pl | en

No. 112 sierpień 2013

Audiofil na wakacjach
HiFiMAN HM-901 | Cardas EM 5813 | AKG K3003 | Blade runer - AUDIOBOOK

Choć wyrywkowo, fragmentarycznie, to jednak wyjątkowo mocno siedzą mi w pamięci momenty, w których chodziliśmy z rodzicami nad rzekę Białą, nad którą leży Bobowa, miejscowość, w której wówczas mieszkałem. Rzeka stosunkowo niewielka, ale górska, z malowniczymi, rytymi w brzegach, wciąż się zmieniającymi zakolami, dzika i miejscami trudno dostępna. Mieliśmy swój „własny”, wynaleziony chyba przez mojego ojca zakątek tego typu, w jednym z załomów rzeki, z tzw. „kamieńcem”, czyli szeroką i długą łachą kamieni, na której rozkładaliśmy koc, a mama leżak. Złowione i pieczone na świeżo ryby – głównie pstrągi – kanapki i picie, pierwsze próby pływackie. I radio. Radio grało podczas każdego takiego wypadu, przynajmniej tak to zapamiętałem. Stojące pod leżakiem, zawsze włączone, radio Biwak Zjednoczenia Przemysłu Elektronicznego i Teletechnicznego „Unitra - Diora” (choć wtedy był to dla mnie po prostu „Biwak”; t, co napisałem jest przykładem myślenia ahistorycznego…), radio – dodajmy – z zakresem UKF – nadawało audycje z radiowej „Trójki” (Polskie Radio Trójka). I to ono najbardziej zapadło mi w pamięć. Ciekawe, ale równie ważne wspomnienia mojej żony związane są z radiem – modelem Dorota, na którym słuchała audycji Lato z radiem, nadawanej wówczas tylko na falach długich. Obydwa wspomnienia łączy silny pierwiastek emocjonalny oraz forma odbiorników radiowych – były to urządzenia przenośne.

„Przenośne” w tamtych czasach (lata 70. i 80.) znaczyło co innego niż dzisiaj. Wówczas oznaczało właśnie to – niewielkie, najczęściej bateryjne, zdatne do łatwego przeniesienia z miejsce na miejsce i korzystania w warunkach „polowych”. Teraz akcent przesunął się na „osobiste” – nikt już nie gra głośno w miejscach publicznych ze swojego „tranzystora”, bo wszyscy noszą słuchawki. Teraz to muzyka „w ruchu”, ale „tylko dla mnie”. Drugi aspekt wiąże się z miniaturyzacją. Choć i wówczas była podstawą, jej skala jest nieporównywalna. Ton nadawali wówczas producenci japońscy, a ikoną przemian był, wprowadzony do sprzedaży w 1979 roku pierwszy model przenośnego magnetofony kasetowego TPS-L2, znany lepiej pod nazwą Walkman. Jego twórca, firma Sony, początkowo nie nadawała tej nazwie specjalnego znaczenia i – jak czytamy w portalu „Telix.pl” – w Stanach Zjednoczonych sprzedawany był pod nazwą Soundabout, w Wielkiej Brytanii Stowaway a w Szwecji Freestyle (por. TUTAJ). Nowością były nie tyle jego wymiary i waga (390 g), a to, że po raz pierwszy można było ze sobą wziąć i odtwarzać swoje własne nagrania. A to oznaczało poszerzenie pola wolności. W ten sam sposób powstały następnie odtwarzacze płyt CD o nazwie Discman (rok 1984), a potem przenośne wersje odtwarzaczy Mini Disc. Do 1996 roku sprzedano ponad 100 000 000 odtwarzaczy Walkman. W roku 2010 firma Sony zaprzestała produkcji kaset i magnetofonów kasetowych. Zaledwie trzy lata temu!

W międzyczasie japońskim korporacjom wyrosła konkurencja, która szybko przerosła mistrza i zrobiła z nich – tak to wygląda – naśladowców. Za chwilę do tego wrócimy. Zanim to się stało, do głosu doszło nowe pokolenie melomanów, fanów i ludzi okazjonalnie słuchających muzyki, związane z środowiskiem komputerowym. PC (w USA Mac) stał się wygodnym źródłem dźwięku – odtwarzaczem, biblioteką muzyczną i wzmacniaczem słuchawkowym w jednym. Podstawą tej rewolucji było MP3, nazwa sposobu kodowania danych, która następnie przeszła na całą podgrupę urządzeń – przenośnych odtwarzaczy plików, tzw. „empetrójek”.
MPEG-1/MPEG-2 Audio Layer 3, zwany popularnie MP3, to algorytm kompresji stratnej dźwięku, dzięki któremu można zmniejszyć wielkość pliku audio, wyrzucając z niego niektóre elementy. Taka operacja pozwalała zgromadzić na dysku twardym, czy w pamięci FLASH znacznie więcej muzyki niż gdyby pliki były nieskompresowane. Dzisiaj, kiedy dyski 3 TB nie robią na nikim wrażenia było to szczególnie ważne – pierwszy iPod miał pojemność 5 GB, wtedy naprawdę imponującą. Wyrzucanie elementów informacji o której mówię polega na „inteligentnym”, tj. dynamicznym eliminowaniu dźwięków maskowanych przez inne, łączeniu kanałów, ograniczeniu pasma itd. O tym, co zostanie zredukowane decydował kodek. Użytkownik mógł zadecydować, jak głęboka ma być kompresja, a tym samym z jakiej części oryginalnego pliku zrezygnować. Standard przewiduje przepływność na poziomie 8, 16, 24, 32, 40, 48, 56, 64, 80, 96, 112, 128, 160, 192, 224, 256 i 320 kb/s, ale dla celów audio zastosowanie mają jedynie najwyższe wartości. Choć szybko okazało się, że nawet 320 kb/s nie gwarantuje dźwięku porównywalnego z płytą CD, to trzeba pamiętać, że za tym formatem stoi ogromna wiedza i potężne zaplecze badawcze niemieckiego stowarzyszenia naukowo-badawczego Fraunhofer Institute, które jest jego kolektywnym „ojcem” (stowarzyszenie AES wykonało testy ABX, z których wynikało, że nie ma różnicy między plikiem mp3i płytą CD – to bzdura, przeprowadziłem wielokrotne próby porównawcze AB i nawet plik mp3 24/96, wykonany z taśmy-matki o takich parametrach brzmi gorzej niż Compact Disc, warto przeczytać artykuł Michaela Calore’a Why Neil Young hates MP3s - and what you can do about it w magazynie „Wired” - tytuł mówi sam za siebie).

