pl | en

No. 119 marzec 2014
GDZIE JEST MUZYKA?

acholęciem będąc pojechałem któregoś lata na obóz sportowy do Zakopanego. Oprócz zajęć ruchowych mieliśmy dość napięty program kulturalny – najwyraźniej nauczyciele wyszli z założenia, że trochę oleju w głowie nam nie zaszkodzi. Jedną z wycieczek była wizyta w galerii Władysława Hasiora (1928 [Nowy Sącz] – 1999 [Kraków]), którą zresztą sam, własnym sumptem przygotował w byłej noclegowni. Wizyta wywarła na mnie piorunujące wrażenie – przeraziła mnie. Dziecko w czwartej czy piątej (nie pamiętam dokładnie) klasie podstawówki wystawione na działanie tego typu sztuki dostaje strzała prosto w głowę i nawet nie do końca rozumie, co się stało. Z wizyty po latach pamiętam jedynie twarz artysty, który koło nas przemknął, i jedną z prac – tę z samolotami powbijanymi w coś w rodzaju „brytfanny”. Bo Hasior był artystą zmieniającym przeznaczenie rzeczy – poruszając się po obrzeżach świata materialnego (po prostu po śmietnikach) zdzierał za ich pomocą cywilizowaną warstwę rzeczywistości. To, co spoza niej wyzierało nie było i nie jest piękne. Jak jednak mówię – nie wiedziałem wtedy, co mnie tak przestraszyło. Wizyta na, otworzonej niedawno w krakowskim muzeum sztuki nowoczesnej MOCAK, wystawie "Władysław Hasior. Europejski Rauschenberg?” (czytaj TUTAJ) w jakiejś mierze mi na to odpowiedziała.

MOCAK dobrym muzeum nie jest. Właściwie trudno powiedzieć, że w ogóle już jest muzeum. Prace, jakie do tej pory w nim zgromadzono zmieściłyby się w małej przybudówce kolekcji pośledniego kolekcjonera. Nie tylko ilość, ale również jakość wystawianych tam prac każe myśleć o nich jak o przygrywce do zbioru z prawdziwego zdarzenia, jakie kiedyś może się tam zmaterializować. A żeby zobaczyć dobry zbiór współczesnej sztuki polskie nie trzeba daleko jechać – wystarczy odwiedzić oddział Polskiej Sztuki Współczesnej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu (czytaj TUTAJ, gdzie obok siebie umieszczono fantastyczne Abakany, instalacje Hasiora, płaskorzeźbę Beksińskiego i dzieła innych wielkich ostatnich 50 lat. Mojej żony i moją ulubioną pracą jest instalacja „Zrób to sam” Eugeniusza Get Stankiewicza – to trzeba zobaczyć na żywo! jakkolwiek upiornie by to nie zabrzmiało – Get Stankiewicz niestety był nas odszedł w 2011 roku (we Wrocławiu).
Wystawa Hasiora to jednak tego typu wydarzenie, które z pustych hal czyni przestrzeń wystawiennicza w pełnym tego słowa znaczeniu. Zderzony po latach z tak dużą liczbą obiektów sztuki Hasiora odpomniałem sobie tamto przeżycie. Teraz wiem, że bałem się brzydoty, jaka kryła się pod uładzoną powłoką. Przestraszyłem się, że będę musiał w niej żyć. Bo to, co Hasior obsesyjnie starał się wyrazić, tj. niestabilność i kłamstwo „widzialnego” wyzwala lęk.

Miejscem w ramach wystawy, które pozwala na oddech jest sala, w której zawieszono wielkoformatowe odbitki fotografii wykonanych przez Wojciecha Plewińskiego w 1962 roku przedstawiające artystę w pierwszej pracowni w willi Borek  w Zakopanem. 34-letni Hasior, jak czytamy w materiałach muzeum, wygląda na nich bardziej na sportowca niż artystę. I dalej: „Nic dziwnego,  dekadę wcześniej był zapalonym biegaczem i zdobył kilkakrotnie akademickie mistrzostwo Polski na dystansie 1,5, 5 i 10 tys. metrów, a nawet został członkiem kadry narodowej. Ale teraz ściany i podłogi jego pracowni pokrywają dziesiątki prac świadczące, że od dawna intensywnie żyje w innym, wykreowanym przez siebie świecie. Zgodnie z głoszonym credo: „Dla mnie podstawowymi i najżywotniejszymi siłami, które rodzą sztukę, są: intuicja, wyobraźnia i fantazja". Fotografie pomagają badaczom w kompletowaniu dorobku artysty, niepełnego, w znacznej części zniszczonego. Jak mówił „Rzeczpospolitej” kurator Józef Chrobak: „Hasior stworzył około 1,5 tysiąca prac z których blisko połowa powinna się zachować. W katalogu, który ukaże się w marcu, zaprezentujemy także 80 zaginionych, które udało się nam ustalić na podstawie fotografii.” (Monika Kuc, Hasior kipiący emocjami, Rzeczpospolita 18.02.2014, czytaj TUTAJ).

