pl | en

Rozmowa

MIECZYSŁAW STOCH
Czyli 35 000 winyli to za mało…


Kontakt:
ART RECO
ul. Kopernika 30
00-336 Warszawa | Polska


facebook.com

POLSKA


rodził się 31 stycznia 1957 roku, w ten sam dzień co Franz Schubert, ma więc – jak mówi – dwóch braci bliźniaków. Rzecz miała miejsce w najwyżej położonej miejscowości w Polsce – Ząb. Jak wspominali jego rodzice, akuszerka była obecna tylko przy urodzeniu Bronisława, jego brata bliźniaka – ojca Kamila Stocha – po czym sobie poszła, a on przyszedł na świat półtorej godziny później bez jej pomocy. Studia w Japonii, miłość do muzyki klasycznej, pasja kolekcjonerska związana z winylami i żyłka do interesów. Razem dały ponad 35 000 płyt LP w prywatnej kolekcji i drugie tyle w prowadzonym przez Mieczysława komisie płytowym. A także dobre, spełnione życie.

Jego salon Art Reco to stylowe, niezwykle schludne i gustowne miejsce – rzeczy w przypadku komisów i antykwariatów, skoro już jesteśmy przy szeroko pojętej kulturze, występujące niezwykle rzadko. Ulokowany jest pod numerem 30 przy ulicy Kopernika w Warszawie, w dawnej siedzibie Centralnego Towarzystwa Rolniczego, kamienicy powstałej w latach 1911-1912 w stylu wczesnego modernizmu. Robiący duże wrażenie budynek został zaprojektowany przez Czesława Przybylskiego i Alfonsa Graviera. Uszkodzony podczas II wojny światowej, ale odbudowany w latach 1947-1948 dla Centrali Rolniczej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, w 1965 roku wpisany został do rejestru zabytków.

Kamienica o której mowa została właśnie wyremontowana i jest nowym domem dla komisu prowadzonego przez Mieczysława Stocha. To miejsce, w którym można się napić zaparzonej przez właściciela zielonej herbaty, posłuchać płyt na fajnym systemie vintage, a przede wszystkim kupić tytuły, których szukaliśmy od lat.

Z właścicielem Art Reco rozmawia Wojciech Pacuła, a co jakiś czas do rozmowy włącza się Wojciech Padjas, dziennikarz RMF Classic, a prywatnie kolekcjoner winyli i przyjaciel bohatera tego wywiadu.

WOJCIECH PACUŁA: Jak zostaje się kolekcjonerem?
MIECZYSŁAW STOCH: Myślę, że – krótko mówiąc – przez zamiłowanie. Jeśliby się jednak przyjrzeć temu uważniej można wyróżnić dwa źródła: „polowanie” i „wyróżnienie się”, ważna jest także potrzeba realizacji swoich zamiłowań. Polowanie to zamiłowanie kojarzone z mężczyznami, mamy to prawdopodobnie we krwi. Zwróćcie uwagę na to, że wśród kolekcjonerów kobiety są absolutną rzadkością. Ta potrzeba w nas drzemie – zdobywania czegoś, czego inni nie mają. To swego rodzaju atawizm zabezpieczenia. Ważne jest też to, że kolekcjonowanie jest drogą do wyróżnienia się. Te dwa elementy składają się na aspekt psychologiczny. Drugi aspekt związany jest z potrzebą realizacji swoich zamiłowań. Jeśli coś lubimy, w czymś się zakochujemy, zaczynamy zgłębiać temat.

WOJCIECH PADJAS: Jeśli mógłbym coś dodać, to powiedziałbym, że jest jeszcze jeden bardzo ważny aspekt – jesteśmy wszyscy wiecznymi chłopcami. „Polowanie” na coś to dla nas zabawa.

Czym w takim razie kolekcjonowanie różni się od zbierania?
MS: Kolekcjonowanie jest bardziej konsekwentne, świadome, a co za tym idzie – poważne. Zbieranie to jest coś, co rozumiemy często jako „zbieractwo”. Zbierać można różne rzeczy bez pogłębiania tematu, tak naprawdę bez głębszego interesowania się nim.

WP: Kolekcjonowanie ma swoją granicę, to znaczy dążysz do czegoś, co chciałbyś osiągnąć, na przykład chcesz mieć – jak ty Mieciu – sto pierwszych płyt Eterny.

MS: Tak, to prawda: jest cel i świadomość celu określa jego sens. Tak więc kolekcja to zbieranie z sensem.

Ty Mietku kolekcjonujesz winyle – dlaczego? Chodzi o muzykę, nośnik, dizajn, historię?
MS: Chodzi przede wszystkim o muzykę, jestem przede wszystkim melomanem. Ale ważny jest też aspekt nośnika. Wydaje mi się, że to najpiękniejszy, najbardziej doskonały nośnik, jaki kiedykolwiek został wymyślony. Myślę zresztą, że chyba już nic lepszego nie zostanie wymyślone. Dlaczego? Powodów jest naprawdę wiele, powiem więc o tych, które wynikają z moich doświadczeń.

Próbowałem się kiedyś przekonać do płyt kompaktowych, ale nie mogłem, coś mnie w ich brzmieniu męczyło. Wytrzymywałem do 30 minut i musiałem robić sobie przerwę. Teraz wiem dlaczego – Japończycy po raz pierwszy użyli encefalografów do badań nad tym, jaki wpływ ma cyfrowy dźwięk na nasz mózg. Okazało się, że przy słuchaniu muzyki kodowanej cyfrowo pracuje tylko lewa półkula, a przy nagraniach analogowych obydwie. Przy słuchaniu analogu występują fale alfa, odpowiedzialne za uspokajanie, a przy cyfrze nie – takich przykładów jest zresztą więcej. Nie wiedziałem o tym, ale coś mnie uwierało w dźwięku kompaktu, dlatego zostałem przy winylu. Nie wiem właściwie dlaczego, być może jestem przewrażliwiony…

Bardzo ważny jest też aspekt związany z moją biografią. W czasach, kiedy rodziła się we mnie pasja kolekcjonowania mieszkałem w Japonii. Japończycy to niebywale, ale to wręcz niezwykle konserwatywni ludzie. Wszyscy wyspiarze są konserwatywni, ale Japończycy nawet na tle innych ludów zamieszkujących wyspy są ultrakonserwatywni. Kiedy się do czegoś przyzwyczają, to zostaje to z nimi na bardzo długo. Poza tym te swoje przyzwyczajenia kultywują. Pamiętam, że cyfra niesamowicie opornie się w Japonii przyjmowała, pomimo że to przecież nowoczesny naród.

Co może się wydać dziwne, bo przecież Japończycy byli współautorami formatu Compact Disc.
Tak, właśnie tak – byli współautorami tego nośnika, ale nie dlatego, że chcieli mieć coś nowego, a dlatego, że chcieli udoskonalić analog, pozbyć się trzasków, szumów itd. (więcej o pierwszych nagraniach cyfrowych czytaj TUTAJ – przyp. red.). Ale robili to dwutorowo – przez badania nad cyfrą z jednej strony i przez poprawę nośnika LP z drugiej. Wymyślili na przykład granulat, dzięki któremu japońskie płyty winylowe właściwie nie trzeszczą i nie szumią. Dodawali do niego dodatek antystatyczny i inne uszlachetniacze.

WP: Z tego, co wiem tylko Japończycy, i to od samego początku, tłoczyli płyty z nowego, nieprzetworzonego winylu, tzw. „pure vinyl”. Rzecz współcześnie praktykowana przez wiele najlepszych firm zajmujących się reedycjami, w Japonii była czym normalnym. Przypomnijmy, że w Polsce mielono niesprzedane płyty razem z papierowymi wyklejkami i z tej masy robiono kolejne płyty. Japończycy wyrzucali nawet resztkę pozostałą po wytłoczeniu płyty odcinaną z jej brzegu.

Ale nie zawsze byłeś kolekcjonerem?
MS: Nie, oczywiście, że nie :) Chociaż… Chyba jednak zawsze coś we mnie z kolekcjonera było. Kiedy byłem mały zbierałem znaczki, naklejki itd. Nie zmieniło się to nigdy w kolekcjonowanie, ale było chyba taką właśnie rywalizacją.

Rywalizowałeś z bratem?
Nie, właśnie – nie. Z bratem zawsze wszystko robiliśmy razem. Byliśmy nierozłączni. Nawet do dzisiaj co chwilę do siebie dzwonimy i czujemy z sobą niesamowitą więź. Obydwaj jesteśmy zresztą kolekcjonerami winyli.

Kolekcjonujecie podobne rzeczy, czy macie różne zainteresowania?
Mamy podobne zainteresowania, ale Bronek – mój brat – skupia się bardziej na lżejszej stronie muzyki, tj. na rocku, jazzie, a ja słucham głównie klasyki.

Wspomnieliśmy o Japonii nieprzypadkowo – jesteś trochę „stamtąd”, dobrze to czytam?
No jasne, mam różne związki z Japonią, to moja druga ojczyzna. Zaczęło się od tego, że miałem kiedyś dziewczynę Japonkę. W 1985 roku ukończyłem filozofię na Wydziale Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego i tak się jakoś porobiło, że otrzymałem grant na Uniwersytecie Hosei w Tokyo. W 1986 roku pojechałem więc do Japonii. Stypendium fundowane było przez japońskie Ministerstwo Nauki, a ja miałem status „wizytującego badacza” – „kyaku in kenkyu in” (‘kyaku’ to gość, albo klient, a ‘kenkyu’ to badać, naukowo zgłębiać).

Kiedy stypendium się skończyło zacząłem się zastanawiać, co dalej robić. Był to rok 1987 i można było mówić o „odwilży” w Polsce. Dla przykładu – dawali paszporty itd. Wcześniej trzeba było nie wiadomo co robić, żeby dostać paszport. Wiem, że wielu naukowców musiało podpisywać „lojalki”, różne papiery, żeby w ogóle wyjechać. Mnie się jakoś udało i nikt mnie nigdy nie próbował werbować. Może dlatego, że jestem góralem, a górali nie da się zwerbować? – Sam nie wiem, ale tak chciałbym o tym myśleć :)

W każdym razie kończy mi się stypendium i nie wiem, co mam robić. Wymyśliłem więc biznes z płytami. Zacząłem ściągać do Japonii oryginalne wydania LP – najpierw z Polski, później z Niemiec i reszty Europy Zainteresowanie było ogromne. To wtedy zaczął się w Japonii boom na oryginalne wydania muzyki europejskiej i amerykańskiej, ponieważ wcześniej nie było wolno sprzedawać tam płyt przywiezionych zza granicy – wszystkie duże wydawnictwa miały swoje miejscowe przedstawicielstwa i płyty tłoczone były w Japonii.

Wyglądało to tak, że firmy te albo otrzymywały matryce przygotowane przez oryginalnego wydawcę, albo kopie taśm i sami przygotowywali matryce. W efekcie otrzymywali nie wydanie oryginalne, a jego alternatywną wersję. Pod koniec lat 80. Japonia przeżywała największy boom gospodarczy, rozwijała się dwucyfrowym tempie i ludzie mieli dużo pieniędzy, które chcieli wydać. Tak narodził się popyt na rzeczy oryginalne, używane, sprowadzane z Europy i USA. Poszukałem więc znajomych w Stanach Zjednoczonych, którzy zaczęli mi przysyłać płyty do Japonii, z Europy z kolei przysyłał mi je mój brat. To był strzał w dziesiątkę.

Miałeś sklep, w którym je sprzedawałeś?
Nie, oczywiście, że nie – ale znałem już wtedy język japoński. To nie jest prosty język, ale ze słownikiem chodziłem dosłownie wszędzie, ponieważ bez znajomości języka nie dało się tam załatwić niczego. W efekcie nauczyłem się japońskiego w rok. Płyty sprzedawałem za pomocą moich przyjaciół, którzy mieli sklepy. Poznałem wówczas fantastycznych ludzi, na przykład pana Osuke Ueda – to był niesamowity człowiek.

Ponieważ nie chciał powołania do wojska w czasie II wojny światowej przez miesiąc nie jadł, żeby symulować wrzody żołądka. Wysłali go wprawdzie na Filipiny, z Filipin do Chin, ale tam mu się udało wyzwolić. Pan Ueda był bardzo uczciwym człowiekiem. Miał swój sklepik, do którego wstawiałem płyty w komis. Zawsze się cieszył, kiedy mnie widział, bo mogliśmy z sobą porozmawiać. Zmarł mając 96 lat, a sklepik prowadził aż do 94. roku życia. Mogę powiedzieć, że to był mój przyjaciel.

