pl | en

FELIETON
X Plichtowskie Spotkanie Soniczne,
czyli „PSS Społem”

POKAŻ KOTKU CO MASZ W ŚRODKU...

Czyli o puszce Pandory, kotach w worku i innych aspektach audio

www.wkaudio.com

Poznań/POLSKA


FELIETON

Tekst i zdjęcia: Witek Kamiński

No 197

1 września 2020

PLICHTOWSKIE SPOTKANIA SONICZNE powstały w formie żartobliwego nawiązania do Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego. Grupę tworzą przyjaciele spotykający się w swoich domach i słuchający muzyki. Przewodzi im Witek Kamiński, właściciel firmy WK Audio.

Świat audio jest pełen paradoksów. Podróż po nim to jak przejażdżka kolejką górską w lunaparku – z góry na dół, z góry na dół. I, co gorsze, nigdy nie wiemy, czy tor na który właśnie wjeżdżamy na pełnym gazie, nie okaże się akurat pułapką rodem z Indiany Jonesa.

Już sama budowa systemu audio może niejednego przysporzyć o zawrót głowy, a nawet wpędzić w depresję. W grę często wchodzą przecież spore pieniądze. Co wybrać, jak zestawić, czy to ze sobą zagra, czy się nie pokłóci – i tak w nieskończoność. Coraz droższe elementy toru audio, coraz bardziej rozbudowane systemy. Zasilanie, antywibracja, specjalne akcesoria mające na celu ściąganie białej energii prosto z czarnych dziur, hen z dalekiego kosmosu.

I kiedy już to wszystko mamy, mozolnie i latami budowane, włączamy swoją ulubioną płytę, i – nie gra! Jakoś tak sucho, jakoś tak ostro i jazgotliwie, coś tam piszczy zamiast trąbić i stuka zamiast bębnić. Kolejna płyta i znów to samo, albo jeszcze gorzej. Mamy wrażenie, że właśnie otworzyliśmy puszkę Pandory. A miało być tak pięknie – w samochodzie przecież „zawsze tak fajnie grało”…

| O tym, jak wino i audio się łączą

I co dalej? Ano z audio jest też trochę tak jak z winem. Jak człek jest młody, to każde czerwone i wytrawne smakuje tak samo, czyli źle – ale fan jest, bo nieźle kręci. Dla tego pije się głównie słodkie, lub raczej posłodzone, aby lepiej „wchodziło”. Z czasem odkrywa się, że cukier, poza swoimi wszelakimi zaletami, z gruntu rzeczy jest nudny, bo jedynie słodki, a smak się z biegiem lat wyostrza i zaczynają się poszukiwania czegoś, co jest bardziej wyrafinowane. Ta ścieżka jest również pełna min i ślepych odnóg. Tyle, że wiedza i wytrwałość dają w końcu pełną satysfakcję z obcowania z dobrym trunkiem. Mimo że dla laika każda butelka czerwonego wina wygląda tak samo, pomijając stronę estetyczną etykiety.

Dobry zestaw audio jest jak nasze kubki smakowe. Tak jak my po latach picia wina bez trudu odróżnimy szlachetny trunek, pełen bukietu i wyrafinowanej kwasowości od palącego w usta octu, tak samo nasz system, dzięki wysokiej rozdzielczości i umiejętności różnicowania, odsieje źle zrealizowane płyty pełne szumu i kompresji.

W mocy pozostaje jednak pytanie, „co dalej?” Czy w związku z tym, że mamy nareszcie świetny system audio, mamy zrezygnować z naszej ulubionej muzyki i słuchać jedynie „audiofilskich” wypocin? Czy też może dalej rujnować swój budżet na bardzo drogie, kolejne edycje tych samych płyt spod znaku „2K, 3K, 4K”, i tak dalej? W końcu będziemy w stanie każdą z nich zaśpiewać obudzeni o drugiej w nocy – moim zdaniem obie drogi prowadzą donikąd. Tak jak Francuz idzie kupić butelkę wina „uzbrojony” w wiedzę w postaci trzymanej w portfelu tabeli roczników win (tableau des millésimems), tak my kupując płytę musimy mieć świadomość, które jej wydanie jest lub było najlepsze, bo inaczej kupujemy przysłowiowego kota w worku. I dotyczy to nie tylko płyt LP, ale również, w nie mniejszym stopniu, płyt CD.

