Sound”, Collector's Edition, Super Bit Mapping, gold-CD (1959/2005) | REMIKS 1992
  • Miles Davis, Kind of Blue. 50th Anniversary Collector's Edition, Columbia/Legacy CL 33552 2, 2 x CD + DVD + LP, (1959/2008) | REMIKS 1997
  • Dire Straits, Brothers in Arms, Vertigo/Universal Music Ltd. Hong Kong 5483572SX, SHM-XRCD2 (1985/2011) ; porównanie różnych remasterów, czytaj TUTAJ | REMIKS 2000
  • Dire Straits, Brothers in Arms. 20th Anniversary Edition, Vertigo/Mercury 9871498, SACD/CD (1985/2005)
  • Dire Straits, Brothers in Arms, Vertigo/Mobile Fidelity Labs UDSACD 2099, „Original Master Recording, Special Limited Edition | No. 1808”, SACD/CD (1985/2013) | REMASTER 2013
  • Dire Straits, Dire Straits, Vertigo/Universal Music LLC (Japan) UICY-40008, Platinum SHM-CD (1978/2013) | REMASTER 2013
  • Roger Waters, Amused To Death, Columbia/Sony Music Direct (Japan) SRCS-5913, CD (1992/1992) | PIERWSZE WYDANIE
  • Roger Waters, Amused To Death, Columbia/Sony Music Japan SICP-30785-6, Blu-Spec CD 2 + DVD (1992/2015) | REMIKS 2015
  • The Beatles, Yellow Submarine, Apple/Universal Music Japan UICY-76977, SHM-CD (1968/2014) | REMASTER 2009
  • The Beatles, Yellow Submarine Songtrack, Apple/Toshiba-EMI TOCP-6530, CD (1968/1999) | REMIKS 1999
  • Eric Clapton, Eric Clapton, Polydor/Universal Music K.K. UICY-93628/9, 2 x SHM-CD (2008) | REMASTER – ORYGINALNE WYDANIE – mix Tom Dowd/ALTERNATYWNY MIKS – Delaney Bramlett
  • Wilki, Wilki, MJM MusicMJM5236D, 2 x CD (1992/2012) | REMASTER – ORYGINALNE WYDANIE/ALTERNATYWNY MIKS – Abbey Mix

Japońskie wersje płyt dostępne na

| NAT ‘KING’ COLE, Love is the Thing

Wiciu: Pierwsza wersja, tj. japońskie wydanie z oryginalny miksem, wydaje mi się bardziej dopracowana, tj. najbardziej komercyjna, a to przez długi pogłos nałożony na wokal. Głos jest przez to oddalony. Dużo lepiej brzmią smyczki niż w pozostałych dwóch, tj. monofonicznym remasterze i stereofonicznym remiksie z płyty Analogue Productions. W amerykańskiej wersji podoba mi się głos – jest on zdecydowanie bardziej namacalny, jakby Cole śpiewał tu, blisko. To wciąż ciepły, intrygujący wokal, ale jest żywszy, jaśniejszy. Wydanie japońskie pokazuje go w okrągły, ładny sposób, a wersja amerykańska to trochę wersja „koncertowa”, bez upiększeń. Wersja monofoniczna jest, według mnie, najsłabsza. Jest zupełnie inaczej zrobiona, inne jest wejście, przez co to po prostu inne granie. Ale generalnie to najsłabsza wersja.

Rysiek B.: Wysłuchaliśmy trzech dobrych wersji. Jak dla mnie, inaczej niż dla Wicia, to właśnie ta ostatnia, monofoniczna wersja zagrała najładniej – muzykalnie, przyjemnie, bez rażących wyostrzeń, które na drugiej wersji, tj. stereofonicznej z USA, mnie drażniły. Tak w ogóle, to wersja stereo w nowym remiksie wydawała mi się przesterowana, zrobiona nerwowo i nagranie było przez to zbyt ostre.

Janusz: Dla mnie najlepszym wykonaniem było trzecie, tj. nowy, monofoniczny remaster. Być może dlatego, że nigdy tej wersji nie słyszałem. Początek utworu o którym mówimy, tj. When I Fall In Love , inny niż na wersjach stereofonicznych, jest rzeczywiście kapitalny.