I właśnie na jednym ze zdjęć zobaczyłem czarne płyty. W pierwszym odruchu pomyślałem dokładnie to samo, co autorka artykułu w „Co jest Grane”, dodatku do „Gazety.pl”, a mianowicie, że to materiały do jego prac, „prefabrykaty”. A to dlatego, że: „Trudno jednak zliczyć, ile [można na wystawie zobaczyć – przyp. red.] widelców, lusterek, blaszanych foremek, szklanych baniek, płyt winylowych, zepsutych skrzypiec, porcelany i kryształów, elementów odzieży, laleczek, figurek Matki Boskiej, baranków wielkanocnych, noży czy włosów. To właśnie z nich artysta tworzył swoje surrealistyczne obiekty.” (Małgorzata I. Niemczyńska, Wielki powrót Hasiora w MOCAK-u, „Co jest Grane” 17.02.2014, czytaj TUTAJ). Równiutko, w rzędzie ustawione w suszarce do naczyń wyglądały jak kolejna instalacja. Tym bardziej, że z przodu widać było wielkie, szelakowe krążki, tzw. „transcription discs” na 78 rpm, używane kiedyś w stacjach radiowych. Perspektywę zmieniła jednak kolejna fotografia, na której widać było drugą stronę pracowni. Tam, na stole, na którym powstawały prace, leżały porozrzucane single, płyty i pocztówki dźwiękowe. Ale nie były to elementy nowych prac. Tuż obok stało bowiem duże, lampowe radio, a na nim, gotowy do pracy gramofon, któryś z poprzedników Bambino. Dlaczego nie ono samo? A to dlatego, że Fonica wypuściła na rynek model WG 252 Bambino dopiero w 1963 roku. Najpewniej był to więc model GE56 z 1959 roku.
Tworzeniu Hasiorowi towarzyszyła więc muzyka. Rzecz, wydawałoby się, normalna. Jak jednak wielokrotnie mówiłem, obecnie wstydliwie przemilczana, jak gdyby ludzie mieszkali, żyli i pracowali bez niej. Na zdjęciach w magazynach wnętrzarskich lub poświęconych designowi próżno szukać sprzętu audio – jest skrzętnie wykadrowywany, jakby był wstydliwym dodatkiem. Dla Hasiora muzyka, widać to wyraźnie, była częścią życia i tworzenia. Wskazuje na to ilość płyt stojących na suszarkach, uchwyconych przez Plewińskiego. Takie podwójne znaczenie – materiał do PRAC i do PRACY.

Tak się zresztą składa, że GE-56, a potem bazujący na jej konstrukcji Bambino, stały się symbolem lat 50. i 60. w ogóle. Proszę sięgnąć do jakiegokolwiek albumu, opracowania, zbioru anegdot, mających w tytule „PRL”, „ikona” lub „lata 60.”, a niemal na pewno jedno z haseł poświęconych będzie temu gramofonowi.
Widząc walizkowy gramofon ze znaczkiem Foniki, a nawet bez jego obecności, znakomita większość ludzi mówi: „Bambino”. Tak, jakby innych gramofonów w Polsce nie było, jakby Bambino było tylko jedno. O tym, że było inaczej w swoim artykule Polskie gramofony – historia od początku do lat 70. mówi pan Maciej Tułodziecki. Zachęcam do jego lektury, ponieważ otwiera oczy na wiele rzeczy – przede wszystkim ukazuje bogactwo polskiej techniki, często zapomnianej, unieważnionej przez to, co z Zachodu. Niepotrzebnie. Hasior wsparty Karolinką (zakładam, że to właśnie ten gramofon) jest dla mnie od tej pory nierozerwalnie związany z tym, co po nim pozostało. Dlatego, że muzyka była istotną częścią jego życia. Każdego życia. Nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej.


TYLKO MUZYKA

Maria Peszek
JEZUS is aLIVE
Mystic Production, MYSTCD 256, CD (2014)

Jezus Maria Peszek. Niepotrzebne skreślić, płyta Marii Peszek wydana w 2012 roku zszokowała i oburzyła niejednego (właśnie ukazała się jej wersja winylowa, której recenzja, jak dobrze pójdzie, w kwietniu). Publiczne wyznanie swojej niewiary, ogłoszenie swojego alterpatriotyzmu nie mogło się podobać w kraju, w którym religia to przedmiot szkolny forsowany jako jeden z przedmiotów maturalnych. O tym, że się wierzy mówić można, a że nie wierzy – już nie. Muzycznie album był perfekcyjny. Liryka pierwszej płyty, miasto mania (2005), połączona z dynamika i drapieżnością drugiej, maria Awaria (2008) wydestylowało w coś ponad jedno i drugie. W liryczną energię. Najważniejsze były oczywiście teksty, co do tego nie ma wątpliwości. JEZUS is aLIVE tylko potwierdzi obawy tych, dla których artystka wykonała o jeden krok za daleko i będzie idealnym dodatkiem do Jezus Maria Peszek - dla tych, dla których wreszcie ktoś ten krok wykonał i dobrze się stało, że był to ktoś o wrażliwości Marii Peszek. Niech nikogo ten „dodatek” nie zwiedzie. O prawdziwym dodatku, bez cudzysłowie można było mówić w kontekście pierwszego jej krążka z koncertu, pochodzącej z 2006 roku EP-ki maniasiku. Były to bowiem nagrane na żywo wersje kilku utworów z debiutu, plus dwa nowe utwory i filmiki. Płytka ta była zresztą dodana do specjalnej edycji miasto manii.