| O tym, że płyta płycie nierówna

To, że różne wydania płyt CD różnie grają (SHM-CD, Platinum SHM-CD, XRCD2, K2HD, HQCD, Blu-spec CD, BSCD2, MFSL) to już każdy audiofil i meloman wie. Toż to przecież sam Naczelny nie raz i nie dwa razy o tym już pisał i nawet w diagramach przedstawiał, jakimi aspektami dźwięku się one różnią (więcej w artykule Compact Disc – oczywiście, że tak! Ale jaki?).

Różnice pomiędzy wydaniami płyt są oczywiste, chociażby dlatego, że część z nich z nich posiada inny sposób obróbki natywnego materiału muzycznego, inny master, inny materiał z którego zrobiona jest sama płyta. Więc po co o tym znów pisać?
Niecierpliwych uspokajam, nie o tym będzie. Podam przykład i znów dla niektórych od czapy, czyli z tematów niskoprocentowych spirytualiów o których już było, czyli dla odmiany będzie o winie... ( czerwonym). Dlaczego za każdym razem, kiedy jestem we Francji i idę do dowolnego Supermarché, takiego naprawdę bez żadnych ambicji i kupuję dość przypadkową butelkę wina za 5-7 Euro, to ono zawsze dobrze smakuje?

Albo, na przykład, dlaczego WW Passat w Niemczech się nie psuje? Czyżby produkty na te rynki były inne? O, i jeszcze mam inny świetny przykład! Dlaczego w sklepach „Chemia z Niemiec” sprzedają taki sam proszek, co w Polsce, tylko dwa razy droższy? Czyżby kupowali go tylko ci, którzy – jak mówiła reklama MM – są idiotami? Odpowiedź na te pytania jest bardzo prosta: różne rynki wymagają różnej jakości produktów. Nikt Francuzowi kiepskiego wina nie wciśnie, a Niemcowi psującego się Passata.

I, jak za chwilę pokażemy na przykładzie płyt CD, ta sama zasada obowiązuje również w kwestii pochodzenia płyty. Te same tytuły wydane na rynek europejski, do USA, czy też w Japonii brzmią diametralnie inaczej.

Miejscem naszego kolejnego spotkania z cyklu PSS-Społem był tym razem nowootwarty salon audio w Poznaniu - HT AUDIO. Jarek Kaźmierczak, jego właściciel, z ogromnym zaangażowaniem przystał na propozycję zorganizowania PSS u niego, ale również z dużą dozą nieufności w stosunku do rzeczonego przedmiotu eksperymentu. Potem zmienił zdanie.

| O tym, kto w spotkaniu wziął udział

⸤ Pan Jarosław Kaźmierczak, właściciel nowego, poznańskiego salonu HT AUDIO

JAROSŁAW KAŹMIERCZAK – właściciel firmy Hardsoft-Telekom w Poznaniu, biznesmen ale również od lat zapalony pasjonat audio. To właśnie z jego pasji zrodziła się firma audio HT AUDIO, za pomocą której Jarek postanowił podzielić się swoim sposobem patrzenia na muzykę i dźwięk z szerokim gronem odbiorców, zwany dalej JK (dobrze, że nie JFK...).

MIREK – najstarszy (nie wiekiem, lecz stażem) i najwytrwalszy klient strategiczny salonu HT AUDIO zwany dalej M (‘M’, jak: ‘miłość’),

RAFAŁ z Nowego Tomyśla (jak widać na zdjęciu człowiek wydobyty z otchłani głębokiego średniowiecza), pracownik salonu HT AUDIO, człowiek związany z branżą audio przez całe swoje zawodowe życie, zwany dalej RNT ( dla wybranych, bliskich przyjaciół TNT...).

MAREK MOCZKOWSKI - z wykształcenia informatyk ale od zawsze elektronik i zapalony krótkofalarz. Z dziedziną audio ma raczej nie wiele wspólnego, ale lubi słuchać – jest u mnie na „testach” nowego sprzętu od momentu kiedy kupiłem w ’90 r pierwszy CD Fonica, czyli od początku. Marek był zawsze delikatnie mówiąc „dobry” z fizyki..., zwany dalej MM (...nie MC...).

ALEKSANDRA SUMOROK – doktor nauk technicznych, historyk sztuki, specjalista w dziedzinie Stalinowskiej Architektury i Sztuki okresu Realizmu Socjalistycznego. Audio się raczej, jak większość kobiet, nie interesuje. Z największą przyjemnością słucha...ciszy, o którą u nas w domu ciężko... ;-). Zwana dalej AS ( as, bierze raz...).

WITEK KAMIŃSKI – czyli „mła” ( zapis fonetyczny – przypis redakcja ) - z zawodu architekt, właściciel WK AUDIO. Słucham jak muszę i jak nie muszem...ale nigdy nie chcem ale muszem. zwany dalej WK ( wielce koleżeński...).

BECIK – owoc mych lędźwi, słucha od stadium komórki, bo wtedy dużo testów robiliśmy i nie miał wyjścia, aż polubił. Teraz nie ma już odwrotu i ma już swój pierwszy sprzęt w pokoju!

Bliżej nieokreślona istota zwana w języku martwym SPIRYTUS, ulokowana w różnym stężeniu w napojach, które człowiek musi spożywać w celu podtrzymania podstawowych funkcji życiowych organizmu... Nie wyrażała bezpośrednio opinii na temat dźwięku, lecz miała zdecydowany wpływ (czysto naukowy) na obniżenie naukowości naszych... tym razem nie obecna, bo spotkanie na wyjeździe.

| Sprzęt grający – Poznań

  • Wzmacniacz EINSTEIN THE TUNE
  • Odtwarzacz CD C.E.C. CD-5
  • Kolumny GAUDER AKUSTIK ARCONA 60 MkII
  • Kable zasilające WK AUDIO The Air
  • Listwa rozdzielająca FURUTECH e-P60E R
  • Interkonekt ORGANIC AUDIO Original
  • Kable głośnikowe ORGANIC AUDIO Original
  • Stolik NEO High End Tripod Light

| Płyty użyte w testach

|1| MADONNA, Ray of light, Warner Bros. WB 9362-46847-2 (Made in USA), 9362-46847-2 WE 852 (Made in Germany)
|2| DIRE STRAITS, Brothers in arms, Vertigo 9871498, SACD/CD (Made in EU), Vertigo/Mercury 42282 44992, SBM CD (Made in EU), WB 9 25264-2 (Made in USA)
|3| MILES DAVIS, Kind of blue, Columbia/Legacy 01-064935-10 (Made in Austria), Sony Records SRCS 9104 (Made in Japan)
|4| PINK FLOYD, A momentary lapse of reason, Columbia CK 40599 DIDP 070659 (Made in USA ), CBS/Sony Records 32DP 820 (Made in Japan)
|5| JOÃO GILBERTO & STAN GETZ, Getz/Gilberto, Verve/MGM Records V6-8545, 314 521 414-2 (Made in USA), Mobile Fidelity Labs. MFSL UDCD 607, gold CD (Made in USA)
|6| ENYA, Shepherd moons, Reprise Records/Warner Music 9 26775-2 (Made in USA), WEA/Warner Music WMC5-450 (Made in Japan)
|7| PINK FLOYD, Wish you were here, Harvest CDP 7 46035 2 (Made in Holland), Columbia CK 33453 (Made in USA)
|8| DIRE STRAITS, On every street, Vertigo/Mercury 510 160-2, SBM CD (Made in EU), Vertigo PHCR-1120 (Made in Japan), Warner Bros. WB 9 26680-2 (Made in USA)

Testów dokonywaliśmy w systemie A/B, czasami dla potwierdzenia zaobserwowanych spostrzeżeń A/B/A.

| ODSŁUCH

|1| MADONNA Ray of light

RNT: Krótko mówiąc, wydanie amerykańskie to dźwięk otwarty swobodny z dużą ilością powietrza. Wydanie europejskie brzmiało jak na „bumboksie”, dźwięk cofnięty do głośników, podbity bas, nieprzyjemnie.
M: Zapamiętałem bardziej wrażenia niż detale. W wersji USA głos Madonny był o wiele słodszy, a dźwięk był bardziej otwarty. Wersja europejska była selektywna i było słychać zamierzenia realizatora, ale to wersja amerykańska podobała mi się o wiele bardziej.

MM: W wersji europejskiej sztucznie napompowana była szerokość sceny, która była zresztą płaska i bez żadnej głębi. Mam wrażenie, że smyczki były zupełnie oderwane od reszty przekazu muzycznego, jakby je ktoś inny wklejał. Wokal był taki jakiś „papierowy”. Wersja z USA to zupełnie inne wrażenia, ale też – moim zdaniem – bez większych przeżyć.

JK: Zawsze podchodzę tak, że coś jest lepsze albo gorsze. Wersja z USA lepsza zdecydowanie, więcej było na niej wysokich tonów, tak jak by ktoś suwaki od wyższej średnicy podniósł do góry, co moim zdaniem dało poczucie większej ilości szczegółów. Jedyną rzeczą, która mi bardziej podobała się w wersji europejskiej było pulsowanie basu, które było lepiej zdefiniowane i posiadało lepszą przestrzeń. W wersji USA było prozaiczne i niedopowiedziane.

ZWYCIĘZCA → Warner Bros. WB 9362-46847-2 | Made in USA

|2| DIRE STRAITS Brothers in arms

RNT: Wersja amerykańska to sprężysty bas, nie ma wyostrzeń, nie ma suchego dźwięku jak w obu remasterowanych, europejskich wydaniach, których moim zdaniem nie da się słuchać.

M: Wersja SACD, słuchana z warstwy CD, to przede wszystkim natarczywe uderzenie środka pasma. Wersja SBM (Super Bit Mapping) wydawała się lepiej zrealizowana, ale chyba dlatego, że średni poziom jest na niej niższy. Wersja amerykańska wydawała się najspokojniej i najrówniej zrealizowana, ale bardzo cicho i do pełnej oceny potrzebowałbym jedynie podniesienia poziomu głośności. Kiedy to zrobiliśmy okazało się, że mogę podtrzymać swoją opinię. Wersja USA jest najlepsza, bo najrówniejsza i najspokojniejsza w dobrym tego słowa znaczeniu.

JK: Hybryda jest przenikliwie ostra. Wersja SBM na początku wydawała mi się OK, ale chyba tylko dlatego, że była o wiele lepsza od pierwszej. Wersja USA zdecydowanie najlepsza i najcichsza. Takie sobie ułożyłem porównanie, że wersja SBM byłaby dobra do słuchania w samochodzie, a „Amerykanin” w domu, na audiofilskim sprzęcie, do kontemplowania i przeżywania muzyki. Po zrobieniu głośniej, moim zdaniem, wersja USA i SBM prawie się z sobą zrównały.

MM: Powiem przekornie, że wersja hybrydowa pokazała pewien potencjał, bo podczas jej odtwarzania dźwięk zaczął się „unosić”. Była za to totalnie zalana basem i dźwięk się na niej gubił. SBM – tak, jak powiedział Jarek, jest do samochodu. A wersja USA… Poczekam, aż zrobicie głośniej… OK., tak, to jest najpoprawniej zrealizowana płyta, ale nie powiem żeby mnie jakoś szczególnie porwała, czy poruszyła.

ZWYCIĘZCA → Warner Bros. WB 9 26680-2 | Made in USA

|3| MILES DAVIS Kind of blue

M: Na wersji europejskiej bas wydaje się puszczony samopas. Za to wysokie tony były, moim zdaniem, o wiele bardziej ekspresyjne niż z wersji japońskiej, na której wszystko było o wiele lepiej ułożone, ale trochę bez ekspresji. Bas był na niej o wiele lepszy i choć czasami też coś się tam „wymsknęło” spod kontroli, to myślę, że to kwestia wieku tego nagrania. I że chyba lepiej już tego się nie da zrealizować.

RNT: Słychać, że Japończycy bardzo się postarali, to wydanie technicznie na pewno jest najlepsze. Mimo to europejskie wydanie bardziej mi się podobało, pomimo dudniącego basu, którego nie lubię.

MM: Wersja europejska bardziej mi się podobała, była bardziej ekspresyjna. Fajniej wchodziły kolejne instrumenty i fajnie się rysowały na przestrzeni. Mimo że bas był trochę zlany w jedno, a trąbka charczała, co moim zdaniem dodawało odtworzeniu trochę pazura. Wersja japońska bardzo, bardzo ułożona, prawie sterylna, instrumenty wyizolowane. Można się zachwycać jakością, ale brak w niej emocji, jest bardzo ascetyczna emocjonalnie.

JK: Pierwsze na co zwróciłem uwagę to szum. Z wersją japońską był on bardziej odfiltrowany, ale jednocześnie trąbka była też o wiele czystsza i było słychać więcej jej odcieni. Wersja ta była więc o wiele bardziej rozdzielcza. Mam wrażenie, że wersja europejska była jakby lekko przesterowana.

ZWYCIĘZCA → 50/50: Columbia/Legacy 01-064935-10 | Made in Austria/Sony Records SRCS 9104 | Made in Japan

|4| PINK FLOYD A momentary lapse of reason

RNT: Wersja japońska była o wiele lepsza, pomimo że ta płyta ogólnie nie jest dobrze nagrana, mam jej stare wydanie na winylu. „Japończyk” lepiej różnicował instrumenty w natłoku dźwięków, które tutaj występują. Wersja amerykańska była za bardzo wyostrzona na górze, wręcz zapiaszczona.

MM: U mnie, dla odmiany obie wersje bez emocji. Wersja z USA to tak, jak byś na dyskotece w podstawówce postawił jakieś takie „brzęczenie”. Wersja z Japonii o wiele bardziej precyzyjna, ale ogólnie żadna realizacja mi się nie podobała.

JK: Ja wybieram oczywiście wersję japońską – była, moim zdaniem lepsza. Byłem w obu krajach i w Japonii i w USA, i tak mi się wydaje, że wersja amerykańska to był taki McDonald's – szybko zjeść, szybko uciekać, a japońska skłania do delikatnego delektowania się, wyciszenia. Wszystkiego tam było więcej.

ZWYCIĘZCA → CBS/Sony Records 32DP 820 | Made in Japan

|5| JOÃO GILBERTO & STAN GETZ Getz/Gilberto

RNT: Na płycie VERVE/MGM RECORDS blachy miały więcej blasku i to w zasadzie było wszystko, co mi się tam podobało. Wydanie MFSL miało o wiele lepszą średnicę i namacalność wokali, było po prostu o wiele lepsze, poza wspomnianymi blachami.

MM: Wydanie VERVE/MGM RECORDS wydaje mi się kompletnie niepoukładane na scenie, pod względem głośności elementów muzycznych. MFSL to taki „spokój Japonii”, jaki obserwowałem w poprzednich wydaniach, właśnie japońskich, choć wiem, że ta płyta też pochodzi z USA...
JK: Ja też stawiam na wydanie MFSL, oprócz tego, że „stawiam na Tolka Banana” :) W wydaniu VERVE/MGM RECORDS nie do końca rozróżniałem, czy to gra saksofon, czy trąbka, a na Mobile Fidelity są wszystkie odcienie i barwy, wokal był o wiele głębszy. Więc MFSL naprawdę fajny!

ZWYCIĘZCA → Mobile Fidelity Labs. MFSL UDCD 607 | Made in USA

|6| ENYA Shepherd moons,

RNT: Wersja japońska jak dla mnie była za łagodna, za spokojna. W wersji amerykańskiej było o wiele więcej powietrza i to ona mi się o wiele bardziej podobała.

MM: Obie wersje były dla mnie bezpłciowe. Na płycie z USA wszystko było zlane, żadnej precyzji, aż mi się nie chciało bardziej wsłuchiwać. Japońska wersja była dokładniejsza, coś się działo na scenie, coś balansowało, płynęło.

JK: Obie wersje były bardzo podobne, nie było zbyt dużych różnic. Jak mam wskazać tę lepszą, to była to płyta japońska, dużo przyjemniej się jej słuchało.

ZWYCIĘZCA → 2/3: WEA/Warner Music WMC5-450 | Made in Japan

|7| PINK FLOYD Wish you were here

RNT: Wersję HARVEST dobrze znam i lubię jej posłuchać, choć wiem, że nie jest zbyt dobrze nagrana. Za to wersji amerykańskiej nie znałem i muszę przyznać, że na utworze Welcome to the machine miałem wrażenie, jakbym naprawdę siedział wewnątrz maszyny i czułem na sobie jej pracujące elementy. Ogromna przestrzeń i swoboda, bez porównania lepsza niż wersja HARVEST.

MM: Na pewno wersja z USA jest o wiele lepsza.
JK: Pierwszy raz na prawdę nie wiem która wersja była lepsza. Może to ta pizza? – Nie trzeba było zamawiać… HARVEST był jak na sterydach, a płyta z USA był spłaszczona i brakowało w niej emocji. Obiektywnie była chyba jednak lepsza, bo była w niej zachowana większa równowaga.

ZWYCIĘZCA → Columbia CK 33453 | Made in USA

|8| DIRE STRAITS On every street

RNT: Wersja europejska SBM po prostu „sobie gra”. Najbardziej podobało mi się wydanie amerykańskie, była w nim muzyka, głębia. Było też słychać, że to śpiewa Knopfler. Wydanie japońskie wydanie zagrało lepiej niż europejskie SBM, ale pojawiała się w nim nerwowość w dźwiękach, bas momentami był za twardy i zlany. Krótko mówiąc wygrywa USA!

MM: Wersja europejska ma bardzo sztuczną szerokość sceny – instrumenty wychodzą bardzo na boki co może wydawać się „sexy” ale jest sztuczne. Wersja USA bardzo sympatyczna. Knopfler nareszcie znalazł się na środku i zaczęło być słychać perkusję. Pojawiła się też głębia sceny. „Japończyk” brzmiał tak, jakby muzyka szła dwa razy wolniej, był usypiający jakby przymulony w kwestii tempa. Instrumenty były znowu porozrzucane na boki i trochę siedziały w kolumnach. Całość była bardzo oddalona, jak byś słuchał tego z ogrodu...

JK: Zgodzę się z Markiem, oczekiwałem, że tak jak poprzednio wersja japońska będzie najlepsza, a tu wszystko się wlokło jak „flaki z olejem” - można było zasnąć. Wersja z USA była najlepsza, były w niej emocje! A wersja SBM – pomyślałem, że mogę nawet wyjść, bo tak nic nie stracę…

ZWYCIĘZCA → Warner Bros. WB 9 26680-2 | Made in USA

| O tym, co w trawie piszczy

WK: Jak widać „loża szyderców” nie zawsze „śpiewała” wspólnym głosem. Jednak dla mnie najważniejsze jest to, że poza nielicznymi przypadkami, nikt nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że płyty wydane na rożnych kontynentach brzmią inaczej. Podkreślam jeszcze raz: zwykłe płyty z kręgu szeroko rozumianej komercji. Może troszkę na zasadzie „side dish” specjalnie wrzuciłem w to porównanie płytę Getz/Gilberto, aby w bratobójczej walce, rodem z Wojny Secesyjnej udowodnić, że to, co amerykanie robią dobrze w standardzie, można zrobić jeszcze lepiej.

Zasadniczo to cieszy mnie, i to bardzo, że była rozbieżność zdań co do tego, co komu bardziej się podoba, co ktoś uważa za lepsze! Fakt ten pokazuje kolejny raz, jak nieliniowym zjawiskiem jest branża audio. Jest ona oczywiście pełna pułapek, ślepych dróg, ale co wydaje mi się wprost fenomenalne jest również pełna RÓWNOLEGŁYCH ŚCIEŻEK!

Czy coś się komuś podobało w tym teście-porównaniu, mniej lub bardziej zależy od wielu czynników. Od ilości przesłuchanych płyt. Od wtajemniczenia w artefakty dobrego dźwięku. A na samym końcu od gustu, przecież niektórzy z nas są ewidentnymi potomkami w prostej linii starożytnych Rzymian i lubią wino jedynie słodkie.

Szeroko rozumiana branża audio, do której wliczam także przemysł fonograficzny, musi pogodzić się z faktem bioróżnorodności. To nie jest łatwe zadanie, bo umiejętność sprostania tak wielu i tak różnym „gustom” to wyczyn na miarę Nagrody Nobla i to naraz w co najmniej kilku dziedzinach. Wymaga to więc pewnych uśrednień i to właśnie zaobserwowaliśmy podczas tych odsłuchów.

Wielce szanowna „loża szyderców” bez trudu wyodrębniła pewne cechy typowe dla płyt wydanych przez potomków samurajów oraz tych pochodzących z krainy wodza Śpiącego Bizona. Czy zatem oznacza to, że ludzie na różnych kontynentach słyszą inaczej i ktoś to najpierw zbadał, potem przeanalizował, a następnie podjął wiążące decyzję dotyczącą tego, jak wydać płytę aby się dobrze sprzedała?

I tak, i nie. Myślę, że o tym, czy dana płyta brzmi tak, czy inaczej decyduje wiele czynników. Jednym z nich jest oczywiście gust odbiorców (przypomnę, że gustem w rozumieniu komercyjnym jest również jego brak). Drugim elementem tej układanki jest to, czy to popyt, czy też podaż kształtuje dany rynek. Trochę trywializując powiem, że chodzi o to, jaki procent „szacunku” do odbiorcy musi „kopsnąć” producent, aby tenże odbiorca nie poczuł się obrażony i nie pomyślał, że ktoś mu tutaj jakiś kit próbuje wciskać.

Takie podejście do klienta determinuje pewne posunięcia i oczywiście pompuje budżet, bo trzeba zatrudnić lepszego realizatora dźwięku, bo master trzeba zrobić na lepszym sprzęcie, bo trzeba więcej zapłacić za dotarcie do lepszej taśmy matki; to ostatnie to moje domysły. I jeśli miałbym dodać swoje dwa grosze do tego porównania powiem, że to właśnie słyszę w amerykańskich wydaniach płyt CD. Słyszę w nich szacunek dla klienta.

Moim zdaniem płyty te brzmią niewspółmiernie lepiej niż ich europejskie kontrwydania, które w porównaniu z nimi, wydają się jakby były zrealizowane na kolanie. Odnoszę się tutaj oczywiście do płyt z kręgu szeroko rozumianej komercji, nie chcąc obrazić takich wytwórni, jak chociażby Deutsche Grammophon, czy Decca, ale to przecież zupełnie inna opowieść. Choć tak naprawdę ich japońskie wydania i tak brzmią lepiej…

A skoro już o Japonii mowa, to pewnie tutaj Ameryki nie odkryję, jeśli powiem, że tamtejszy rynek fonograficzny to byt odrębny. W płytach tych nie widzę ani amerykańskiego, biznesowego podejścia do jakości produktu, ani luzu z odrobiną „olewnictwa” typowego dla Starego Kontynentu. Płyty wyprodukowane w Japonii żyją tak jakby same dla siebie.

Pamiętam, jak kiedyś czytałem wywiad z Walterem Rȍhrlem, w którym mówił on, że: „całe życie ścigałem się tylko ze sobą”, i dlatego człowiek ten wygrał wszystkie możliwe rajdy i wyścigi na świecie, a i tak dzisiaj, mając ponad siedemdziesiątkę na karku, jeździ szybciej, niż wtedy, gdy te wszystkie rajdy wygrał. To rzadka w dzisiejszych czasach (wszechobecnych lajków i hejtów) cecha, która umożliwia człowiekowi pięcie się po szczeblach samodoskonalenia się, ale głęboko zakorzeniona w kulturze i religii Kraju Kwitnącej Wiśni.

I to właśnie w japońskich wydaniach widać, słychać i czuć! Taką archaiczną i trochę romantyczną ideę kopania się z koniem. To rzadki przykład, gdzie to nie odbiorca kreuje rynek, lecz rynek kształtuje odbiorcę, edukuje go. Uczy znajdować to, co jest dobre, a nie ślepo podąża za stadem. Wychowuje, a nie karmi czekoladą, aby wiecznie widzieć uśmiech dziecka bez konsekwencji w postaci cukrzycy.

Efekty takich działań widać gołym okiem. Japonia z zacofanego, rolniczego kraju, którym była po zakończeniu II wojny światowej, stała się krajem najbardziej zaawansowanych technologii. Dzięki wychowywaniu, a nie – hodowaniu ludzi właśnie w Japonii „przetrwała” płyta analogowa, kolumny tubowe i lampy. Japończykom na pewnym etapie rozwoju już nikt nie był w stanie wcisnąć audio-kitu, tak jak Francuzom nikt nie jest w stanie wino-kitu wlać do gardeł.

Może nie każdy polubił, może nie każdy zrozumiał, ale każdy z uczestników spotkania „przynajmniej” docenił techniczną jakość realizacji japońskich wydań. Nie kocham ich ślepo, wśród nich też trafiają się mniejsze i większe niewypały. Ale te płyty, które im „wyszły” brzmią w sposób, który zrywa z ust stereotyp cyfrowego brzmienia.

Moim zdaniem niedoścignione są japońskie realizacje jazzowe, co pokazał przykład Kind of Blue. Muzyka rockowa staje się dzięki nim „strawna” i nareszcie nie musimy cierpieć, żeby posłuchać muzyki, jak było z A momentary lapse of reason Pink Floyd. Stany Zjednoczone oferują za to, moim zdaniem, fenomenalne, pierwsze wydania Dire Straits.

| Podsumowanie

Dobry system audio to tak jak duże konto w banku – daje możliwości, ale przysparza też wiele kłopotów. Nic nie będzie już takie, jak dawniej. Ale jeśli się powiedziało „a” to trzeba też powiedzieć „b”. Raz otwartej puszki Pandory nie da się już zamknąć i jesteśmy do końca życia skazani na „wiedzenie”, że kupno byle jakiej edycji naszej ulubionej płyty nie wniesie do naszego życia radości.

Aby w pełni wykorzystać zalety sportowego samochodu, trzeba nim jeździć na odpowiednich kołach i oponach, te od „malucha” raczej nie pokażą na co go stać, a wręcz popsują. Tak naprawdę w „tym całym audio” chodzi przecież o muzykę, a ta – chciał, nie chciał – wciąż znajduje się na nośnikach fizycznych (nawet pliki znajdują się na jakimś rodzaju nośnika – SSD, HDD lub FLASH, a poza tym pliki to flaki z olejem...).

Płyty, tak jak wino, trzeba kupować z rozwagą, aby po otwarciu butelki cieszyć swoje i swoich gości podniebienie, a nie wyjść na ignoranta serwującego ocet do wykwintnego dania. Po prostu – nie kupujmy kota w worku.

Kolumny Gauder Akustik Arcona 60 MkII do testu dostarczył dystrybutor: RCM

| PLICHTOWSKIE SPOTKANIA SONICZNE

IX PLICHTOWSKIE SPOTKANIE SONICZNE: Ja szpieg, czyli o wtyczkach i innych aspektach audio

VIII PLICHTOWSKIE SPOTKANIE SONICZNE: Brunetki, blondynki ja wszystkie was dziewczynki...

VII PLICHTOWSKIE SPOTKANIE SONICZNE: Złoto Inków - bezpieczniki AHP

VI PLICHTOWSKIE SPOTKANIE SONICZNE: Łódź na wynurzeniowej do Katowic na przodku, czyli PSS-Społem na wyjeździe

V PLICHTOWSKIE SPOTKANIE SONICZNE: Czarna śmierć

IV PLICHTOWSKIE SPOTKANIE SONICZNE: O psach i kotach, czyli: czy długość ma znaczenie

III PLICHTOWSKIE SPOTKANIE SONICZNE: Audiofilskie „łu-bu-du”, ciąg dalszy: dociski płyt gramofonowych

II PLICHTOWSKIE SPOTKANIE SONICZNE: Podstawy antywibracyjne | cz. 2

LISTY | I PLICHTOWSKIE SPOTKANIE SONICZNE: Dlaczego platforma antywibracyjna działa i co z tego wynika, czyli: Podstawy antywibracyjne | cz. 1