O dziwo, na drugim miejscu postawiłbym japoński remaster, starszy. Kiedy go słuchałem kiedyś na moim poprzednim sprzęcie, tj. z odtwarzaczem Ancient Audio, nigdy mi się ta płyta nie podobała, źle dla mnie brzmiała. Teraz, z Ayonem CD-35 HF Edition, zagrała bardzo dobrze i to bardzo fajna wersja. Ale mono gra lepiej.

Bartosz Pacuła: Porównanie między wersją japońską ze starym miksem i amerykańską z nowym trochę nie ma sensu. Wszystkie różnice o których mówili moi poprzednicy mogłyby wynikać równie dobrze z różnic między wydaniami – nie raz doświadczaliśmy równie dużych różnic tego samego mastera, tylko wydanych np. w Europie i w Japonii, albo na zwykłym CD i np. Platinum SHM-CD. Mówienie o różnicach artystycznych w tym kontekście trochę mija się z celem. Nie potrafię więc powiedzieć, co wynika z różnic wynikających z wydania, a co z innego sposobu zmiksowania głosu. Różnice są bardzo duże, ale trudno powiedzieć, z czego co wynika. Ale, żeby nie zostawiać tego bez oceny powiem, że pierwsza wersja, tj. stary miks w japońskim wydaniu, podobała mi się najlepiej.

Z dwóch wersji Analogue Productions o wiele bardziej podobała mi się monofoniczna. Jest ona bliższa duchowi czasów, z których pochodzi. Tak tę muzykę nagrywano i wydawano w pewnej rzeczywistości, kiedy królowało mono, radio i to te warunki brzegowe wyznaczają „dozwolone” brzmienie. Pięknie brzmi w nim wokal – jest duży, ciemny, gładki.

Marcin: Różnice są ogromne, bo być muszą – różne miksy, remastery, nośniki. Jeślibym miał wskazać najsłabszą wersję, to wskazałbym na nowy stereofoniczny miks Analogue Productions. Słychać było w nim jakieś syczenie, charczenie, głos był nienaturalnie uwypuklony. Chyba po to, aby go pokazać mocniej i wyraźniej niż to było na starym miksie. Być może starano się go dociągnąć do wersji monofonicznej, bo tam jest on naturalnie duży i pełny. Tej wersji, mimo że miała wiele ułomności, słuchało się z dużą przyjemnością. Dlatego wersja mono, czyli nowy remaster AP wydaje mi się najlepsza.

Stary remaster, japońskie wydanie, wydaje mi się takie gładkie, bez szczegółów, mało detaliczne, po prostu nijakie. A do tego te długie pogłosy – aż do przesady. Wydaje się, jakby starano się zrobić coś podobnego, co wcześniej zrobiono w mono, ale za pomocą dwóch kanałów. I to się nie udało.

| MILES DAVIS, Kind of Blue

Janusz: Dla mnie starszy miks, tj. ten na złocie, wydaje się zdecydowanie lepszy. Dźwięk jest gęstszy, miałem wrażenie, że to naprawdę gra. Druga wersja, czyli wydana w 50. rocznicę premiery, wydaje się bardziej wyczyszczona, ale przez to słychać puste miejsca między dźwiękami. Miałem wrażenie, że pewne rzeczy tak wyczyszczono, że pozbyto się przy okazji części muzyki. Jak dla mnie różnica między tymi dwoma wersjami była taka, jak między SACD i CD – a dzięki Ayonowi stałem się fanem Super Audio CD!

Wiciu: Zgadzam się całkowicie z Januszem. Być może to sprawa wyczyszczenia szumów, które w nowej wersji były słabej słyszane. Słychać to tak, jakby usunięto pewne elementy z nagrania, przez co nowy remiks brzmi w wyjałowiony sposób, mało żywy. Wydaje mi się także, że nowa wersja ma jakieś takie sztuczne skoki dynamiki. Może i za pierwszym razem brzmiało to podobnie, musiałbym jeszcze raz posłuchać, ale tu i teraz mogę powiedzieć, że lepiej to brzmi na starszej, złotej wersji. To bez wątpienia bardziej przyjemny do słuchania miks.