JEZUS is aLIVE jest czymś zupełnie innym, jest wydarzeniem równoległym do JMP, te dwie płyty się wzajemnie uzupełniają. Materiał, jaki się na niej znalazł (chwała za brak przerw między utworami!) w głównej mierze pochodzi z trzeciej płyty Peszek, ale pod koniec zaśpiewała także utwory z płyty drugiej i debiutanckiej. I jeden cover. Trzeba mieć jaja, żeby zaśpiewać swoją wersję Personal Jesus Depeche Mode - utworu, którego zabrakło na jedynym trybucie dla tego zespołu, który jest dla nich ważny, For The Masses (2008), z takimi wykonawcami, jak: The Smashing Pumpkins, The Cure, Vercula Salt (przecudowne Somebody!), Deftones czy Rammstein. Nikt z tych wykonawców nie odważył się na zagranie Personal Jesus. Jedynym wykonawcą, którego wersję jako tako rozumiem jest Marilyn Manson. Cover Peszkówny jest spójny z resztą płyty, co daje mu siłę, jakiej sam w sobie by nie miał. Broni się więc całkiem dobrze (ciekawe, ilu ludzi wie, że tekst inspirowany jest pamiętnikami Priscilli Presley i odnosi się do jej życia z Elvisem, jej „osobistym Jezusem”, wokół którego wszystko się obracało?) W każdym razie – zawartość płyty to przekrój przez twórczość córki Jana Peszka, ale uwspółcześnionej, tj. zagranej tak, jakby to chciała – jak zakładam nagrać tu i teraz. Żadnego chlipania, nostalgii, bidulenia. Katarzyna Kułakowska, autorka Miasta miłości, pracy dotyczącej tekstów Marii Peszek, pisze o niej, że teraz „jest władczą Królową Smutku, która walczy o lepszy los dla własnego imperium.” Na JEZUS is aLIVE przede wszystkim walczy, smutku w tym jakby mniej (por. Katarzyna Kułakowska, Miasto miłości. Miłosny dyskurs Marii Peszek, Warszawa 2013, s. 131).

Punk na scenie, punk na taśmie – tak można by – w dużym uproszczeniu – podsumować to wydawnictwo od strony dźwiękowej. Estetyka związana z energią i przekazem ponad „estetyką”, tj. dopracowaniem wszystkiego na zicher łączy z sobą to CO jest na płycie z tym JAK to jest. Przekaz nie jest specjalnie selektywny, ani rozdzielczy. Wokal Peszek ustawiony jest na niemal tym samym planie co perkusja, stapiając się z nią często także tonalnie. Dostajemy duże plany, to fajnie, a to dzięki podkręceniu zakresu poniżej 500 Hz, w dość szerokim zakresie. Bas potrafi zejść bardzo nisko, szczególnie kiedy w grze zaznacza się syntezator. I właśnie syntezator oraz gitara akustyczna, fajnie grająca np. w Marznę bez ciebie wydają się najlepiej nagrane i zrealizowane, niemal tak, jakby je podrasowano w studio. Pewnie tak nie było, łatwiej nagrać coś bezpośrednio z wyjścia liniowego niż z mikrofonu, ale tak to słychać.
I to, dość niespodziewanie, wnosi do nagrania coś nowego. Sam łomot dość szybko się nudzi, nawet jeśli teksty są równie ważne, jak muzyka, przez co skupiamy się nie tylko na „drajwie”. Klawisze wnoszą do tej muzyki coś w rodzaju drugiej warstwy, trochę estetyzującej ale i odciążającej przekaz, dającej całości oddech. Smaczki, zmiany barwy, plany, jakie w ten sposób są kreowane ładnie kontrapunktują ścianę dźwięku, jaką mamy z wokalem, perkusją i basem.

To fantastyczna płyta – taka, której będę regularnie słuchał. Jest w niej wszystko, czego oczekuje od muzyki: energia, emocje, przekaz, drugie dno, trzecie i kolejne dna, do których dochodzi się po którymś tam przesłuchaniu. Jest w niej tajemnica, która nie odsłania się od razu, na dzień dobry. A dźwięk? – To nie jest mistrzostwo świata, nawet nie bardzo dobra realizacja. Ale słychać, że najważniejszy był koncert i ludzie, którzy na nim byli. A to z kolei przekłada się na jego wiarygodność.

mariapeszek.pl

Jakość dźwięku: 6/10 (ale 10/10 za muzykę)


DAVID CROSBY
Croz
Blue Castle Records, BCR1142-1, CD (2014)

Są takie nazwiska, które staja się synonimem zespołów, które tworzą. Ich bycie w oderwaniu od nich wydaje się aberracją, czymś nie do końca zrozumiałym. Wydaje się, że tak właśnie jest z Davidem Crosbym. Ten, urodzony w 1941 roku w Los Angeles muzyk zapisał się w świadomości ludzi jako muzyk grup Byrds oraz Crosby, Stills and Nash. Z tą pierwszą nagrał 13 płyt, a z drugą (licząc kombinacje Crosby, Stills, Nash and Young, jak również Crosby and Nash) aż 17. Może więc nic dziwnego, że jego solowe 8 krążków to tylko coś w rodzaju uzupełnienia. Myślę, że najnowszy, Croz tego nie zmieni. Pomimo że to bardzo udana płyta. Na 11 utworów, które się na nią składają trzy nadają się do natychmiastowego grania w radiu, a kilka pozostałych po jakimś czasie. Właściwie nie ma tu słabych utworów – są po prostu bardzo dobre i dobre.