Najpiękniejszą rzeczą, jaka mnie wówczas spotkała była możliwość porównywania – miałem wówczas właściwie wszystkie płyty o jakich marzyłem, niemal za darmo, ponieważ na świecie wszyscy je wyrzucali, nikt nie myślał o powrocie winylu. Kiedy pojechałem do Berlina Zachodniego kupowałem płyty po 50 fenigów!

Czyli już wtedy jeździłeś za płytami.
Tak, już wtedy jeździłem, bo w 1989 roku runął Mur Berliński i otworzył się Berlin Zachodni. Miałem w planach doktorat na wydziale, na którym wcześniej otrzymałem grant, ale po upadku komunizmu postanowiłem wrócić do kraju.

WP: Czy dobrze rozumiem – Japończycy dużo wcześniej, być może przez swój konserwatyzm, docenili wartość używanych płyt winylowych?

MS: Chyba nie, chodziło raczej o ich analityczne podejście. Ludzie spoza Japonii nie zdają sobie sprawy, jak dokładni, precyzyjni i uczciwi w tym, co robią są Japończycy. Są szczegółowi i pragmatyczni. I, oczywiście, konserwatywni. Do sprawy winyli podeszli więc w taki właśnie sposób – zaczęli porównywać różne wydania płyt, a potem badać całe zjawisko. Oni pierwsi zauważyli współzależność między słuchaniem płyt z winyli i falami alfa, oni robili pierwsze encefalografy.

Kiedy byłeś na stałe z powrotem w Polsce?
Na stałe byłem w 1991 roku i przyjechałem do Polski z żoną Amy.

To wtedy zaczynasz wydawać płyty winylowe?
Tak, wkrótce potem, w 1994 roku. Pomysł był taki, aby wydawać rzeczy, które w oryginale kosztowały duże pieniądze. Dla przykładu powiem, że oryginalne wydanie płyty Idy Haendel kosztowało ponad 700 dolarów. Wraz z moim przyjacielem z Kyoto, Takuya Nagai, założyliśmy więc wydawnictwo Ars Musica. To dlatego sygnatura tych płyt składa się z dwóch par inicjałów: MSTN.

W serii „Sztuka Interpretacji w XX wieku” wydaliśmy 17 tytułów. Ukazały się wówczas płyty z legendami wiolinistyki, jak na przykład: Georges Enesco, Michele Auclaire, Ida Haendel czy Erica Morini.

Ale też był Diabelski tryll Tartiniego, wydany oryginalnie przez Melodię w wykonaniu Izy Haendel. Była wówczas właściwie niedostępna, a jeśli już to w bardzo złym stanie. A mnie udało się ją zdobyć w idealnym stanie za 20 groszy… Wydaliśmy też część Pasji Mateuszowej z Wilhelmem Furtwänglerem – do dziś jest to jedyna pozycja Furtwänglera wydana w Polsce.

Jak wyglądało przygotowanie takiej reedycji?
Dość prosto – płytę zgrywaliśmy na taśmę analogową tu w Polsce, a masteringiem zajmowała się pani Szafranek z Telewizji Polskiej. Płyty były tłoczone w Czechach i wysyłaliśmy je do Japonii.

WP: Mietek mówi o bardzo istotnej rzeczy – o kulturze „wczesnego winylu”. Wiele rzeczy nigdy nie ukazały się poza tym nośnikiem i chodzi głownie o absolutnie wybitnych wykonawców, którzy z jakiś powodów popadli w zapomnienie. Nie wiedzieć, dlaczego tak jest – są muzycy, którzy z niewiadomych powodów przestają być wydawani i wznawiani. To zapomnienie powoduje jednak, że ci, którzy raz ich usłyszeli i pokochali chcą mieć ich płytę za wszelką cenę. A mogą ich posłuchać jedynie na winylu, najczęściej bardzo drogim.

Japończycy doceniają takie wydawnictwa?
MS: Oczywiście! Japończycy przez to, że bezustannie porównują wiedzą, co jest wartościowe, a co nie. Wielu rzeczy się nauczyłem właśnie od nich, sam o tym nie wiedziałem. To jak z górami – patrzysz na górę przed podejściem i wydaje ci się ogromna. Wychodzisz na nią i okazuje się, że prawdziwe góry są dopiero przed tobą. Tak też było ze mną. Jeśli nie porównasz, to nic nie wiesz. Miałem to ogromne szczęście, że mogłem razem z nimi porównywać. I otwierały się nam „oczy w uszach”.

Osobnym problemem, przez który zapomina się o sztuce interpretacji wielu artystów jest PR, niezwykle rozbudowane działy marketingu – a mówimy o muzyce klasycznej – którym zależy na sprzedaży płyt z „hitami”, zarówno jeśli chodzi o wykonawców, jak i kompozytorów. Promocja niektórych nazwisk była niesamowita, ale wielu wyborów zupełnie nie rozumiem.

Weźmy przypadek Yehudi Menuhina – był wszędzie, miał genialne skrzypce Stradivariego, ale nigdy nie udało mu się dotknąć metafizyki sztuki interpretacji, dlatego często mijał się z prawdą muzyczną, mimo że był uczniem George Enescu, autentycznego geniusza. Menuhin naśladował jego grę, a nawet zachowanie na scenie, udawał, że przeżywa muzykę, a to Enescu był naprawdę uduchowiony. I takich przykładów jest naprawdę wiele, jak Victor de Sabata itp. – geniusze, zgaszeni przez promocję takich dyrygentów, jak chociażby Herbert von Karajan.

WP: Ale trzeba też powiedzieć, że nie promowało się wielu artystów dlatego, że byli trudni – chimeryczni, ekscentryczni, kapryśni, niestabilni, odwoływali koncerty. Praca z takimi ludźmi jest dla wydawnictwa bardzo trudna – łatwiej więc postawić na kogoś sprawdzonego, przewidywalnego. Jeśli artysta był spolegliwy, a w dodatku mocno nastawiony na siebie, swój wizerunek, to był w latach 60. i 70. dla wydawcy szczególnie atrakcyjny. Zwróćmy uwagę na to, że muzyka klasyczna jest jedynym typem muzyki, którą współcześnie można w ten sposób porównywać.

Myślę, że przyczyna jest odmiennie przykładana wartość – w klasyce główną wartością jest utwór, a wykonanie jest czymś wtórnym, natomiast w jazzie, nawet rocku, najważniejsze jest właśnie wykonanie, a utwór jest wtórny.
MS: Rzeczywiście – nagrania jazzowe, popowe i rockowe mają swojego wykonawcę i mniej się mówi o tym, kto napisał utwór, a o jego wykonaniu więcej. W klasyce dochodzi do tego to, że to muzyka konceptualna. Ważna jest nie tylko wirtuozeria, ale trzeba też rozumieć utwór, czyli w grę zaangażowane są i intelekt, i emocje, i koncept.

Wróćmy jednak do ciebie – wracasz do Polski, zakładasz Ars Musica i co potem?
Jestem już wtedy zapalonym kolekcjonerem i – muszę powiedzieć – to był koszmar, ponieważ często się wtedy przeprowadzałem, najpierw w Japonii, a potem w Polsce. Tu na miejscu – trzy razy. A przecież winyle ważą… Pomyślałem więc, że muszę zacząć prowadzić osiadły tryb życia, bo inaczej będzie ze mną kiepsko. Patrząc na to z perspektywy czasu mam takie wrażenie, że osiadły tryb życia został wymuszony na ludziach, przez to, że zaczęli coś kolekcjonować :)

Po powrocie do Polski od razu zamieszkałem w Warszawie – moja żona Amy to klasyczna mieszczka. Nie mogłem więc wrócić do Zakopanego, a tym bardziej do Zębu. Dobrze się jednak złożyło, bo wówczas ciągle jeździłem za granicę, a z Warszawy jest to o wiele prostsze.

Ale to również wtedy zaczynasz wydawać płyty CD – zaskakująca zmiana…
Tak, musiałem z czegoś żyć, założyłem więc wydawnictwo Ars Mundi, gdzie produkowałem od początku do końca płyty CD. W mojej ofercie były płyty z tzw. progresywnym rockiem ale nie tylko, bo i zrobiłem także parę pozycji z hard rocka, rockabilly czy post punku. W mojej ofercie miałem takich artystów, jak Collage, Lizard, Quidam, Abraxas, Armia, Partia czy Lao Che – Powstanie Warszawskie. Dla Armii i Abraxasa mastery robił Jacek Gawłowski. Płyty z muzyką progresywną świetnie mi się sprzedawały w Japonii, to był bardzo dobry rynek na tego typu wydawnictwa. Pierwszą płytą, jaką wydałem było 9 Songs Of John Lennon Collage – to był 1993 rok. Licencję kupiłem od wytworni SPV za 3000 złotych i natychmiast sprzedałem ją do Japonii i Korei :)

WP: Uważam, że Mietek to stracona okazja wczesnego kapitalizmu w Polsce, przecież jego płyty są w tej chwili białymi krukami i wszystkie trzymają świetny poziom…

To dzięki tobie ukazała się płyta Collage z obrazem Zdzisława Beksińskiego na okładce?
Tak, również dzięki mnie – przyjaźniłem się z Tomkiem Beksińskim, który przyjaźnił się również z Wojtkiem Szadkowskim z Collage. Ten obraz wisiał po prostu u niego na ścianie. Któregoś dnia powiedział ojcu, że go publikuje i już. A, jak wiadomo, Zdzisław Beksiński zawsze odmawiał takim prośbom.

Jak się skończyła twoja przygoda z cyfrą?
Symptomatycznie, z winylem nic takiego by się nie zdarzyło – sprzedaż płyt CD została zabita przez piractwo i wymianę plików mp3. Na dobre zrezygnowałem wówczas z wydawnictwa i w 2014 założyłem sklep z używanymi płytami. Najpierw na ul. Gałczyńskiego 5, a od trzech miesięcy mam siedzibę na ul. Kopernika 30.

Kiedy twoja kolekcja najbardziej się rozrosła?
Najwięcej rzeczy udało mi się zdobyć w czasach „japońskich” i tuż po nich. Dokładnie wiedziałem już, co chcę zbierać.

W jaki sposób powinno się zacząć kolekcjonować, ewentualnie jak przejść od zbierania do kolekcjonowania?
Zasada jest bardzo prosta – w przypadku płyt gramofonowych zasadą jest zbieranie wydań będących jak najbliżej pierwszych wydań. To one są bowiem najbliżej taśmy-matki. Mówiliśmy o Japonii – ogromna popularność pierwszych wydań spoza tego kraju wzięła się z tego, że Japończycy porównali swoje wydania z oryginałami i doszli do wniosku, że te ostatnie są lepsze, ponieważ były bliżej taśmy-matki. A taśmy trzeba przechowywać, konserwować. Kiedy leżą, rozmagnesowują się, przekopiowują, jest z nimi mnóstwo problemów. A z pierwszymi wydaniami takich problemów nie ma, bo taśma była wówczas nowa.

WP: Przy okazji opowiem śmieszną historię. Mam od Mietka sporo płyt japońskich i na niektórych z nich, oryginałach, pierwszych wydaniach w idealnym stanie, zaczęła przeskakiwać mi igła – mam wkładkę Decca. Okazało się, że w japońskie płyty wrasta pleśń. Klimat w tym kraju jest tak wilgotny, że choć to niemal niezniszczalny nośnik, to Japonia może mu się dać we znaki. Na szczęście wystarczy płyty umyć – co w ogóle powinno się robić regularnie – żeby problem zniknął.

To niesamowita rzecz – formuła materiału używanego do produkcji płyt winylowych jest stara, a od razu udało się uzyskać coś, co pozostaje nienaruszone przez bardzo długi czas, może nawet przez setki lat.
MS: To jest po prostu najlepszy nośnik, nie ma co do tego wątpliwości.

Wracając do tematu…
Jest kilka kryteriów decydujących o kolekcji, a wśród nich najważniejszym jest wykonanie. To absolutny priorytet. Jeśli to dobre wykonanie, to po drugie chciałbym mieć płytę najbliższą pierwszego wydania – już o tym mówiliśmy. Wszystko, co późniejsze ma więcej usterek. Trzecia rzecz, to dobry stan, bardzo ważne kryterium. Chyba, że jest bardzo rzadka, to nawet niezbyt dobry stan jej nie dyskwalifikuje. Po czwarte – jakość okładki, która powinna być w jak najlepszym stanie.

WP: Są też inne podejścia. Mamy znajomego, który zbiera tylko Karajana i on akurat musi mieć wszystko pod Karajanem.

MS: Podobnie jest z Beatlesami – kolekcjonerzy muszą mieć wszystkie wydania, każdą alternację nagrania i grafiki. Mam znajomego w Wiedniu, który zbiera właśnie Wielką Czwórkę i choć miał 30 000 nagrań na różnych nośnikach, to ciągle nie miał wszystkiego…

WP: Ja z kolei zbieram wydawnictwami – lubię Mercury’ego, RCA, Dekkę.

MS: Ja właściwie też – ja również zbieram Dekkę.

Ale przecież te systemy mogą się splatać, prawda?
No oczywiście, zwykle się ze sobą łączą. Nie ma chyba „czystej” kolekcji.

W jaki sposób systematyzujesz swoja kolekcję – pamiętamy przecież film High Fidelity i kłopoty głównego bohatera… (pol. tytuł: Przeboje i podboje, reż. Stephen Frears, 2000; film postał na kanwie książki Nicka Hornsby’ego pt. Wierność w stereo - przyp. red.).
O właśnie – to jedno z ważniejszych pytań. Długo nad tym pracowałem i mam swój system. Inaczej niczego nie mógłbym znaleźć. Kupowałbym też daną płytę po kilka razy, bo nawet nie pamiętałbym, że ją mam. Wymyśliłem więc system polegający na podzieleniu zbiorów na wydawnictwa. Mam więc Dekkę i w ramach tej wytwórni płyty uporządkowane są pod kątem numerów katalogowych. Columbia jest w innym miejscu, a EMI w innym. Ale jest też inny system, współistniejący z wydawnictwami – część płyt mam podzieloną ze względu na szkoły: czeską, węgierską, włoską. Część płyt podzielona jest z kolei ze względu na kompozytorów – ci najwięksi otrzymali osobne półki. Są też osobne sekcje dla najlepszych wykonawców.

WP: Są ludzie, którzy uważają, że powinno się układać płyty alfabetycznie. W klasyce problemem jest jednak to, czy od nazwiska kompozytora, czy wykonawcy? A jeśli kompozytorów jest kilku, albo wykonawców jest kilku, to którego wziąć pod uwagę?

Czyli stworzyłeś hybrydę, w której nikt poza tobą się nie orientuje :)
Dokładnie – wchodzi złodziej i chce ukraść, powiedzmy, Georgio Enescu. I nie wie, gdzie to jest, musiałby wynieść 35 000 płyt :)

WP: Krótka historyjka a propos: przygotowywałem kiedyś audycję do swojego programu w radiu i potrzebowałem znaleźć pewną płytę. Przeszukałem swoją kolekcję na tyle, na ile to możliwe, ale niczego nie znalazłem. Wchodzę więc do internetu, szukam – jest: w dobrym stanie, niedroga, kupuję. I co się okazuje? – Kupuję ją u siebie :) (Muzyka spod igły, RMF Classic, sobota godz. 21.00; Wojtek prowadzi internetowy sklep z używanymi płytami winylowymi vinylspot.pl – przyp. red.).

Masz swoje zbiory skatalogowane?
Nie, nie ma takich szans. To zbyt dużo płyt…

Kupujesz płyty w kilku egzemplarzach?
Nie, raczej nie. Ciągle jednak poprawiam swoją kolekcję. Jeśli mam jakąś płytę, to zawsze staram się ją mieć w jak najlepszym stanie. Muszę więc porównać stan krążka, okładki, a najlepiej też przesłuchać tę płytę i ją porównać z tą, którą już mam.

Wiem, że słyszysz to często, ale powtórzę: po co ci tyle płyt, przecież w życiu ich nie przesłuchasz, prawda?
Oczywiście, nie większość z nich nigdy już nie przesłucham. Ale w tym wszystkim chodzi o wybór - mając tyle płyt mam ogromny wybór. A to jest coś, czego nie mógłbym się wyrzec…

Mógłbyś robić w życiu coś innego?
Oczywiście, ale nie chciałbym. Mam dobre życie, jestem szczęśliwym człowiekiem :)

System audio Mieczysława Stocha:

Magnetofony szpulowe: Revox i Akai
Gramofony: Thorens i Lenco
Wkładka gramofonowa: Audio-Technica
Przedwzmacniacz lampowy wykonany przez pana Włodzimierza Furkę
Wzmacniacz zintegrowany: Egovox
Okablowanie: KBL Sound
Kolumny wykonane przez pana Józefa Kiliańczyka, a także Sansui  2000

  • HighFidelity.pl
  • HighFidelity.pl
  • HighFidelity.pl
  • HighFidelity.pl