Rysiek B.: Moi koledzy mają dużo racji – starsza wersja (złota) była przyjemna w odbiorze. Ale nie rozumiem, dlaczego nikt nie powiedział, że jest tam brudny, mały fortepian, mało kontrolowany, rozlany bas, mniejsza rozdzielczość duetu saksofonu i trąbki. W kategoriach audiofilskich znacznie wyżej oceniam drugą, nowszą wersję, przede wszystkim za czysty, krystalicznie czysty fortepian. Więcej się tu dzieje na talerzach, są one czystsze i bardziej wyeksponowane, bardziej przypominają talerze na żywo. Potwierdzam, że przyjemniej słucha się starszego miksu, ale jeśliby ten dźwięk rozbierać na instrumenty, organizację sceny, czystość – to lepsze jest w wersji nowszej.

Tomek: Rysiek będzie chyba sam, bo mnie również podobała się starsza wersja, nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Była bardzo realna, ciemna, miała mocny charakter. Druga, nowsza, ta na 50-lecie, może i była bardziej „audiofilska”, ale nie zmienia to tego, że brzmiała sztucznie.

Marcin: Zgadzam się z Tomkiem w 100%. Od siebie dopowiem tylko, że starsza wersja miała posmak klubowy. Wyobrażam sobie tę muzykę graną w takich właśnie warunkach i podanie jej w sterylny, wyczyszczony sposób gryzie mi się z tą wizją. To ma być klubowe, trochę brudne granie w zadymionym pomieszczeniu, gdzie muzyków wręcz nie widać.

Bartosz: Mnie też się bardziej podobała pierwsza wersja, czyli ta na złocie. Nie mam nic do dodania.

| DIRE STRAITS, Brothers in Arms

Tomek: Najbardziej podobała mi się wersja SACD wydana na 20-lecie i wersja Mobile Fidelity. Pierwsza wersja, tj. SHM-XRCD2 brzmi tak, jak by to była realizacja DDD. Rozumiem tę płytę w ten sposób – jako pierwszy krążek Dire Straits nagrany cyfrowo, specjalnie pod kątem wydania CD. Słyszę to w taki sposób, że wszystko jest takie mocne, nie do końca dokładne, trochę rozmyte. Jeśli chodzi o obydwie wersje SACD, to tym razem chylę czoło przed Gospodarzem i jego mottem tego spotkania, tj. „liczy się tylko SACD”, bo rzeczywiście płyty grane w ten sposób pokazały klasę. Oprócz tego, że to po prostu świetnie pokazana muzyka, to potrafiły dodać do tego audiofilskie smaczki, bo po prostu lepiej brzmiały.

W wersji Mobile Fidelity zwróciłem uwagę na bardzo dobrze kontrolowany, mocny bas, który uderzał jak i kiedy trzeba. Był niski i fajny. Niestety dokładnie tego zabrakło w wersji Platinum SHM-CD, która była z tego basu odchudzona. Jeśli chodzi o artystyczną stronę, obydwie wersje SACD brzmiały w bardzo zbliżony sposób, natomiast wersję Platinum SHM-CD odebrałem jako zupełnie inną niż pozostałe. Też fajna, słucham jej dla przyjemności. To dla mnie jednak zupełnie inna kreacja. Oryginalny zamysł twórczy wydaje mi się realizować wersja pierwsza, tj. SHM-XRCD2, ale jednak wolę słuchać wersji SACD na 20-lecie.

Bartosz: Słuchamy bardzo dobrej muzyki, ale powtórzę to, co już mówiłem: mówimy bardziej o formatach i remasterach niż remiksach. Przecież 99% tego, co właśnie powiedział Tomek to różnice, z jakimi zwykle mamy do czynienia przy przejściu między różnymi wydaniami tego samego remasteru. Moim zdaniem aspekt związany z nowym miksem zupełnie przez to umyka – jak gdyby nie dało się go wypreparować. I tylko Nat ‘King’ Cole był wyraźnie nowym miksem. Wciąż nie mogę powiedzieć, co się zmieniło od strony artystycznej.

Wojciech Pacuła: Ale to też jest jakaś informacja – oznaczałoby to, że nowe miksy, poza Colem, zostały wykonane bardzo starannie z oryginałem jako wzorcem. Nie chodziło więc o wyrażenie nowego poglądu na materiał, a o możliwie techniczny aspekt, tj. jak najlepszy remaster, osiągnięty przez powrót do nagrań wielościeżkowych i zremiksowanie materiału.