Płyta Croz nagrywana była w kilku studiach, co słychać. Odpowiedzialny za mastering Doug Sax, prawdziwie utalentowany człowiek, zrobił świetną robotę, łącząc to wszystko w gładką, spójną całość. Da się jednak wyróżnić dwie grupy nagrań – pełniejsze, tłustsze, z namacalnymi źródłami dźwięku oraz nieco bardziej zdystansowane, nie tak energetyczne. Do pierwszych zaliczyłbym: What’s Broken, Holding On To Nothing, The Clearing (jedna z najlepszych piosenek na płycie), If She Called i Find A Heart. W drugiej znalazłyby się: Time I Have, Radio, Dangerous Night, Morning Falling (trzeci z utworów, które po pierwszym przesłuchaniu zostają w pamięci). Pomiędzy nimi byłyby: Slice Of Time, Set That Baggage Down (druga z wyróżniających się kompozycji), w których wokal jest lekko wycofany, za to gitary i bas są równie mocne i tłuste, jak w pierwszej grupie. Nominalnie to część grupy drugiej, ale można powiedzieć, że jej podgrupa.

Całość słychać tak, jakby została przepuszczona przez urządzenie (lub wtyczkę „plug-in”) „ulampiawiającą” brzmienie. Bo jest ono ciepłe, miękkie, bliskie, bez wyraźnego skupienia i dokładnej definicji. Rozdzielczość jest niezła, choć nie wykracza poza ukazanie barwy poszczególnych źródeł dźwięku. Akustyka, efekty przestrzenne są ledwie zaznaczane i zakrywane są przez dźwięki bezpośrednie. Średni i wyższy bas są mocne, energetyczne, tłuste i to one nadają całości „ton”. Kontrola tego zakresu nie jest najlepsza. Ale najważniejsza i tak wydaje się realizacja wokalu – to on jest tu najważniejszy. Słychać, że realizatorom chodziło o coś takiego i w dużej mierze się to udało. Wokal Crosby’ego przykuwa uwagę ciepłem, melodyką, płynnością, a cała płyta jest bardzo zmysłowa.
Może i na twarzy, którą widać na okładce płyty zaznaczyły się narkotyki oraz alkohol, ale głos wciąż jest ten sam. Już nie tak mocny, nie tak energetyczny, ale wciąż hipnotyzujący.

www.davidcrosby.com

Jakość dźwięku: 7-8/10


BOKKA
Bokka
NEXTPOP, 409844 2, CD (2013)

O muzyce tej polskiej grupy mówi się „alternatywna”. Myślę, że alternatywna była może w czasach świetności wytwórni 4AD, teraz znajduje się w głównym nurcie. Alternatywny jest za to sposób prezentacji samego zespołu – nie wiadomo, kto w nim gra. Przypuszcza się jedynie, że to dwóch mężczyzn i kobieta, wokalistka. Nie jest to koncept nowy, bo przecież dokładnie w ten sam sposób działa duo Daft Punk, ale wciąż atrakcyjny.
Zespół w swoim pierwszym wywiadzie mówi, że „w trakcie tworzenia materiału nie myśleliśmy o niczym innym niż tylko o muzyce. Nie odczuwaliśmy żadnej presji. Wręcz przeciwnie, czuliśmy wolność i brak jakichkolwiek ograniczeń. Bawiliśmy się, nie wiedząc do końca dokąd nas to zaprowadzi.” („Brand New Anthem”, czytaj TUTAJ). Słychać, że to muzyka powstała bez ciśnienia. Elektroniczne podkłady, przetworzony mocno głos wokalistki, wszystko składa się na psychodeliczny, elektroniczny rock, jeśli tak można powiedzieć.

„Domowa produkcja” jeszcze do niedawna kojarzyła się z kiepskimi nagraniami demo. Dzisiaj, kiedy najdroższą część studia, tj. rejestrator oraz mikser można „odpalić” na niemal dowolnym komputerze, sytuacja zmieniła się diametralnie. Teraz najważniejsze stają się mikrofony (jeśli w grę wchodzą wokale) i umiejętności osoby nagrywającej i realizującej dany materiał. A także masteringowiec. Przygotowany w ten właśnie sposób album Bokka jest nie tylko dobry, ciekawy muzycznie, ale i atrakcyjny dźwiękowo. Porównując go do, chociażby, dwóch ostatnich płyt Petera Nootena Here is why oraz Surround Us, które zostały zrealizowane przez byłego członka Clan of Xymox u siebie w domu, na komputerze Apple’a, nietrudno zauważyć, że polska płyta ma lepiej ustawioną barwę i jest bogatsza wewnętrznie. Nie ma tu irytujących rozjaśnień wyższej średnicy, ani płytkiego, plastikowego pulsu. Z drugiej strony polska płyta nie jest tak dynamiczna, jak chociażby debiut Portishead pt. Dummy, który czasami sprawia wrażenie taśmy demo. Płyta triphopowców ma lepszą głębię, nie jest tak płaska. Pomimo to kompresja na Bokka wydaje się znacząco wyższa. Nie można też mówić o wyraźnej definicji dźwięków i wokalu. Myślę jednak, że ten debiut świetnie wpisuje się w estetykę elektronicznego grania i brzmi lepiej nawet niż debiut grupy Kamp!.

www.bokkamusic.com

Jakość dźwięku: 6/10

SUZANNE VEGA
Tales From the realm of the Queen of Pentacles
Amanuensis Productions/Cooking Vinyl/Beat Records [Japan] BRC-406, CD (2014)

Tom's Diner Suzanne Vegi, urodzonej w 1959 roku amerykańskiej piosenkarki był prawdziwym hitem. Pochodzący z płytki dołączanej w 1984 roku do „Fast Folk Musical Magazine” kawałek do dziś grany jest w stacjach radiowych (na płycie Vegi ukazał się dopiero w 1987 roku, na albumie Solitude Standing). Ma on jednak swoją ciemną – dla nas audiofilów – stronę. Posłużył bowiem do testów prowadzonych przez Karlheinza Brandenburga, w wyniku których powstał stratny format MP3 (Moving Picture [Expert Group Level] 3 [Compression]), z którego sławny jest niemiecki Fraunhofer Institute, a sam format z niszczącej mocy, z jaką działa na dźwięk. To jedna z możliwości zinterpretowania tej przełomowej techniki. Inna wskazuje na rolę, jaką odegrało MP3 w upowszechnianiu muzyki i jej migracji do systemów komputerowych, Mówi się, że bez MP3 nie byłoby dzisiaj plików wysokiej rozdzielczości, bo nie byłoby na nie rynku. Nie da się jednak przemilczeć ani MP3, ani Tom's Diner.

Autorka tego utworu swój pierwszy album (Suzanne Vega) nagrała w 1985 roku. Tales From the realm of the Queen of Pentacles jest jej ósmym albumem w karierze, która trwa już od lat trzydziestu. Moim ulubionym jest Nine Objects of Desire z roku 1996, na którym znalazł się m.in. cudowny Caramel. Przez lata, od 1983 roku, artystka nagrywała dla labelu A&M Records (obecnie w posiadaniu Universal Music Group), w którego katalogu znajdziemy takich wykonawców i zespoły, jak: Burt Bacharach, The Carpenters, Quincy Jones, Liza Minnelli, Wes Montgomery, Paul Desmond, Cat Stevens, Joe Cocker, Procol Harum, Sting. To tylko wycinek, ale dobrze oddaje towarzystwo, w jakim się Vega znalazła (przynajmniej w katalogu). W roku 2006 zmienia jednak barwy i rok później wydaje album Beauty & Crime dla wytwórni Blue Note/Capitol. Płyty Suzanne Vegi znane były ze znakomitego dźwięku – miała szczęście do reżyserów nagrania, masteringowców i producentów – jednak dopiero ta, siódma płyta w jej dorobku otrzymała nagrodę Grammy Award w kategorii Best Engineered Album, Non-Classical, 11 stycznia 2008.

Coś jednak w tej współpracy nie zaiskrzyło, bo „Matka MP3” zamilkła na całe trzy lata, w którym to czasie zdążyła odejść z Blue Note/Capitol. W 2010 roku ukazuje się jej pierwsza, z czterech dotychczas wydanych, płyta Close-Up. Vol. 1. Love Songs. Kolejne noszą podtytuły, People and Places (2010), States of Being (2011) oraz Songs of Family (2012). Wszystkie ukazały się nakładem, założonej przez artystkę, Amanuensis Productions, zarówno na CD, jak i winylu. Na płytach z tego cyklu znalazły się utwory z jej wszystkich poprzednich płyt, ale nagrane na nowo, minimalistycznie zaaranżowane, najczęściej na głos i gitarę. Nie mówi się o tym głośno, ale był to – jak się wydaje – jedyny sposób na odzyskanie praw do swojego katalogu. Tails From the realm of the Queen of Pentacles jest pierwszą regularną płytą nagraną dla Amanuensis Productions/Cooking Vinyl. Recenzujemy jej japońską, wydaną przez Beat Records wersję, na którejś znalazły się dwa utwory dodatkowe.

Brzmienie długo oczekiwanej płyty z premierowym materiałem Suzanne Vegi nieco rozczarowuje. Podobnie jak muzyczna zawartość. Płyta została nagrana w wielu miejscach, zgrana jeszcze gdzie indziej, jednak to tylko część problemu. Gdzieś po drodze zgubiono bowiem energię i nerw. Wycofano również wokal, trochę go rozjaśniając, co w przypadku krążka sygnowanego przez wokalistkę nie jest zbyt dobre.
Dźwięk w ogólnych zarysach, w założeniach, przypomina to, co znamy z czterech, wydanych wcześniej dla wytwórni Cooking Vinyl płyt. Jest ciepły, niezbyt dobrze definiowany i trochę „misiowaty”. To, co dobrze sprawdzało się przy głosie i gitarze, ew. dodatkowych instrumentach, tutaj daje stłumiony przekaz. Mam wrażenie, jakby realizatorowi i masteringowcowi zależało na ucieczce od rozjaśnień, denerwującego brzęczenia wysokiej średnicy. Udało się to idealnie – ta płyta nie drażni, jest gładka, „oleista”. Tyle tylko, że gasząc to, dzięki czemu dźwięk był całkiem selektywny i mógł się wydawać rozdzielczy, nie wniesiono niczego innego. A zabrakło rozdzielczości i dynamiki, jakby ktoś zbyt mocno odkręcił kompresję. Jestem dopiero po kilku przesłuchaniach i być może w przyszłości coś się zmieni – płyty Vegi są tym lepsze, im dłużej się ich słucha. Tu i teraz Tails From the realm of… wydaje się jednak zbyt nijaka, żeby uzasadnić jej kupno. Jeśli macie wszystkie płyty tej artystki, to trudno, tę też trzeba mieć. Jeśli jednak nie, można ją sobie odpuścić.

I właściwie recenzja napisana, skończona. Coraz częściej mam jednak wrażenie, że tam, gdzie widnieje kropka otwiera się jakaś niedookreślona przestrzeń, zestalając się powoli w coś nowego, nabierającego kształtów wraz z kolejnymi przesłuchaniami. Słucham więc płyty Vegi i sam już nie wiem, czy to, co wcześniej wydawało mi się nudą nie jest przypadkiem wyrafinowaniem, spokojem w miejsce oczekiwania na fajerwerki. Także dźwięk przy odsłuchu przez słuchawki zyskuje, jakby lekkie dociążenie dolnej średnicy systemu głośnikowego nie służyło temu materiałowi, zbyt go muliło. Kolejne przesłuchanie i wrażenie zmienia się w ugruntowane podejrzenie. Wciąż nie uważam tak, jak Marek Niedźwiecki, dla którego to „być może najlepsza płyta w dorobku Vegi” (Polskie Radio Program III, sobota 22.02.2014). Ale to coraz ciekawszy, coraz gęstszy materiał. Dźwiękowo także zyskuje, choć do pierwszych płyt, a nawet Nine Objects of Desire wciąż mu daleko.

www.suzannevega.com

Jakość dźwięku: 5-6/10 (albo 7-8/10 – to zależy)


CHARPENITIER & LULLY
Te Deum
Le Poème Harmonique | Capella Cracoviensis | Vincent Dumestre
Alpha Productions Alpha 952, CD (2013)

Capella Cracoviensis staje na nogi. Koncerty z udziałem znanych koncertmistrzów, występy u boku znanych zespołów dają mu legitymację potwierdzającą jej jakość. Tak to działa. Ale najważniejszym imprimatur, koło którego obojętnie przejść się nie da, jest zaproszenie z której z uznanych wytwórni płytowych. Dla CC takim otwarciem są dwa wydawnictwa: wydany przez firmę Decca Bach Rewrite z Bachem granym na fortepianach elektrycznych, oraz Te Deum Charpenitiera & Lully’ego, wydana przez prestiżowy label Alpha Productions. Na stronach internetowych Radia Kraków czytamy:

15 grudnia ukaże się płyta z dwiema wersjami Te Deum autorstwa Jeana-Baptiste’a Lully’ego i Marca-Anthoine’a Charpentiera, na której chór Capelli Cracoviensis towarzyszy słynącemu ze stylistycznego wyrafinowania ensemblowi Le Poème Harmonique prowadzonemu przez Vincenta Dumestre’a.

(CAPELLA CRACOVIENSIS Sztuka fugi, czytaj TUTAJ)

Płyta miała oficjalną premierę 14 stycznia 2014, ale w Polsce wydawnictwo CC i Le Poème Harmonique dostępne było już w pierwszej połowie grudnia. Kupiłem ją na koncercie CC pod batutą Alessandro Moccia, który miał miejsce w krakowskich Sukiennicach 15 grudnia 2013.

Wielkie wytwórnie, a mam na myśli wielkość artystyczną, nie zawsze idącą w parze z rozmachem organizacyjnym i zasobnością, takie jak Decca, EMI, Deutsche Grammophone, Harmonia Mundi, ECM, Alia Vox, czy właśnie Alpha Productions, są wielkie ze względu na wydawanych przez siebie artystów, wykonywany przez nich materiał, ale i dzięki łatwo uchwytnemu wyrazowi dźwiękowemu swoich nagrań. Alpha na tym tle wydaje się jedną z lepiej przygotowanych do nagrań wytwórni. Właściwie wszystkie jej wydawnictwa wyróżniają się doskonałą, nienaganną realizacją, w której rozdzielczość, selektywność są częścią struktury, na której budowane są bryły, barwy, akustyka. Te Deum też będzie się podobała, choć nie jest aż tak perfekcyjna, jak większość pozostałych wydawnictw ze znaczkiem „α”. „Nie tak perfekcyjna” nie znaczy jednak, że nieudana – nie ma czegoś takiego, jak nieudana realizacja Alpha Productions. Po prostu część jej płyt jest bardziej rozdzielczych, selektywnych i ma lepszą gradację planów. Tutaj wokale słychać trochę, jakby podkreślono w ich barwie nosowe składniki, odbierając tym samym głębię przepony. Niewiele, ale jednak. Poza tym dostajemy głębokie, nasycone brzmienie o gęstym tle, świetnymi harmoniami, dużą głębią sceny. No i to pierwsze takie wydawnictwo z chórem Capella Cracoviensis, a to sprawia, że Te Deum jest czymś szczególnym, bez czego nie powinien się obejść żaden meloman. To nagranie „live”, co dodatkowo podnosi jego wartość. Poligrafia jest znakomita, w czym wydatnie pomaga tłoczony, drukowany pantonem (bardzo drogie połączenie!) tytuł na okładce.

Jakość dźwięku: 8/10


Depeche Mode na Blu-spec CD2 (BSCD2)

Nikt się chyba tego nie spodziewał – ja na pewno nie. Okazuje się, że przy przejściu do nowej wytwórni, Columbia, należącej do Sony Music, Depeche Mode w wianie wnieśli także cały swój katalog. Wytwórnia szybko to wykorzystała, bo ogłosiła właśnie ukazanie się całego katalogu zespołu w formacie Blu-spec CD2 (BSCD2), w postaci mini LP. Wygląda na to, że wydawnictwo będzie bazowało na remasterze wykonanym na potrzeby reedycji znanej z Collectors Edition. Sony postarała się jednak o ponowne przygotowanie materiału i wytłoczenie go w jeden z najlepszych obecnie znanych sposobów – w technice Blu-spec CD2. Zamówiłem cały katalog na CD Japan i kiedy tylko do mnie dotrze – wykonam porównanie. Japońska premiera – 9 kwietnia.
Ale to nie jedyna dobra wiadomość. Oto holenderscy specjaliści od winylu, firma Music On Vinyl rozpoczęła wydawanie dyskografii DM na czarnych płytach. I znowu – remaster jest ten sam, co na reedycjach z 2006 roku, waga (180 g) ta sama, identyczna ma być też poligrafia (rozkładana okładka). A jednak tłoczenie jest inne, podobnie jak acetat. To będzie więc inny dźwięk. Na ile – postaram się dowiedzieć. Może wreszcie cały katalog zabrzmi jak należy.


10-LECIE „HIGH FIDELITY”

1 maja magazyn „High Fidelity” będzie świętował pierwszą dekadę swojego istnienia. Pierwszy numer został opublikowany w sieci 1 maja 2004 roku. Mając na uwadze chęć uhonorowania kilku producentów (przede wszystkim polskich), którzy w tym czasie nam towarzyszyli, narodzili się i wzrośli, których produkty warte są szczególnego polecenia, zaprosiłem je do wspólnego projektu, mającego ten związek podkreślić.
dziesięć firm przygotowało niepowtarzalne, jednostkowe egzemplarze swoich produktów. Każdy z nich będzie opatrzony stosowną tabliczką z logo 10-lecia HF i moim podpisem.

Konkurs przeznaczony będzie dla czytelników „High Fidelity”, którzy w dniach od 1 kwietnia do 15 kwietnia przyślą jedną z trzech, wykonanych przez siebie (lub wspólnie z kimś innym) pracę. Ogłoszenie zwycięzców nastąpi w numerze majowym „High Fidelity”. Najlepsze prace będą wybrane przez jury w składzie: Wojciech Pacuła (przewodniczący), Bartosz Łuczak (grafika) i Andrzej Dziadowiec (teksty). Decyzja jury jest ostateczną.

Ci, którzy zdecydują się wziąć udział w konkursie mogą wybierać spośród trzech kategorii:

  • okładka „High Fidelity”: wymyślona przez siebie, w dowolnej technice; logo HF w formacie PDF do pobrania TUTAJ, w JPEG-u TUTAJ;
  • muzyka – przeżycie jedno na milion: tekst, zdjęcie, praca plastyczna (technika dowolna);
  • sprzęt – przeżycie graniczne: tekst, zdjęcie, praca plastyczna (technika dowolna).
Prace tekstowe powinny mieć 600 słów +/- 100, w Wordzie, z rozszerzeniem „.doc”. Prace plastyczne (zdjęcia, rysunki itp.) powinny mieć dłuższy bok o rozdzielczości 2000 pikseli i formę elektronicznego pliku JPEG.

UWAGA: W nagłówku maila musi się znaleźć nazwa urządzenia, o które zamierzacie walczyć! To ma być ten jeden, wyjątkowy, który ozdobi wasz własny system. Maile bez wskazania urządzenia lub z dwoma i więcej nie będą brane pod uwagę. W mailu musi się znaleźć także telefon i adres uczestnika. Dane te potrzebne są jedynie dla producenta, którego produkt dana osoba wygra. Nie zostaną wykorzystane w żaden inny sposób. Po konkursie cała korespondencja zostanie wykasowana z naszej bazy danych.

Zwycięzca zobowiązany jest do wykonania zdjęcia z danym produktem i przesłania go do redakcji „High Fidelity”. Redakcja zastrzega sobie prawo publikowania nadesłanych prac oraz zdjęć zwycięzców. Produkty zostaną wysłane na wskazany przez państwa adres, mogą być też odebrane u producentów osobiście. Koszty przesyłki na terenie Polski pokrywa producent, poza granicami – zwycięzca.

Jestem pewien, że nie możecie się już państwo doczekać – sam mam miękkie kolana. To naprawdę unikatowe rzeczy, w które zostaną włożone serce i pasja danego producenta. To po prostu okazy kolekcjonerskie. Poniżej znajdą państwo listę produktów konkursu „10/10”, o które można się będzie starać:

Ancient Audio pracuje nad specjalną wersją aktywnych kolumn Studio Oslo, z granitowymi podstawami, zmienionymi komponentami, być może nawet z innym kablem połączeniowym (wartość – ok. 8000 zł);

Gigawatt myśli nad tym, jak podrasować swój topowy kabel sieciowy LC-3 MK3 1,5 m (wartość podstawowej wersji 990 euro);

Franz Audio Accessories przygotowuje specjalną wersję platformy antywibracyjnej i kompletu (4 szt.) nóżek pod postawione na niej urządzenie;

Abyssound sprezentuje komuś coś wyjątkowego – kosztujący niemal 20 000 zł przedwzmacniacz liniowy w niebanalnym wykończeniu – najprawdopodobniej ze złoconą ścianką przednią;

Ad Fontes, producent gramofonów przekaże szczęśliwcowi pierwszy, unikatowy egzemplarz gramofonu z nowej, jeszcze nieistniejącej serii „Szczeniak”;

Linear Audio Research z kolei pracuje już nad wzmacniaczem hybrydowym – będzie to pierwszy, specjalny egzemplarz, wykonany specjalnie dla nas;

KBL Sound, z którą wymieniłem parę pomysłów, ma dla czytelników HF swoją topową listwę zasilającą, ale w unikatowym wykończeniu (wartość ok. 9000 zł);

Sounddeco, specjalista od kolumn głośnikowych zaproponował specjalną edycję/wersję kolumn F2;

Divine Acoustic już teraz pracuje nad niepowtarzalną wersją swoich najlepszych kolumn, modelu Proxima 3. Pan Piotr Gałkowski (właściciel, konstruktor) już pracuje nad kompletem w czerwonym lakierze fortepianowym - to będzie jedyna para w tym kolorze, ponad 20 warstw lakieru. Dodatkowo chciałby umieścić na tej parze 3 elementy:
1. Grawerowane laserem logo na 10-lecie na złotych elementach przy głośniku wysokotonowym,
2. Litery HF10 wytłoczone na skórze pod głośnikiem basowym,
3. Logo „High Fidelity” w kolorze oraz logo nagrody Best Product 2013 z tyłu na tabliczce znamionowej. Oprócz tego będą też czerwone worki ochronne na głośniki, zamiast standardowych grafitowych (wartość całości ok. 10 000 zł).

I wreszcie wyczekiwany, dziesiąty produkt: wzmacniacz zintegrowany firmy JAG Electronics. Właściciel firmy, pan Dariusz Gryglewski mówi, że będzie to jego najświeższa konstrukcja na pojedynczej EL34 w trybie triody, bez sprzężenia zwrotnego. Zostanie wykonany w jednym egzemplarzu w zupełnie nowej obudowie specjalnie na konkurs. Szczegóły nie są jeszcze znane - JAG szykuje niespodziankę odnośnie jego brzmienia i formy.

Na tym nie koniec. Do świętowania jubileuszu postanowiło się również przyłączyć kilku producentów spoza Polski. Spośród nadesłanych propozycji wybraliśmy na razie cztery, z których poniżej informacje o dwóch:

Dynaudio XEO 3 – system bezprzewodowych, aktywnych kolumn; współzałożyciel firmy, pan Wilfried Ehrenholz zaproponował dla czytelników HF specjalną wersję tych konstrukcji w niepowtarzalnym lakierze fortepianowym z palety Bugatti – samochodów, do których Dynaudio wykonuje nagłośnienie. Na kolumnach znajdą się oczywiście tabliczki z rocznicowy logo, a także z podpisem Wilfrieda Ehrenholza. Kolumny w podstawowym wykończeniu można zobaczyć TUTAJ; system w wersji do dostania w sklepie kosztuje 6000 zł.

Auralic Gemini – wzmacniacz słuchawkowy firmy Auralic zintegrowany z podstawą na słuchawki Klutz Design (mam cztery takie standy, nie mogłem się powstrzymać…). Pan Wang Xuanqian | 王轩骞 | dyrektor generalny firmy powiedział, że przygotuje specjalną wersję kolorystyczną takiego docka. O tym, jak atrakcyjnie wygląda już teraz i jak ciekawa to propozycja można się przekonać rzucając okiem na materiały producenta TUTAJ. Ceny docków zaczynają się od 999 USD, w specjalnych wykończeniach mogą osiągnąć nawet 2000 USD.

Nagrody od producentów spoza Polski będą do wygrania w osobnym konkursie, który będzie miał miejsce w wakacje. Jeszcze będziemy o nim informowali, ale już teraz wiadomo, że trzeba będzie przysłać pracę – zdjęcie, rysunek – technika dowolna, zatytułowaną „High Fidelity” na wakacjach. Liczymy na państwa pomysłowość. Oceną zajmie się to samo jury, co w „polskiej” części jubileuszu. Poniżej zdjęcie pierwszej okładki „High Fidelity”, z kwietnia 2005 roku.

Z ostatniej chwili: firma RCM Audio postanowiła przygotować specjalną edycję swojego największego hitu, przedwzmacniacza gramofonowego Sensor Prelude IC ze specjalnym srebrnym okablowaniem sygnałowym firmy Argento Audio i innymi ciekawymi zmianami (test podstawowej wersji TUTAJ). Konkurs nazywa się 10/10, a to jedenasta nagroda – myślę, że nam państwo tę drobną niekonsekwencję wybaczą.

Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia enjoythemusic linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM