pl | en

No. 88 sierpień 2011
SUPER AUDIO CD – TAKA PIĘKNA KATASTROFA

„A więc zaczęło dopadać mnie tutaj wrażenie z krajów, które lepiej radzą sobie z budową autostrad; że przesuwam się przez kraj, o którym nie dowiem się nic, że nie mam czasu go dotknąć i powąchać, a za zboczem wyrasta niewidzialna szyba z pleksi. Prawdziwe życie jest gdzie indziej, dalej, my pasażerowie coraz lepszych fur nie mamy czasu go kontemplować, może kiedyś, może innym razem, gdy czas nie będzie poganiał pejczem. Nie dziś i nie jutro. Dzisiaj przeskakujemy pomiędzy Krakowem a Wrocławiem jak po moście zawieszonym wysoko nad przepaścią. Brakuje czasu na drogi podrzędne. Wystarczy jednak niewielki skok w bok, zjazd z autostrady i już zaczynają się cuda.”

To Michał Olszewski z Zapisków na biletach (Warszawa 2010), zbioru reportaży z wypraw redaktora „Gazety Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego”, w których zawarł pochwałę „bocznych” szlaków, wolnego rytmu poboczy, zagubionych w czasie i przestrzeni wiosek i miejsc. Pochwała tego, co „obok” głównego nurtu. Stawiając kroki w miejsce śladów chociażby Stasiuka i jego Dojczlandu (Wołowiec 2007), czy Jadąc do Babadag (Wołowiec 2004) przeciera także swoje własne szlaki. Tak, to zdecydowana pochwała braku jasnej drogi i drugorzędności oraz peryferyjności. Przeszłości – niedalekiej, wciąż dogorywającej, ale jednak przeszłości.
Lubię tego typu literaturę, zanurzam się w nią momentalnie, bo znam te klimaty z autopsji. Przez osiem lat mieszkałem o rzut beretem od Czarnego, w którym swoje leże – już po moim wyjeździe – uwił sobie Stasiuk. A jeszcze kilkanaście lat temu sam tak podróżowałem, zatracając się z przyjaciółmi na całe dnie i tygodnie w Bieszczadach. Odkrywając pozostałości po cerkwiach, po sadach, wczytując się w mapę, na której gęstymi, brązowymi kreskami, odtwarzającymi przedwojenne zaludnienie, na tle nielicznych, czarnych maźnięć nowych osiedli, wyłaniał się nieistniejący świat.
Tak, wciąż lubię takie książki. Ale teraz, raczej, czytać. Teraz wolę jechać autostradą. Wybieram siedzenie w swoim domu, który uwielbiam. Myślę, że już odkryłem, co miałem odkryć. Stąd – autostrada, a nie wyboista, boczna droga, która asfalt widziała tak dawno, że trzeba by przekopać powiatowe archiwum, żeby fakt jego położenia w ogóle potwierdzić.

Przywołuję Olszewskiego z agendą w głowie: ta jego fascynacja tym, co poboczne jest fantastycznym znakiem innych fascynacji, także w świecie audio. Przypomnijmy sobie chociażby nurt „vintage”, tuby, lampy, a także formaty takie jak Long Play czy – w znacznie większej mierze – Super Audio CD.
I myślę, że nie popełniam w ten sposób nadużycia – ostatecznie to format, który dla wielu jest ostatnim prawdziwym „analogowym” projektem; projektem, dodajmy, nieskończonym. Tak, nie mylą się państwo – właśnie projektem „analogowym”. A w świecie cyfry „analog” to synonim „przeszłości”.
Jak się wydaje SACD był/jest (proszę wybrać samemu) formatem, który miał zastąpić Compact Disc po to, żeby powrócić do analogowych korzeni. SACD miało z założenia brzmieć jak analog. Pamiętam dobrze, że nawet sposób jego dekodowania porównywany był do analogu – mówiło się, że brak filtrów decymacyjnych, prosty filtr analogowy na wyjściu itp. prowadziły do analogowego dźwięku. Przesadzam? Przywołam fragment oryginalnej broszury Sony Super Audio Compact Disc, Eliciting the full Performance of Music, promującej nowy wówczas format:
„Super Audio Compact Disc jest spełnieniem audiofilskiego marzenia: precyzji cyfrowej reprodukcji połączonej z pełnią ciepła i przestrzeni dźwięku analogowego. Sekret leży w kodowaniu Direct Stream Digital. To jednobitowy, taktowany z prędkością 2,8224 MHz (64 fs) sygnał dający, ni mniej ni więcej, tylko astronomiczny skok rozdzielczości.”
Fragment ten przywołuje także Teresa Goodwin, niestrudzona popularyzatorka SACD, dziennikarka „Positive-Feedback OnLine” w jednym ze swoich artykułów (New Poll, TUTAJ), idąc jeszcze dalej, dodając, że generalnie preferuje SACD, a nie formaty analogowe, chociaż, jak mówi: „celem SACD było właśnie przekonwertowanie analogowych wyznawców (do których ona sama się zaliczała), którzy odrzucali zimny, analityczny niekomfortowy dźwięk CD, na inny cyfrowy format (SACD).” I dalej: „Jeśli chodzi o dźwięk, tak uważam, Sony się to zamierzenie powiodło, mogło tak być, gdyby nie to, że większość ludzi, którzy kochali analog ani nie dało SACD szansy, ani nawet nie słyszało tego formatu.”

Tak, Super Audio CD (SACD, Super Audio Compact Disc) miało być czymś wielkim, miało połączyć nowe ze starym; wykorzystać zalety, jakie dają cyfrowe nagranie, kodowanie i odtwarzanie, zachowując to, co w analogu najważniejsze – niezrównaną barwę i wysoką dynamikę, zachowując życie – to życie, o którym mówił Olszewski, które można spotkać już tylko na bocznych, zapomnianych drogach. Bo SACD to projekt skazany na głęboką niszę, a najprawdopodobniej na powolne zanikanie.

A przecież początkowo wydawało się, że to format przyszłości, zaś wsparcie gigantów audio w postaci Sony oraz Philipsa (a więc także Marantza, który wówczas w większej części należał do tego holenderskiego koncernu) mogło dobrze rokować. Co więcej – wprowadzenie odtwarzania SACD do specyfikacji najpierw PlayStation 3, a potem Blu-raya wydawało się pieczętować sukces tego formatu. Nic takiego się jednak nie stało – powolne wycofywanie się Sony ze świata audio wysokiej jakości, zmiana Philipsa w producenta przede wszystkim AGD, nieprzemyślana polityka dotycząca komputerów i DSD spowodowały, że jest jak jest.



A jak jest? Ano format jest niszą, formatem nieujmowanym w raportach firm monitorujących sprzedaż muzyki. Przeżywa za to swój rozkwit w Japonii. Świadczą o tym nie tylko wciąż nowe urządzenia od Accuphase’a, Luxmana, Esoterica, Marantza, Denona i innych, a także nowa inicjatywa – płyty SHM-SACD. Bazując na pomyśle SHM-CD, a więc zastosowaniu specjalnego plastiku zamiast polikarbonatu oraz specjalnej, bazującej na srebrze, warstwy odbijającej światło lasera, oferuje jakość z płyt SACD, która została powszechnie zaprzepaszczona przez… płyty hybrydowe. Dla porządku przypomnę, że płyta SACD może występować w trzech formach – jako płyta jednowarstwowa, z warstwą wysokiej rozdzielczości SACD (stereo/mono oraz/lub wielokanałową) jako płyta dwuwarstwowa SACD (pomysł nigdy nie zrealizowany) lub jako płyta hybrydowa, z dodatkową warstwą CD. Te ostatnie miały być sposobem na łagodne przejście między starymi CD i nowymi maszynami, miały zapewnić kompatybilność „w dół” między tymi technologiami. Tyle, że na tym etapie poprzestano.
A przecież pierwsze płyty SACD wydawane przez Sony były jednowarstwowe. Dlaczego? Ano dlatego, że taka płyta jest znacznie lepiej odtwarzana. W płycie hybrydowej trzeba skleić dwie płyty – CD i SACD, a warstwa SACD musi być „przezroczysta” dla lasera – z tyłu ma kolejną warstwę odbijającą. I właśnie z tego powodu płyty SHM-SACD są jednowarstwowe, z zieloną farbą pokrywającą je od strony nadruku.

Dobrze, to by było, tak pokrótce, na tyle ogółów. Moje doświadczenia z tym formatem są trochę pokręcone. Problem w tym, że słyszałem wiele taśm-matek, zarówno analogowych, jak i cyfrowych, w studio. Ani winyl, ani żadne domowe medium cyfrowe nie powtarzało tych doświadczeń. Na szczęście po jakimś czasie technologia związana z PCM, zarówno w formie CD, jak i plików wysokiej rozdzielczości, dojrzała jednak na tyle, żeby słuchanie muzyki za jej pośrednictwem sprawiało radość, także mnie.
Z kolei odtwarzacze SACD, bazujące na napędzie DVD, poświęcały część jakości CD na korzyść SACD. Co więcej – niewiele realizuje cele, jakie przed nimi postawiono, tj. płyty SACD wcale nie grają – jak dla mnie – o tyle lepiej niż ich wersje CD grane na odtwarzaczach CD za porównywalne pieniądze, żeby nagle, hurraoptymistycznie, przeskoczyć na „gęsty” format. Tym bardziej, że oferta muzyczna jest w nim poważnie ograniczona.
Z drugiej strony nie mogę przejść obojętnie nad tym, co stanowi clou wypowiedzi zwolenników tego formatu – nad swego rodzaju „analogowością” brzmienia. To jest dostrzegalne zawsze i wszędzie, pod warunkiem, że sygnał DSD (a więc sposób zapisu na płytach SACD) nie jest konwertowany do PCM (system zapisu na CD i dostępnych obecnie plików wysokiej rozdzielczości). To jest miękki, gładki, płynny dźwięk, rzeczywiście powtarzający część zalet analogu.
Myślę więc, że po prostu nie poświęciłem temu formatowi wystarczająco dużo czasu i nie słyszałem jeszcze większości czołowych urządzeń firm Playback Design, Esoterica, nowego systemu Accuphase DP900/DC901, nowych odtwarzaczy dCS-a, czy topowego Soulution 740. Na szczęście ten ostatni za jakiś czas do mnie trafi, więc będę mógł powiedzieć, co i jak.

  

Paradoksalnie, ale w uratowaniu „projektu SACD” główną rolę może odegrać… komputer. Po raz pierwszy jest bowiem możliwe zapisanie oraz wysłanie plików DSD na zewnątrz komputera łączem USB. Pierwsze podejście wykonała firma Playback Designs z przetwornikiem D/A MPD-3, akceptującym strumień DSD do 6,1 MHz. Sygnał odtwarzany jest z komputera za pomocą programu Pure Music firmy Channel D. A plików DSD zarejestrowanych w studiach jest zaskakująco dużo.
Jednym z potencjalnych źródeł jest firma Fidelio Musique, o której pisałem w poprzednim wstępniaku. Jak pisze René Laflamme, odpowiedzialna za dźwięk w tej firmie, będzie oferowała DSD i DXD (format pokrewny) na Master Flashu, ale musi jeszcze chwilę poczekać. Ważne, że ma mastery w obydwu formatach. Na pojawienie się ich trzeba będzie poczekać do 2012 roku. Także analogowe mastery będzie transferowała do DXD, musi jednak najpierw je właściwie odtworzyć – ma do tego służyć stary magnetofon Ampexa, z konwerterem A/D dCS 905 Podobne plany ma sporo innych, niewielkich firm. O tym, że Sony zrobi podobny krok nie ma jednak co marzyć, przynajmniej jeszcze nie teraz. Ostatecznie główną zaletą formatu SACD dla wielu firm płytowych była jego odporność na przegrywanie, a więc brak współpracy z komputerem. Pliki DSD dostępne w sieci to ich senny koszmar. Ale, kto wie… Ostatecznie Super Audio CD to taki piękny projekt – szkoda, żeby zniknął.

Wojciech Pacuła
redaktor naczelny



Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Foto

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia enjoythemusic linia hifistatement linia

ZDJĘCIA TESTOWANYCH URZĄDZEŃ WYKONYWANE SĄ PRZY UŻYCIU SPRZĘTU FIRMY



UŻYCZONEGO PRZEZ FIRMĘ



Aparat cyfrowy:
Canon EOS 5D MkIII

Obiektywy:
EF-16-35/L II USM
EF 100 mm 1:2.8 L IS USM