Bartosz: No tak, zgadzam się. Wracając do płyt – jestem zaskoczony tym, jak świetnie zagrała wersja Mobile Fidelity. Znałem ją z warstwy CD i nie byłem jej fanem. Tutaj wreszcie zagrała świetnie – Platinum SHM-CD też zagrała fajnie, ale to właśnie wersja Mobile Fidelity zagrała najlepiej. Dwie pierwsze wersje, tj. SHM-XRCD24 i wydana na 20-lcie brzmią, moim zdaniem, najgorzej; najgorsza była SACD, która tak się podobała Tomkowi :)

Wojciech Pacuła: Platinum zagrało kompletnie inaczej, jakby to był właśnie nowy remiks, prawda? Z jednej strony był najbliżej wersji SACD na 20-lecie, a mimo to grał w sobie właściwy sposób. I, myślę, nie ma co przypominać, że słuchamy różnych formatów. Wejdźmy w buty normalnego kupującego – chce kupić muzykę w najlepszej wersji i nie chce się zajmować formatami. My robimy to samo.

Bartosz: To jest ostatnia rzecz o której chciałem powiedzieć – mnie najbardziej brakuje w tym wszystkim informacji o tym, co jest na płycie, tj. jak został dany materiał przygotowany. Najmniej informacji podają, paradoksalnie, wydawcy z najdroższymi wydaniami, a więc Universal z XRCD2 i Mobile Fidelity z SACD. Wolałbym wiedzieć, co kupuję. Jest to szczególnie ważne, bo przecież sposób wydania jest częścią wyrazu danej muzyki, to całość.

Marcin: Ja słyszę to trochę inaczej – moim zdaniem najbliżej oryginalnego wydania jest Platinum SHM-CD. Mimo że było trochę ostrzej, basu było mniej. Ale właśnie taka prezentacja do tego typu muzyki, ten pazur do gitar elektrycznych mi pasował. Zupełnie inaczej zabrzmiał Mobile Fidelity, ale to był równie intrygujący przekaz i prawdę mówiąc nie wiem, co bym wybrał. Obydwie zagrały na równie wysokim poziomie, zupełnie inaczej, ale – jak dla mnie – były najciekawsze.

Wiciu: Po pierwszym przesłuchaniu powiedziałem, że pierwsza płyta, tj. SHM-XRCD2 była najsłabsza. Trzy pozostałe prezentowały zbliżony poziom i nie umiałbym między nimi wybrać. Byłem zaskoczony wersją SACD Mobile Fidelity, ponieważ zagrało to bardzo dobrze. Zupełnie inaczej na pierwszą wersję popatrzyłem, kiedy wróciliśmy do niej na samym końcu. Bardzo mi się spodobała, chyba najbardziej.

Wojciech Pacuła: Miałem wrażenie, że trzy pozostałe wersje są wyżyłowane, jakoś „do przodu”. Najstarsza wersja brzmiała, jak dla mnie, płynnie, ładnie.

Wiciu: Tak, tak – nawet ten szum, najwyższy na SHM-XRCD2, przestał mi wtedy przeszkadzać.

Rysiek B.: Zaczynam się niepokoić, ponieważ zgadzam się z opinią moich poprzedników – Wojtka i Wicia: najbardziej podobała mi się pierwsza wersja, czyli SHM-XRCD2. To była duża różnica. Druga płyta, czyli SACD na 20-lecie zagrała, jak dla mnie, matowo, nieczysto, nudno. Wersja Mobile’a czysta, sterylna, ale mało muzykalna. Platinum SHM-CD – bez szczególnych uwag. Jeśli mogę radzić, to kupujcie SHM-XRCD2.

Janusz: Moim faworytem od początku była „jedynka”: SHM-XRCD2. Ale bardzo mi się spodobał Mobile Fidelity; powiem więcej, po drugim przesłuchaniu wybrałbym właśnie tę wersję.

| ROGER WATERS, Amused To Death

Marcin: Moim zdaniem różnicy wielkiej nie ma. Może nowa wersja brzmi czyściej, scena jest jeszcze głębsza itp. To typowa praca warsztatowa.

Rysiek B.: Jak dla mnie zdecydowanie ładniejsza druga wersja, czyli BSCD2 – wciągająca, swingująca, czystsza. Bardziej zrównoważony wokal, nie tak sztuczny. Nie dość, że więcej na niej słychać, to jest więcej muzyki, więc pełna rekomendacja.