W każdym razie – wypuszczono z pudełka demona. Od 1991 roku, kiedy to zaprezentowano pierwszy kodek, użytkownicy komputerów skorzystali z dobrodziejstw rozwijającej się sieci komputerowej i już niedługo piractwo, czyli nielegalna wymiana plików muzycznych, zmieniła całą branżę – nastała era niematerialnych nośników, doprowadzając do sytuacji, z którą mamy do czynienia – wymierania nośników fizycznych, w tym płyty CD.
W roku 1997, czyli sześć lat po narodzinach standardu MP3, w Korei powstaje firma SaeHan Information Systems, która prezentuje pierwszy na świecie odtwarzacz przenośny MP3 o nazwie MPMAN. Wkrótce cała firma zostaje tak nazwana (Wikipedia mówi, iż firma powstała w 1998 roku, strona firmowa producenta mówi o roku 1997, czytaj TUTAJ). Tym samym rozpoczyna zupełnie nowy okres w rozwoju muzyki i sposobów jej słuchania. Od tej pory widok ludzi, najpierw młodych, teraz w każdym wieku, ze słuchawkami na uszach, jadących rowerem, spacerujących, śpiących w pociągu jest czymś równie naturalnym, jak niegdyś zegarek na ręce. I, paradoksalnie, podobnie jak zegarki, tak i odtwarzacze MP3 wyparł po jakimś czasie telefon komórkowy, teraz smartfon, integrujący w sobie wszystkie te funkcje.

23 października 2001 Steve Jobs, nieżyjący już niestety mistrz promocji, człowiek idealnie odgadujący potrzeby ludzi, umiejący nawet takie potrzeby stworzyć, żeby je potem spełniać, szef firmy Apple, zaprezentował światu urządzenie, które miało zmienić sposób myślenia całej generacji – iPoda. Kompatybilne wyłącznie z komputerami Mac urządzenie było cyfrowym odtwarzaczem plików muzycznych, choć mogło służyć także jako zewnętrzna pamięć przenośna. Pierwszy model (pierwszej generacji - G1), nazywany „Walkmanem XXI wieku”, miało wbudowany dysk twardy Toshiby o pojemności 5 GB i komunikowało się z komputerem przez łącze FireWire. Olbrzymią popularność odtwarzacza przyniosła znakomita strategia marketingowa Apple, jak również integracja z oprogramowaniem i sklepem iTunes. W krótkim czasie inni zaczęli te rozwiązania kopiować, jednak nigdy i nikomu nie udało się powtórzyć sukcesu Jobsa. Jego propozycja, będąca wyrafinowanym rozwinięciem, zarówno designerskim, jak i użytkowym, pomysłu MPMANa, wywróciła świat audio do góry nogami. O wielkości sprzedaży niech świadczą dane z dwóch ostatnich kwartałów: w pierwszych trzech miesiącach 2013 roku sprzedano 12,7 milionów iPodów. Choć w tej chwili widoczny jest spadek (w porównaniu do pierwszego kwartału 2012 roku - 15,4 miliona, czytaj TUTAJ i TUTAJ), to jednak dobrze pokazuje to rozmach całego przedsięwzięcia. Do końca 2012 roku sprzedano 375 milionów odtwarzaczy i 365 milionów iPhone’ów!

iPod, potem iPhone i iPad, stały się synonimem nowoczesności i dobrego smaku. Biały odtwarzacz po prostu trzeba było mieć. Wokół niego rozrosła się całkowicie nowa gałąź przemysłu, przygotowująca produkty z iPodem kompatybilne – słuchawki, aktywne głośniki, stacje dokujące, kable, wzmacniacze i przetworniki D/A. Po pierwszej euforii przyszło otrzeźwienie. Przynajmniej do niektórych. Podobnie jak odtwarzacze MP3, tak i iPody odtwarzały muzykę z plików stratnych. Choć zastosowano w nich nowszy kodek AAC (Advanced Audio Coding), który kaleczył dźwięk w nieco mniejszym stopniu niż MP3 o podobnej przepływności, to wciąż była to elektroniczna „kastracja”. Przełom przyniosły dwie modyfikacje. Jedną było umożliwienie odtwarzania a iPodzie nieskompresowanej muzyki 16/44,1 w bezstratnych formatach WAV oraz ALAC. Choć nazwa tego ostatniego brzmi Advanced Lossless Audio Coding, co sugeruje bezstratną kompresję, piszący dla magazynów “What Hi-Fi? Sound and Vision” oraz “Gramophone” Andrew Everard mówi, że AIFF niczego nie kompresuje i że to pliki, zajmujące niemal dokładnie tyle samo miejsca, co WAV (czytaj TUTAJ). Drugą istotną innowacją było umożliwienie wysłania sygnału cyfrowego USB przez port na dolnej krawędzi. Ta ostatnia pozwoliła na znaczące poprawienie jakości dźwięku rzez zastosowanie zewnętrznych przetworników cyfrowo-analogowych. Wciąż jednak pozostaje podstawowa wada tych urządzeń – nie można zapisać na nich sygnału o częstotliwości próbkowania przekraczającej 48 kHz.

HiFiMAN
HM-901 High Resolution Music Player
Przenośny odtwarzacz plików audio hi-res

iPod to klasyka. Świetnie wygląda, bardzo dobrze się go obsługuje. Jest nieduży. Ma jednak jeden feler – nie brzmi najlepiej. Choć większość użytkowników wydaje się tego nie dostrzegać, dla każdego, dla kogo muzyka jest ważna w każdym jej aspekcie, także w wymiarze sonicznym, to znacząca przeszkoda. Ostatecznie dążymy do tego, aby muzyka brzmiała dokładnie w ten sam sposób, co podczas wydarzenia na żywo, albo tak, jak została zarejestrowana (to dwie szkoły rozumienia celu, do którego należy dążyć). Dlatego furorę w środowisku perfekcjonistów zrobiły zewnętrzne przetworniki D/A i wzmacniacze słuchawkowe, z którymi iPod mógl współpracować. Okazało się, że z odtwarzacza Apple’a da się uzyskać naprawdę dobry dźwięk. Dla niektórych to było jednak wciąż za mało („Not Good Enough”). Problemem było również to, że – jak mówiłem – iPod nie odtwarzał plików wysokiej rozdzielczości. Otworzyło to drogę dla innych producentów, a wśród nich dla mającej swoją bazę w Stanach Zjednoczonych, a centrum badawcze i fabrykę w Chinach firmie HiFiMAN.

Założona w 2007 roku przez pana Fanga Biana, nosi nazwę odwołującą się wprost do odtwarzaczy MPMAN. Oferuje słuchawki planarne, magnetostatyczne oraz przenośne odtwarzacze plików, w tym wysokiej rozdzielczości. Przez dwa lata byłem użytkownikiem i słuchawek, i odtwarzaczy z jej logo. Pierwszym playerem, który miałem był niewielki HM-602 (czytaj TUTAJ), a kolejnym duży, nieporęczny, wyposażony w fantastyczne przetworniki PCM1704 HM-801. Ich dźwięk był naprawdę dobry, znacznie lepszy niż z iPoda Classic 6.5. Miały jednak i swoje problemy. Pierwszym był wygląd – to były kanciaste, niepiękne prostopadłościany, z niezbyt przyjaznym interfejsem użytkownika. HM-801 był zaś po prostu duży. Z kolei ich zaletą była znakomita funkcjonalność – mogły pracować także jako przetworniki D/A z wejściem USB i akceptowały karty pamięci SD do 32 GB. Oprócz tego w HM-801 można było zastosować jedną z kilku płytek wzmacniacza słuchawkowego, także z wyjściem zbalansowanym.

Choć obydwa odtwarzały pliki do 24 bitów i 96 kHz, pomijały częstotliwość próbkowania 88,2 kHz, o wyższych niż 96 kHz nie wspominając. Od trzech lat prowadzone więc były prace nad odtwarzaczem 2. generacji – tak powstał, zaprezentowany w styczniu 2013 roku, model HM-901. To wciąż duże urządzenie, choć mniejsze niż HM-801. Jego ścianka przednia ma wielkość zbliżoną do HM-602 i iPoda, jest jednak znacznie grubszy. Wyposażony jest w średniej wielkości, kolorowy wyświetlacz, na którym pokazywane są (niestety we fragmencie) okładki płyt. Najważniejsze jest to, że odtwarza pliki WAV i FLAC: 16/44,1, 16/48, 24/88,2, 24/96, 24/176,4, 24/192, a także MP3, ALAC, AAC, AIFF:16/44,1/16/48. Pokaźna grubość wynika z zastosowanej technologii. Wewnątrz znajdziemy dwa, wysoko cenione przetworniki Sabre ES9018, upsampler 24/192 oraz wyrafinowany wzmacniacz słuchawkowy. Podobnie, jak poprzednio, możliwa będzie jego wymiana – dostępne będą:

  • standardowa płytka z układami scalonymi Burr Browna OPA8397,
  • płytka ze wzmacniaczem zbalansowanym, z czterema układami Burr Brown OPA627 i czterema BUF634,
  • płytka ze wzmacniaczem zbalansowanym, z dwoma układami Burr Brown OPA8397,
  • płytka IEM ze wzmacniaczem przygotowanym specjalnie pod kątem słuchawek dousznych (In-Ear Monitor), o niższej mocy niż pozostałe,
  • płytka Mini Box ES z dwoma układami Burr Brown OPA627 i dwoma Burr Brown OPA624,
  • płytka znana ze wzmacniacza w HM-801.
Co więcej, zamiast miniaturowego potencjometru obrotowego przygotowano samodzielnie przełącznik z opornikami – rozwiązane znane z drogich, wyrafinowanych wzmacniaczy i przedwzmacniaczy wolnostojących. Na dolnej ściance umieszczono podłużny port, niekompatybilny z iPodem, przez który można wysłać sygnał analogowy i cyfrowy S/PDIF lub wejść sygnałem cyfrowym S/PDIF. W komplecie dostajemy odpowiednią łączówkę. Moim zdaniem, zabrakło wyjścia liniowego na mini-jacku. A to dlatego, że przez dłuższy czas używałem HM-801 z zewnętrznym wzmacniaczem przenośnym, opartym na lampie elektronowej, modelem The Continental firmy ALO, w którym jest wejście tego typu. Firma zapowiada, że niedługo dostępna będzie opcja przesyłu bezprzewodowego WiFi – odtwarzacz będzie pracował jako streamer. Najwyraźniej trzeba będzie w tym celu zwrócić odtwarzacz do dystrybutora.

Urządzenie wygląda naprawdę fajnie. Nieco retro (ta gałka siły głosu), ma solidną, wykonaną z aluminium i plastiku obudowę i sensowny wyświetlacz. Informacje ukazywane są nieźle – wiemy, jaką częstotliwość próbkowania ma sygnał, jaka jest długość słowa i przepływność. Odczytamy też tytuły utworów zapisane w ich nazwach, a nie w ID. Obsługa jest sensowna, chociaż to nie jest iPod, nie ma na to szans, w czym pomaga obracane kółeczko. Ważne, że HM-901 akceptuje pamięć SD do 128 GB (także micro SD). W pełni naładowana bateria pozwala na odtwarzanie 6-7 godzin materiału hi-res. Opracowywana jest też stacja dokująca. Odtwarzacz kosztuje w Polsce 4499 zł.
Zanim przejdziemy do dźwięku trzeba powiedzieć o dwóch, problematycznych kwestiach. Odtwarzacz nie ma trybu „gapless”, tj. pomiędzy każdym utworem wstawia pauzę. Drugim jest wyciszanie początku utworu – pierwsza sekunda to najazd dźwięku. Obydwa są dość irytujące. Firma zapowiada zmiany, jednak nie wiadomo, kiedy one nastąpią. Mam nadzieje, że niedługo. Tym, co mnie interesowało najbardziej był jednak dźwięk.
Żeby zorientować, się, co takiego dostajemy z nowym odtwarzaczem HiFiMAN-a, zestawiłem system porównawczy, składający się z referencyjnego odtwarzacza CD – Ancient Audio Lektor AIR V-edition, odtwarzacza plików Naim NDX z zewnętrznym zasilaczem XPS oraz wzmacniacza słuchawkowego Bakoon Product International HPA-21 (czytaj TUTAJ). Do porównania posłużył mi także odtwarzacz HiFiMAN HM-801 z zewnętrznymi wzmacniaczami ALO Continental v1 oraz v3 i iPod Classic G6.5 160 GB.

Przechodząc z HM-602 na dużo większy, mniej poręczny model HM-801 dostałem znacznie głębszy, większy, bardziej rozdzielczy dźwięk. Przejście na HM-901 jest znacznie większym skokiem. Pomijam możliwość odtwarzania plików 88,2 kHz i 192 kHz, to ważne, ale nie kluczowe. Brzmienie nowego odtwarzacza pana Biana przypomina dźwięk naprawdę drogich odtwarzaczy CD i wzmacniaczy słuchawkowych. Jest bardzo czysty, rozdzielczy i otwarty, Ale i głęboki. Nigdy nie jest jasny, ani kliniczny, nawet z bardzo wymagającymi słuchawkami HE-6. A jeśliby komukolwiek coś tam przeszkadzało, ma do dyspozycji przełącznik „Vintage”, obniżający górę pasma o 3 dB. Nie korzystałem z niego.

Brzmienie urządzenia jest bardzo stabilne, tj. utrzymuje się z różnymi rodzajami słuchawek, nie dominując ich, ale w pewien sposób „prowadząc”. Dostajemy ogromną przestrzeń, którą doceniłem przede wszystkim przy odsłuchu audiobooka Blade Runner, którego brzmienie oparte jest na binauralnych efektach przestrzennych. Ale i klasyczne, monofoniczne nagrania dzięki temu zyskują coś ekstra – głębia sceny, jeśli tak można nazwać to, co słychać w słuchawkach, jest fantastyczna. Brzmienie jest niebywale rozdzielcze. Różnice między wersjami CD i hi-res tej samej płyty były znaczące – a to nie zdarza się nawet z częścią odtwarzaczy wolnostojących. Wysoka rozdzielczość dodaje do brzmienia głębi i oddechu, a także definicji; wersje CD są w porównaniu z nimi szare.
Nie liczyłbym natomiast na niskie zejście basu, przynajmniej z płytką wzmacniacza słuchawkowego, z którą test miał miejsce. Pod tym kątem przesłuchałem wszystkie słuchawki, jakie miałem w domu i sytuacja za każdym razem był podobna – zależała od samych słuchawek, ale nawet Sennheisery HD800, które potrafią zejść bardzo nisko, nie zagrały z takim rozmachem, jak przy wykorzystaniu zewnętrznego wzmacniacza. Z nagraniami, w których zastosowano sporo kompresji i nie postarano się tego wyprostować podczas masteringu słychać było problemy z podkreślonym wyższym środkiem. Problem nie był na tyle duży, żeby zrezygnować z słuchania, jednak był. Pod tym względem HM-801 zachowywał się lepiej. Jego brzmienie było mniej rozdzielcze, nie tak przestrzenne, ale miało niżej osadzony balans tonalny, przez co problemy materiału były maskowane.

Pan Bian o swoim nowym odtwarzaczu mówi, że widzi podobieństwo między cyfrową fotografią i przenośnym audio. Zwykły „automat” robiąc zdjęcia dobrze spełnia swoją rolę; nie można go jednak porównywać z profesjonalną lustrzanką. To samo, jak mówi pan Bian, odnosi się do iPoda. Jego dźwięk jest adekwatny do potrzeb ludzi, nie można go jednak porównywać z wysokiej klasy odtwarzaczami cyfrowymi. Jak mówi dalej, HM-901 porównywany był tzw. „ślepych testach” do najlepszych, wolnostojących urządzeń i wychodził z tych porównań obronną ręką.
Muszę powiedzieć, że rozumiem punkt widzenia właściciela HiFiMANa i mnie również to, co oferuje jego nowy odtwarzacz bardzo się podoba. Z porównywaniem go z wysokiej klasy, pełnowymiarowymi urządzeniami byłbym jednak ostrożny. Choć jego rozdzielczość i definicja dźwięku są ponadprzeciętne, to skala, rozmach, tzw. „drama”, jaką uzyskałem z referencyjnym systemem były znacząco lepsze. Podobnie jednak, jak w przypadku kolumn Amphion ION, tak i w tym przypadku trzeba dobrze osadzić urządzenie w kontekście, inaczej nie będzie to miało sensu (czytaj TUTAJ). W tym przypadku mówimy o przenośnym odtwarzaczu plików i tyle. Jeśli tak go zrozumiemy, to będzie to absolutna światowa czołówka i jedynie nowy odtwarzacz firmy iRiver, model Astell&Kern AK120 może z nim konkurować. W czym i w jakiej mierze – postaram się na to odpowiedzieć już wkrótce. Tu i teraz HM-901 jest najlepszym przenośnym odtwarzaczem, jaki kiedykolwiek miałem w ręku.

Producent: HiFiMAN
Cena (w Polsce): 4499 zł
Dystrybucja w Polsce: Rafko

PHILIP K. DICK
Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?
Rebis, Audiobook


Reżyseria: Krzysztof Czeczot
Muzyka: Wojtek Mazolewski & Pink Freud
Realizacja dźwięku: Stereotyp Studio/Kamil Sajewicz
Format dźwięku: MP3 Constant Bit Rate 160 kbps

Jeśli pismo ma tytuł “Enjoy The Music.com” – wszystko jest jasne. Założenie jest takie, że muzyka jest na pierwszym miejscu, a dopiero potem sprzęt, na którym jest odtwarzana.

Choć to raczej wybieg niż realna zmiana paradygmatu, bo to przecież pismo audiofilskie, „kupuję” to. Jeśli z kolei pismo nosi tytuł „Stereophile”, „The Absolute Sound”, „Hi-Fi+”, „PositiveFeedback.com” czy „High Fidelity”, od razu wiadomo, że nacisk położony jest w nich na urządzenia służące do reprodukcji muzyki. Akcent, jaki się kładzie na jedną lub drugą stronę medalu różni się z tytułu na tytuł. Najlepsze potrafią połączyć z sobą zagadnienia jakości dźwięku z muzyką, czyli formę z treścią. Bo ostatecznie to, CZEGO słuchamy jest równie ważne, jak to, NA CZYM (albo JAK) słuchamy.
O muzyce staram się pisać możliwie najczęściej. Oprócz płyt muzycznych istnieją jednak i inne, też dźwiękowe, tzw. audiobooki. Ich ogromna popularność zadziwia mnie niezmiernie, tym bardziej, że niemal wszystkie to po prostu książki czytane przez lektora, czasem uzupełnione o muzykę lub efekty dźwiękowe. Zastępując, popularne niegdyś, słuchowiska radiowe, przynoszą też zupełnie inną estetykę. Nie ma co ukrywać, że nie lubię tego typu medium. Proszę się nie gniewać, to znakomity sposób doświadczania literatury, zwykle w samochodzie, dla mnie jednak nie ma wiele wspólnego z czytaniem książki. Może być świetnym uzupełnieniem, ale nie powinien zastępować aktu czytania. Dlatego też zastąpienie audiobookami cudownego wynalazku, jakim są słuchowiska radiowe jest dla mnie niekorzystne (o słuchowiskach więcej TUTAJ).

Mimo tych zastrzeżeń kupiłem jednak właśnie swój pierwszy audobook. Dlaczego? Ano dlatego, że to bardziej wielogodzinne słuchowisko radiowe niż „czytanka”. No i dlatego, że zawiera interpretację powieści Philipa K. Dicka, od którego od lat jestem uzależniony. Przygotowany przez Dom Wydawniczy Rebis audiobook to wieloosobowe (kilkadziesiąt aktorów!) przedsięwzięcie, wersja audio powieści Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, znanej z filmu Łowca androidów w reżyserii Ridleya Scotta (1982) z bezbłędnym Harrisonem Forem w roli Ricka Deckarda, tytułowego „łowcy”. Na jego przygotowanie wydano mnóstwo pieniędzy. Wśród aktorów czytających poszczególne kwestie znajdziemy Roberta Więckiewicza jako narratora, Andrzeja Chyrę odtwarzającego postać Ricka Deckarda, Annę Dereszowską - Iran Deckard, Łukasza Simlata, Krzysztofa Maternę, Bartłomieja Topę i innych. Jest też znaczący debiut – polski syntezator mowy Ivona w roli ekspedientki – idealnie wpasowujący się w wymowę ideową powieści (brawa dla pomysłu!).
Ale nie to okazuje się najważniejsze; to część składowa czegoś większego. Podstawą jest bowiem muzyka Wojtka Mazolewskiego oraz zespołu Pink Freud i genialnie dobrane efekty dźwiękowe. Dźwięk został bowiem zarejestrowany w postaci binauralnej – a to najlepsza znana metoda rejestracji dźwięku dla słuchawek. Kiedyś wyglądało to w ten sposób, że dźwięk odbierany był przez stereofoniczna parę mikrofonów umieszczonych w tzw. „dummy head”, czyli doskonałej kopii głowy ludzkiej, w kanałach usznych. Najbardziej znaną sztuczną głową jest model KU 100 firmy Neumann. Nagrania tego typu nie nadają się do odtwarzania przez głośniki, ponieważ nie zawierają elementów potrzebnych do odpowiedniej lokalizacji przestrzennej (head-related transfer function - HRTF); w przypadku słuchawek są jednak nie do zastąpienia.

Nagrań tego typu nie ma jednak zbyt wiele, ponieważ trzeba pójść na pewne kompromisy, jeśli chcemy umożliwić jego odsłuch także przez głośniki. Co jakiś czas jednak zdarza się jednak cud i otrzymujemy wzorcowe nagranie tego typu. Proszę się zaopatrzyć w nagrania firmy Zenph, dokonującej transkrypcji (tzw. re-performance”) starych nagrań za pomocą mechanicznego fortepianu – na płytach SACD mamy dwie wersję: klasyczną oraz binauralną (np. płyta Gould 1955 Goldberg Variations, Sony Classical). Warto też zapoznać się z nowymi realizacjami firmy Chesky, która eksperymentuje z czymś, co nazywa Binaural+, czyli nagraniami, które dzięki odpowiednim filtrom nadają się także do odsłuchu przez słuchawki (czytaj TUTAJ).
Wraz z audiobookiem, o którym mowa, dostajemy do ręki perfekcyjny przykład na to, jak w XXI wieku, zdominowanym przez słuchawki w każdej możliwej postaci, można przygotować słuchowisko radiowe. Bo tak rozumiem to, co zrobiono z powieścią Dicka. Nagrania słucha się genialnie. Efekty przestrzenne zapierają dech w piersiach, nawet jeśli wydaje się nam, że już wszystko słyszeliśmy. Niektóre z nich, dotyczy to głosów ludzkich, przypominają to, co znam z płyty 99 grupy Abraxas (teraz dostępna na złotym podkładzie – koniecznie!), większość jest jednak dla mnie zupełnie nowa. Pięknie dobrano proporcje oraz barwę dźwięku. I jedynie w przypadku narratora zrezygnowałbym trochę z „gardła” na rzecz „przepony”, obniżając jego barwę. Ale nie przeszkadza to w słuchaniu. Być może zresztą, że to problem kodowania. Płyta została bowiem zakodowana w dość niskiej przepływności w formacie MP3. Trochę szkoda, bo część pracy idzie na marne. Rozumiem oczywiście, że chodziło o umożliwienie odtwarzania płyty na dowolnym komputerze i w samochodzie, ale sądzę jednak, że dodanie drugiej płyty (DVD, BD), o USB z wersją hi-res nie mówiąc, z bezstratnym materiałem byłoby jak najbardziej na miejscu. Jak by nie było, to dla mnie niesamowite zaskoczenie i czysta przyjemność, nie wiedziałem, że w Polsce są ludzie o tak dużej wrażliwości sonicznej. Za efekty odpowiedzialne jest Stereotyp Studio i reżyser nagrania Kamil Sajewicz – brawa i wyrazy szacunku! I jeszcze jedno – polecając audiobooka wszystkim czytelnikom chciałbym prosić was o jedno: kupcie go, nie ściągajcie. Jego przygotowanie było bardzo kosztowne i jeśli wydawca nie dostrzeże w nim potencjału finansowego, nigdy więcej niczego już nie przygotuje. A tego typu wydawnictw potrzebujemy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. I właśnie teraz binauralna metoda rejestracji dźwięku ma szansę spełnić swoją rolę – ostatecznie w każdym domu są teraz słuchawki, prawda?

Patrz: audioteka.pl

Cardas
EM 5813 Model 1
Golden Ratio Ear Speakers

Specjalizacja specjalistycznych producentów audio, niezależnie od tego, jak karkołomnie to brzmi, to fakt, potwierdzany na co dzień wyborami użytkowników – kupując kolumny najpierw szukamy ich u producenta kolumn, elektroniki – wśród marek znanych z elektroniki, wybierając kable – to samo. Istnieli i wciąż istnieją oczywiście producenci, oferujący kompletne systemy, żeby wspomnieć chociażby Goldmunda, Ancient Audio czy Regę, byli i są jednak w mniejszości.
Od dłuższego czasu daje się jednak zauważyć trend polegający na rozszerzaniu pola działalności – producenci kolumn oferują elektronikę i okablowanie, firmy „elektroniczne” mają w swojej ofercie kable i kolumny. Najmocniej jednak widać to na przykładzie słuchawek – mają je teraz w swojej ofercie niemal wszyscy producenci, nigdy wcześniej z tym wycinkiem rynku niekojarzeni: KEF, PSB, Harman/Kardon, Bowers&Willkins, Focal i inni. To, co łączy wszystkie wymienione przeze mnie firmy to ich podstawowa specjalizacja – kolumny głośnikowe. Najwyraźniej doświadczenie zebrane przy projektowaniu, produkcji i aplikacji przetworników daje się zastosować także w przypadku słuchawek. Można jednak inaczej – słuchawki to przecież także przewody i kable: kabel połączeniowy i cewka przetwornika. A któż zna się na tym lepiej niż producenci okablowania? Na przykład amerykański Cardas?

Produkująca kable od 1987 roku firma, stosująca we wszystkich swoich produktach tzw. „golden ratio”, w styczniu tego roku, na wystawie w Las Vegas, pokazała dwa modele swoich słuchawek – nieco tańszy Model 1 oraz droższy, bardziej wyrafinowany Model 2. Obydwa kryją się pod nazwą EM 5813, gdzie EM = Ear Mirror.
Prace nad słuchawkami zajęły sporo czasu, a to dlatego, że George Cardas, właściciel firmy, podszedł do sprawy na świeżo – korzystając z wypracowanych wczesnej ram, wypełnił je własnymi pomysłami. Jak mówi, zbudował prototypy, pomierzył je, posłuchał, poprawił, znowu pomierzył posłuchał, poprawił i tak przez dłuższy czas. W wyniku tych badań powstały słuchawki, mające za zadanie możliwie najwierniej odzwierciedlać budowę ludzkiego ucha, tyle, że na odwrót. Zamiast stosowanego zwykle Mylaru, z którego wykonuje się membrany, w EM 5813 znalazł się ultra-cienki materiał o nazwie polyethylene naphthalate (PEN); membrana ma średnicę fi 11,5 mm. Obudowę wykonano z pięknie wykończonego stopu w kolorze miedzi. Stopy metali, wykonane według potrzeb Cardasa, zostały sprowadzone z Niemiec i USA, a pozostałe elementy z Chin. Wyjątkiem jest membrana, wykonywana na zamówienie w Japonii. Słuchawki okablowane są modelem Clear Light. Kabel łączący z odtwarzaczem jest gruby i dość sztywny – to chyba najcięższy kabel, jaki widziałem w słuchawkach dousznych. Same słuchawki wyglądają pięknie.

Dźwięku tych słuchawek nie da się pomylić z niczym innym. Bas jest tu elementem nadającym całości niepowtarzalny smak (dla porządku – producent właśnie wprowadził na wyposażenie specjalnie, akustyczne filtry, zmniejszające ilość basu – nakłada się je na wyloty słuchawek. Na pewno się przydadzą, chociaż dla mnie cały smak tych konstrukcji polega właśnie na takim, a nie innym wymodelowaniu pasma; wybór należy jednak do użytkownika, za co chwała producentowi!). W kategoriach absolutnych jest go sporo, a góra jest wycofana. I to niezależnie od zastosowanego źródła dźwięku, nie chodzi więc o modyfikacje pasma wynikającą z niedopasowania impedancyjnego. Doskonale słychać, że konstruktorowi chodziło dokładnie o taki efekt. Nigdy, przenigdy, żadne nagranie nie zabrzmi agresywnie, nieprzyjemnie; ani też – płytko i cienko. Dość niespodziewanie korzysta na tym środek pasma. Słuchając nowych nagrań, w rodzaju Random Access Memories Daft Punku (rip 16/44,1, download 24/96) i Electric Music OMD (rip 16/44,1), czy też starych nagrań Yes, dostępnych teraz w HDTracks jako pliki 24/192, na pierwszy plan wychodziły wokale i gitary. Lekko podkreślona wyższa średnica tych nagrań, pokazana właśnie w taki sposób przez odtwarzacz HiFiMANa, z którym wykonałem najwięcej odsłuchów (choć nie tylko – test przeprowadzony został także z referencyjnym wzmacniaczem słuchawkowym Bakoon HPA-21), był obecna, ale gładka. Tak samo bas – mocny, pełny, ale z zaokrąglonym atakiem, równie miękki, jak reszta pasma. To naprawdę zaskakujące, w jak bardzo nie-audiofilski (w sensie „ludzki”) sposób mogą brzmieć słuchawki od producenta z definicji audiofilskiego. Doskonale rozumiem tych, którzy sfrustrowani dążeniem do perfekcji za każdą cenę, wskazują na zatracenie przy okazji „ducha” muzyki, jakby poleganie na „literze” miało wszystko załatwić. Słuchawki Cardasa są przyjemne w słuchaniu i dają dużo radości. Nie są rozdzielcze, nie są selektywne i mają wyraźnie ukształtowany balans tonalny, daleki od „neutralnego”. Mimo to spędziłem z nimi długie godziny w komforcie i bez wyraźnej potrzeby zmiany na coś innego. Jedynym problemem był, jak dla mnie, dość ciężki kabel – ale o tym już pisałem. Cudownie wykonane, świetnie podane, bardzo fajne słuchawki. Mają wysoką skuteczność i zagrają głośno z dowolnym odtwarzaczem, a także ze smartfonami (wypróbowałem z Samsungiem Galaxy S II). To z nimi przydał się genialny regulator siły głosu w odtwarzaczu HiFiMANa – nawet przy bardzo cichym słuchaniu nie było żadnych problemów z balansem kanałów. A z klasycznymi potencjometrami w niemal 100% jeden byłby cichszy.

Producent: Cardas Audio
Cena (w Polsce): 1590 zł (w czasie testu wynosiła: 1450 zł)
Dystrybucja w Polsce: Voice

AKG
K3003
Reference Class 3-Way Earphones

Jeśli chcemy czegoś lepszego, trzeba będzie zapłacić odpowiednio więcej. I sięgnąć po produkt – od tego jednak nie uciekniemy – od specjalisty. Austriacka firma AKG, należąca obecnie do koncernu Harman International, specjalizująca się w mikrofonach i słuchawkach, zaproponowała konstrukcję napakowaną technologiami i tak ambitną, jak mało które słuchawki wokółuszne. To konstrukcja trójdrożna, z hybrydowym systemem – jednym przetwornikiem dynamicznym i dwoma „dual balanced armature”. Przetwornik dynamiczny odtwarza niskie częstotliwości, zaś dwa pozostałe wyższy środek i górę. Ich masę dobrano w ten sposób, że nie są potrzebne filtry elektryczne, podział następuje mechanicznie, a to oznacza brak przesunięć fazowych. Słuchawki mają metalową obudowę, cieniutki, wytrzymały kabel i mogą mieć zamontowany na nim pilot regulujący siłę głosu i zawierający mikrofon do rozmów przez telefon. Można też korygować brzmienie K3003. W tym celu otrzymujemy zestaw akustycznych filtrów, które nakręcamy na wylot słuchawek, skierowany do kanału usznego. Do dyspozycji mamy „Bass Boost”, „Reference Sound” oraz „High Boost”. Choć słuchawki przyszły z tym środkowym, dość szybko wymieniłem filtr na pierwszy, podbijający basy. Choć balans tonalny był wówczas nieco przesunięty w kierunku niskich częstotliwości, to dźwięk miał większy wolumen i znacznie bardziej przypominał to, co słychać z najlepszych słuchawek wokółusznych – dynamicznych Sennheiserów HD800 i magnetostatycznych HiFiMANów HE-6. Wykonanie słuchawek AKG jest fantastyczne, w parze z tym od Cardasa. Detale są nawet lepsze – począwszy od małego, skórzanego (skóra „ekologiczna”) pudełeczka na słuchawki, na dodatkach skończywszy. Widać, za co się płaci. Albo i nie – ostatecznie to tylko maleńkie, douszne słuchawki, kosztujące więcej niż większość „pełnowymiarowych”, wypasionych konstrukcji. Decyzja zależy od tego, jak postrzegamy rzeczy, ich wartość, czy cenimy sobie unikalność i ponadczasowość, czy zależy nam na ekonomii – każde spojrzenie, byle szczere, jest równoważne. Dla mnie AKG to mistrzostwo świata i przedmiot pożądania.

Byłoby tak, niezależnie od tego, jak by zagrały. Ich projekt, wykonanie i opakowanie to przykład sztuki użytkowej wysokich lotów. Tak się jednak składa, że to najlepsze słuchawki douszne, jakie znam i to o kilka długości. Dźwięk jest z nimi bardzo skupiony i pełny. Balans tonalny jest niemal taki sam, jak w dużych słuchawkach nausznych. Najważniejsza jest jednak ponadprzeciętna, zupełnie wyjątkowa rozdzielczość i fantastyczna selektywność. Żaden z tych elementów nie wybija się ponad drugi, nie walczą z sobą, ale się uzupełniają. Bas schodzi bardzo nisko jest dobrze skupiony, ma świetną definicję. Przekaz jest wolny od zniekształceń i przestrzenny. Trudno wskazać elementy, które chciałby się poprawić. I dopiero podłączenie do referencyjnego wzmacniacza magnetostatów HiFiMANa, albo topowych Sennheiserów przywraca proporcje. Pierwsze są jeszcze bardziej rozdzielcze i lepiej różnicują górę pasma. Brzmienie blach perkusji, a także dźwięk np. trąbki jest przez to bardziej „żywy”, bardziej dynamiczny, a przez to bardziej naturalny. Z kolei Sennheisery pokazują większy wolumen dźwięku, a także lepiej definiują najniższy bas. To, co pod tym względem udało się uzyskać w AKG jest imponujące, ale – ostatecznie – da się lepiej. I chyba właśnie na wolumenie i dynamice polegają różnice o których warto w ogóle mówić. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że mówimy o słuchawkach dousznych wszystko to blaknie, zaciera się i nie ma znaczenia, literalnie. Podłączone do wysokiej klasy odtwarzacza przenośnego, takiego jak HiFiMAN HM-901, albo – jeszcze lepiej – do przenośnego wzmacniacza słuchawkowego, jak ALO Audio The Continental v3, będą towarzyszem podróży/wypoczynku, o jakim można tylko pomarzyć. Kosztownym, ale nic w życiu nie przychodzi za darmo. Trzeba jedynie się zdecydować, czy chcemy za to, czy tamto zapłacić tyle i tyle. AKG K3003, jeśli tylko jest taka możliwość i chcemy mieć coś absolutnie topowego, będą jednym z najlepszych wyborów w naszym życiu.

Producent: AKG
Cena (w Polsce): 4199 zł
Dystrybucja w Polsce: RBC

W DROGĘ

Przyznam się, że od kilku lat podczas wakacji nie słucham niczego. Coraz rzadziej słucham też radia w czasie przemieszczania się po mieście. W czasie wyjazdów wypoczywam, podobnie w przerwach między odsłuchami. Kilka godzin dziennie, codziennie, przed kolumnami i z dużymi słuchawkami na uszach w zupełności mi wystarcza. Wiem jednak, że wielu czytelników „High Fidelity” robi dokładnie odwrotnie – większość czasu spędza ze słuchaweczkami na uszach, gdzieś w drodze. I świetnie, dobrze, że się różnimy. Wszystkie przedstawione przeze mnie produkty są właśnie dla nich. Wybrałem je z uwagą, chcąc pokazać, co współczesna technika dla nich przygotowała. A nigdy wcześniej nie byliśmy tak dopieszczani. Odtwarzacze plików, wzmacniacze słuchawkowe i same słuchawki – jest ich teraz więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Można się w tym pogubić, tym bardziej, że obok wyjątkowych produktów są też i przeciętne, a także chłam. Jak mówi bohater Blade Runnera Philipa K. Dicka, J.R. Isidore, „chłam się mnoży i z chłamem trzeba walczyć”. Nigdy z nim nie wygramy, możemy jednak wprowadzić porządek w naszej prywatnej, osobistej przestrzeni. Zarówno odtwarzacz HM-901 HiFiMANa, jak i słuchawki Cardas EM 5813 oraz AKG K3003 spełniają funkcję „oczyszczającą”. Porządkują świat estetycznie, zarówno w roli przedmiotów użytkowych, jak i portali do innego, lepszego świata – świata muzyki.

Jak już kiedyś pisałem, nie trzeba od razu wydawać 10 000 zł, żeby móc cieszyć się z przenośnego audio. Przygodę z przenośnym audio można rozpocząć oczywiście od smartfona i dobrych słuchawek. Bardzo dobrze w takim zestawieniu sprawdzą się słuchawki Cardasa, które nie dopuszczą do irytacji, a zapewnią wysokiej próby skupiony na basie i średnicy dźwięk. I pięknie będą wyglądały. Następny krok zależy od użytkownika – to może być albo wymiana słuchawek na AKG, albo kupno odtwarzacza. Najprostszym wyborem będzie iPod Classic. Ale jeśli chcemy czegoś na miarę high-endu, musimy pomyśleć o czymś w rodzaju HiFiMANa, albo Astell&Kern AK120. Nie ma innego wyjścia. Robi się wówczas poważnie i ciężej niż z komóreczką – odtwarzacze nie są takie małe. A można iść jeszcze dalej. Jeśli korzystamy z przenośnego audio nie w czasie biegu/podróży, a bardziej stacjonarnie, pomyślmy o wzmacniaczu słuchawkowym tego typu – jest ich mnóstwo. Ja od dwóch lat korzystam ze wzmacniacza The Continental. Sprzedaje go pod swoją marką firma AOL Audio, (skądinąd wiadomo, że jego produkcją zajmuje się, znana nam, Synergy HiFi). Zacząłem od wersji V1, teraz mam V3. To wzmacniacz z miniaturową lampą Thomson 6111 na wyjściu, niewielki, poręczny – wielkości HM-901. Wychodzimy z odtwarzacza wyjściem liniowym, wpinamy się do wzmacniacza i podpinamy na jego wyjście słuchawki. Dostajemy w ten sposób znacznie głębszy, mocniejszy, lepiej kontrolowany dźwięk. Żaden odtwarzacz przenośny czegoś takiego nie potrafi. Cena (w USA): 529 dolarów.
Jeszcze więcej? – Proszę bardzo: możemy wziąć ze sobą pełnowymiarowe słuchawki HiFiMANa, np. HE-500 lub HE-400. Do ich przewozu służy, specjalnie do tego przygotowany box, HiFiMAN Travel Case za 159 zł. I tak dostajemy high-endowy system przenośny, który wcale przenośny już nie jest. Ale to paradoks związany z perfekcjonistycznym audio, z audio, które nas interesuje – większy zwykle znaczy lepszy.

„HiFiStatement.net” i „High Fidelity”

Rzuciłem takie hasło w poprzednim wstępniaku, czas je rozwinąć. Począwszy od 1 sierpnia 2013 niemiecki magazyn „HiFiStatement.net” oraz „High Fidelity” nawiązują stałą współpracę w zakresie wymiany materiałów, wspólnych projektów i polityki. Wybrane testy i wywiady obecne w HF dostępne będą teraz w języku niemieckim, a wybrane materiały oryginalnie opublikowane po niemiecku – czytelnikom polskim i anglojęzycznym. Rozpoczynamy od wywiadu z Masaki Ashizawą, szefem firmy Kondo (Audio Note Japan), przeprowadzonego przez Jürgena Saile’a.

„HiFiStatement.net” to stosunkowo nowy projekt, prowadzony jednak przez weterana świata audio, Dirka Sommera. Poznałem go lata temu jako redaktora naczelnego pisma drukowanego „Image HiFi”. Już wówczas łączył jednak pracę redakcyjną ze swoją drugą pasją – realizacją nagrań. I to nagrań szczególnych. Dirk jest bowiem entuzjastą techniki analogowej i wszystkie jego prace rejestrowane są na taśmie analogowej i wydawane na płytach winylowych. W ramach wydawnictwa „Image HiFi” ukazało się wiele fantastycznych tytułów, wśród nich reedycje nagrań Berta Kaempferta (seria „Forty-Fice”) oraz specjalna płyta testowa Vinyl Essentials. O kłopotach z niemieckim rynkiem wydawniczym coś niecoś dowiedzieliśmy się z wywiadu, który przeprowadziłem z Caiem Brockmannem obecnie redaktorem naczelnym pisma, “FIDELITY”, a poprzednio… kolegą Dirka z „Image HiFi” (czytaj TUTAJ). Ponieważ jednak miałem taką możliwość, zapytałem u źródła, czyli Dirka – odpowiedź znalazła się w wywiadzie z nim, do poczytania w tym numerze „High Fidelity”. Dirk, oprócz prowadzenia pisma, wciąż jest aktywnym realizatorem nagrań, a teraz także wydawcą. Odchodząc z „Image…” założył swoją własną wytwórnię, Sommelier Du Son. Otrzymałem od niego jedną z najnowszych płyt, krążek White Horses Ingi Rumpf. Niesamowite nagranie i świetna muzyka! Podwójny album wydano na winylu 180 g w ramach serii o nazwie Triple A Series, mówiącej sama za siebie. Mamy z Dirkiem w planach kilka wspólnych działań, zobaczymy, co z tego wyjdzie, jestem jednak dobrej myśli. Żyjemy w naprawdę ciekawych czasach!

„High Fidelity” współpracuje z pismami:
„6moons.com”, „EnjoyTheMusic.com”, „Positive-Feedback.com” oraz „HiFiStatement.net”
Jesteśmy jedynym polskim pismem audio ukazującym się także w języku angielskim.


Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

enjoythemusic linia positive-feedback linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM