pl | en

No. 94 luty 2012

wACTAlizm w sieci

Sekwencja poprzedniego tygodnia, z mojego punktu widzenia, była taka: w poniedziałek oglądam program Lis na żywo Tomasza Lisa (21.01.2012, TVP1; do oglądnięcia TUTAJ), w którym dość ostro ze sobą rozmawiają panowie Zbigniew Hołdys (muzyk i felietonista) oraz Jarosław Lipszyc (Fundacja „Nowoczesna Polska”). Przez cały tydzień czytam o TYM w prasie. W czwartek mój syn bierze udział w proteście przeciwko TEMU – wzięło w nim udział prawie 15 000 osób (podaję za „Gazetą Wyborczą”; TUTAJ). W sobotę ambasador Polski, pani Jadwiga Rodowicz podpisuje umowę. Umowę ACTA (do poczytania i oglądnięcia TUTAJ).

ACTA (Anti-counterfeiting trade agreement) to międzynarodowa umowa o ochronie własności intelektualnej, układ między Australią, Kanadą, Japonią, Koreą Południową, Meksykiem, Maroko, Nową Zelandią, Singapurem, Szwajcarią i USA, do którego dołączyła również Unia Europejska. Jak czytamy na stronach Polskiego Radia (TUTAJ) nazwę można przetłumaczyć jako "porozumienie przeciw obrotowi podróbkami", dotyczy jednak ochrony własności intelektualnej w ogóle, również w Internecie.
Umowa w krótkim czasie stała się powodem gwałtownych protestów na całym świecie, także w Polsce, gdzie niemal codziennie na ulice miast wychodzą ludzie protestujący przeciwko niej. Dlaczego? Co jest w niej takiego, że wzburzyła tak wielu ludzi? Czy nie chcemy żyć w kraju, w którym respektuje się własność intelektualną? A może wszyscy jesteśmy złodziejami?
Odpowiedzi na to pytanie jest, niestety wiele, i – znowu: niestety – są one często równoważne. Nie ma chyba jednej, spójnej wykładni tego problemu. Dlatego tak ważne jest, żeby spróbować na nie odpowiedzieć indywidualnie, ale w prawdzie przed sobą, spróbować zastanowić się, jakie jest NASZE, konkretnie nasze zdanie na ten temat.

ACTA, jak wiadomo, dotyczy regulacji prawnych związanych z szeroko pojętymi prawami do własności intelektualnej, z naciskiem na rozpowszechnianie w Internecie. Dotyczy mnie to osobiście – od dziewięciu lat publikuję w Sieci piane przeze mnie teksty, wykonywane przeze mnie zdjęcia i grafiki, wykorzystuję swoje pomysły dotyczące konkretnych rozwiązań. Widziałem je wszystkie – przede wszystkim zdjęcia – wykorzystywane dziesiątki razy, najczęściej na portalach aukcyjnych i społecznościowych. Wiele razy dystrybutorzy i sklepy audio zabierali moje zdjęcia i teksty bez mojej wiedzy i tym bardziej bez pozwolenia. Często czytam dziwacznie wykręcone teksty, albo ich fragmenty, zmienione dla niepoznaki, podpisane czyimś nazwiskiem, a mające źródło w tym, co wcześniej napisałem. To wszystko jest pogwałceniem moich praw i w znacznej mierze kradzieżą. Ale nie wszystko to jest złodziejstwem, choć wedle obecnie obowiązujących przepisów takim się wydaje, a nowa umowa ma to przyklepać na amen. ACTA w znacznej mierze ten stan prawny usztywniają, doprowadzają do absurdu. A tak być nie powinno.

Problemem jest bowiem pojęcie „własności” w świetle XXI wieku i praw Sieci. Mam wrażenie, że w dużej mierze te dwie sfery nie przystają do siebie, że już dawno tradycyjne rozpoznanie tego, co jest „moje”, a co należy do domeny publicznej rozjechało się z praktyką. I jestem daleki od tego, żeby wszystkich poruszających się w nowym świecie wrzucać do jednego worka z klasycznymi złodziejami.
Myślę, że czas najwyższy zastanowić się nad tym, co to jest „dopuszczalne użycie”, jakie są jego granice. Jak dla mnie mogłoby to być użycie jakiegokolwiek opublikowanego fragmentu pisanego, zdjęcia, grafiki itp., dopóki wyraźnie byłoby podane źródło zapożyczenia, link, tytuł, cokolwiek. W pewnej mierze przypominałoby to zasadę cytatu w literaturze naukowej. A, jak wiadomo, cytat to plagiat z podaniem źródła… Musiałoby to być jednak obwarowane ograniczeniem – taki cytat można by wykorzystać przede wszystkim w celach niekomercyjnych.
I tu kolejny problem – co jest „niekomercyjne”? Czy jeśli mam u siebie link do kogoś, kto za to rewanżuje się linkiem do mnie, czy to jest „komercja”? Czy jeśli mam na blogu jakiś baner, to jest to komercja? Czy wreszcie cytowanie fragmentu testu – mówię teraz bezpośrednio o przypadku „High Fidelity” – na stronie dystrybutora jest dopuszczalne?

To ostatecznie bezpośredni sposób na komercyjne wykorzystanie czyjejś pracy. I to tylko pierwsze z brzegu przykłady. A są też znacznie bardziej skomplikowane. Dlatego stoję na stanowisku, że należy rozluźnić gorset własności intelektualnej. Przede wszystkim przez poszerzenie zakresu dopuszczalnego użycia, ale i przez skrócenie czasu ochrony prawnej. Nie może być tak, że trzeba czekać na to 50 lat i więcej! Prawdopodobnie najsensowniejsze byłoby też przemyślenie modelu funkcjonowania firm płytowych, filmowych, gier komputerowych. Im bardziej wszyscy z nimi związani starają się uchronić swoją własność, tym większy czuć wobec tego sprzeciw. Śmiały ruch grupy Radiohead, która pozwoliła płacić za swoją płytę tyle, ile ktoś chce, albo ściągnąć ją nawet za darmo, nie jest zbyt dobry, bo – krótko mówiąc – rzecz dotyczyła zamożnych ludzi, znanej grupy itp. Ale, tak to jakoś czuję, to krok w dobrą stronę, w stronę postawienia (to dotyczy muzyki) na występy na żywo, na spontaniczne nagradzanie przez uczestników tej „gry”.

Tak, zacząłem od jednej strony medalu – ACTA w jakiejś mierze ma uchronić twórców przed kradzieżą. Z drugiej jednak strony mocno ingeruje w wolności obywatelskie. I cokolwiek mówiłby o tym Zbigniew Hołdys, z którym zresztą w wielu sprawach się zgadzam, niezależnie od tego, jak bardzo chciałbym wierzyć przesympatycznemu ministrowi Michałowi Boniemu, to z historii i doświadczenia wiem, że wszystkie tego typu ograniczenia i regulacje prowadzą prędzej czy później do ograniczenia moich praw. Im więcej regulacji, tym mniej praw, to chyba jasne.





I dlatego protest przeciwko ACTA jest z tego punktu widzenia zrozumiały. Nie może być tak, żeby prywatna firma stała „obok” prawa i przejmowała jego kompetencje, a tak może (podkreślam: może) się stać po ratyfikowaniu tej umowy.



No i jest jeszcze jeden aspekt sprawy, który wywołuje moją największą wściekłość: wykluczenie z dyskusji. Mogą sobie poszczególni ministrowie, premier i ktokolwiek inny tłumaczyć, że tekst był dostępny i nie konsultowali go z nikim, bo nikt nie był zainteresowany – to jawny przejaw arogancji władzy. Co to znaczy, że nie było zainteresowanych? To znaczy, że nikt ze strony rządu nawet nie spróbował wywołać dyskusji, nie widział w ACTA żadnego problemu.
A do tego kuriozalne tłumaczenie, że podpisujemy bez mydła, a dyskutować będziemy przed ratyfikacją! A nad czym, pytam, będziemy dyskutowali? Po podpisaniu zmiana brzmienia tego aktu prawnego jest niemożliwa! Najgłupsze, co słyszałem, to tłumaczenie, że teraz podpisaliśmy, a czas do ratyfikacji potrzebny jest po to, żeby przekonać do tego internautów. Arogancja w czystej postaci.

Jakie jest więc moje stanowisko w tej sprawie? Myślę, że regulacje dotyczące Internetu, przede wszystkim w zakresie ochrony własności intelektualnej są potrzebne. I pod tym względem ACTA mogło spełnić pozytywną rolę. Tyle, że sposób rozumienia „własności intelektualnej” i zakres jej ochrony jest w tym dokumencie absolutnie archaiczny. I mówię to przede wszystkim jako „wytwórca”, człowiek aktywnie tworzący. Poza tym powiązano to z opresyjnym charakterem kontroli. No i wreszcie – sposób, w jaki nam toto „sprzedano” jest oburzający.
Dlatego, pomimo że zgadzam się ze Zbigniewem Hołdysem co do tego, że złodziejstwo trzeba ścigać i karać, jestem przeciwko ACTA, bo błędnie identyfikuje złodzieja. Chciałbym, żeby powstał dokument odzwierciedlający współczesny stan rzeczy, a nie tylko interesy dużych koncernów. Chciałbym, żeby ochrona nie była pełzającym ograniczeniem mojej wolności. Bo jej ograniczenie zawsze prowadzi w końcu do przemocy. A tego chciałbym uniknąć za wszelką cenę.

I na sam koniec – nic, co napisałem powyżej nie jest nowe w tym sensie, że większość tych poglądów gdzieś już słyszałem, gdzieś przeczytałem. Nie w tym układzie, nie w takim zestawieniu, ale jednak. Czy to czyni ze mnie złodzieja?

Wojciech Pacuła
Redaktor naczelny



Kim jesteśmy?

Współpracujemy

Patronujemy

Nasi autorzy publikują teksty w magazynach: „Enjoy the Music.com”, „Positive-Feedback.com”, „HiFiStatement.net” oraz „Hi-Fi Choice & Home Cinema. Edycja Polska”.

"High Fidelity" jest miesięcznikiem poświęconym zagadnieniom wysokiej jakości dźwięku. Pismo ukazuje się nieprzerwanie od 1 maja 2004 roku. Do października 2008 roku nosiło tytuł "High Fidelity OnLine". W listopadzie 2008 roku zostało zarejestrowane pod nowym tytułem.

"High Fidelity" jest magazynem internetowym, tj. ukazuje się wyłącznie w sieci. Od kilku lat publikujemy materiały zarówno w języku polskim, jak i angielskim - te można czytać TUTAJ. Dzięki tym ostatnim docieramy do czytelników na całym świecie - statystyki pokazują, że czytają nas ludzie w niemal każdym kraju na świecie.

Raz w roku drukujemy jeden, wybrany test - ten unikatowy, kolekcjonerski druk otrzymują odwiedzający wystawę Audio Show w listopadzie każdego roku.

"High Fidelity" należy do dużej rodziny światowych pism internetowych, współpracujących z sobą na różnych poziomach. W USA naszymi partnerami są: „EnjoyTheMusic.com” oraz „Positive-Feedback Online”, a w Niemczech „HiFiStatement.net”. Przez lata recenzje ukazywały się także w piśmie "6moons.com" (Szwajcaria).

Jeśli chcą państwo skontaktować się z którymś z naszych autorów, prosimy wybrać odpowiedni e-mail z zakładki KONTAKT.

positive-feedback linia hifistatement linia Net Audio


Audio Video show


linia
Vinyl Club AC Records
linia
Audio Video show