Janusz: Zdecydowanie wolę BSCD2 – to jedna z tych technik CD, które zawsze się sprawdzają. Jest gładziej, niżej – a jestem na to wrażliwy, wręcz przewrażliwiony. Jest lepsza barwa i rozdzielczość. Przede wszystkim brzmi czyściej – lepiej rozumiem słowa, więc nie ma o czym rozmawiać. To gra…

Wiciu: Moją uwagę zwróciły przejścia między kanałami „radia” – w wersji BSCD2 brzmiało to naturalniej, bardziej łagodnie. Słowa też były czytelniejsze. Siedzę na środku i powiem, że scena była znacznie szersza. To zdecydowanie lepsza wersja.

Tomek: Pamiętam nasze spotkanie z tą płytą i powiem, że mnie wciąż podoba się jednak pierwszy miks. Nowa wersja brzmi dla mnie bardziej płasko, to znaczy wszystko jest do siebie bardziej podobne, jednorodne. Rzeczywiście te przejścia w nowej wersji są cichsze, gładsze – to zupełnie inna wizja. Ale jako całość bardziej podoba mi się wersja oryginalna. Nie jestem pewien, czy te głosy są naprawdę czystsze…

Bartosz: Zgadzam się z Tomkiem – dla mnie bardziej zrozumiałe było to, co było na pierwszej wersji. Także szczekanie psów było bardziej „elektryzujące”. Ale ogólnie BSCD2 jest o co najmniej dwie klasy lepsze od zwykłego wydania. Tak więc rzeczy o których mówiliście były, jak dla mnie, lepsze na pierwszej wersji, ale całość była znacznie lepsza w nowej. Pierwsza wersja jest ostrzejsza, ale bardziej się w nią wsłuchiwałem i może dlatego więcej usłyszałem.

Wojciech Pacuła: Ale powiedzmy sobie szczerze – różnice nie były jakieś bardzo duże.

Janusz, Wiciu, Rysiek B.: Nie, nie – to właśnie tutaj różnice były duże, większe niż przy Dire Straits!

| WILKI, Wilki

Janusz: Powiem szczerze: czegoś tak złego dawno nie słyszałem. Różnice między tymi miksami są duże, ale nałożony na to dramatyczny master jest dewastujący, przez niego nawet gigantyczne różnice nie mają sensu, bo to po prostu bardzo, bardzo źle brzmi… Tak źle zrobionej muzyki dawno nie słyszałem…

Tomek: Po wysłuchaniu kolejnego utworu mogę powiedzieć, że znacznie lepsze są miksy z Abbey Road. Te polskie są krzykliwe, jakieś takie cyfrowe. Myślę, że nie ma co się pastwić nad ta muzyką, miksy Abbey Road są naprawdę fajne.

Podsumowanie

Kolejne płyty oceniane były w podobny sposób, tj. nie doszliśmy do konsensusu. Różnice między różnymi miksami są zwykle duże, ale nie przekraczają różnic pomiędzy różnymi remasterami. Oczywiste są jedynie różnice między różnymi typami miksów, jak Claptona i Wilków. Tutaj rzeczywiście różnice artystyczne tworzą nową jakość; w pozostałych wypadkach – nie. Wydaje się, że nieco zmienione miksy takich klasyków, jak Yellow Submarine, Brothers in Arms, Amused To Death itd. będą istotne przede wszystkim dla fanów danych plyt, dla szerszego ogółu są nieistotne. I dopiero konkretna zmiana, jak na Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band w wersji na 40-lecie wydania jest krokiem do przodu, zarówno artystycznie, jak i technicznie.

Wyjątkiem była płyta Nat ‘King’ Cole’a, ponieważ nowy miks był tak odmienny od starszego i do tego – generalnie – nie do przyjęcia, że rzeczywiście można mówić o nowej jakości. Szkoda, że gorszej. Z odsłuchu wynika, że lepiej zainwestować w jak najlepsze wydanie podstawowej wersji, najlepiej monofonicznej, niż przerzucać się na nową. Ale są wyjątki – jak, już przywołane, Brothers in Arms, Amused To Death. Tutaj wszystko zależy od naszego smaku i systemu.

SYSTEM UŻYTY W ODSŁUCHU

  • HighFidelity.pl
  • HighFidelity.pl
  • HighFidelity.pl
  • HighFidelity.pl
  • HighFidelity.pl
  • HighFidelity.pl
  • HighFidelity.pl
  • HighFidelity.pl
  • HighFidelity.pl