pl | en

Historia audio

 

JAROMIR WASZCZYSZYN

ANCIENT AUDIO VOL. 3,
czyli gra warta świeczki

Kontakt:
ul. Malawskiego 50
31-471 Kraków | Polska


ancient@olsza.krakow.pl

ancient.com.pl

POLSKA | Kraków


dumą, ale i – powiedzmy to – ulgą, prezentuję państwu trzecią i zarazem ostatnią część wywiadu-rzeki z Jaromirem Waszczyszynem, założycielem i szefem krakowskiej firmy Ancient Audio. Z dumą, ponieważ ten trzyczęściowy cykl niezwykle przypadł Państwu do gustu, nagradzając moją pracę licznymi mailami przesyłanymi na adres redakcji; z ulgą, ponieważ pracy związanej z tymi artykułami zrobiło się ostatecznie sporo. Na szczęście - było warto. Poprzednie części znaleźć można TUTAJ i TUTAJ. BP


BARTOSZ PACUŁA: Ostatnią naszą rozmowę zakończyliśmy w dobrym momencie; zaczął Pan opowiadać o rozpoczęciu prac na swoimi kolumnami aktywnymi.
JAROMIR WASZCZYSZYN: Z kolumnami aktywnymi to była śmieszna historia. Sam temat zainteresował mnie ze względu na warunki lokalowe. Moja pracownia - która, na marginesie, prezentuje się bardziej hardkorowo niż pokój, w którym siedzimy (śmiech) - znajduje się w piwnicy. Często miałem taką potrzebę, by w dobrych warunkach robić tam wstępne przesłuchanie jakiegoś urządzenia, oczywiście bez konieczności robienia hałasu na całe mieszkanie.

Pomysł związany z jakimiś kolumienkami już gdzieś się tam tlił, natomiast punktem zwrotnym okazała się dyskusja z jednym ze znajomych, z którym przepychałem projekt SDMusA. Co jakiś czas odbywaliśmy takie fajne, sympatyczne spotkania. I podczas jednego z nich, tak na odchodnym, ten znajomy zapytał się jakie kolumny do komputera ma kupić. Moja odpowiedź była bardzo szybka: żadne (śmiech). Powiedziałem mu, że to się nie nadaje do słuchania. Co zrozumiałe, zaczął dociekać dlaczego tak uważam. Rozmowa, muszę przyznać, odbyła się w dogodnym momencie. Przede mną była droga powrotna z Niemiec do domu, jakieś 10 godzin jazdy. Na dodatek spadł świeżutki śnieg wtedy, więc - jak sam rozumiesz - miałem trochę czasu na główkowanie nad tym tematem.

Dobre kolumny nie muszą być duże.

I co Pan wymyślił?
No właśnie. Dlaczego małe kolumny nie mogą grać dobrze? Trudno było na to pytanie znaleźć prostą odpowiedź. Czy to dlatego, że po prostu są małe? A może małe kolumny często mają kiepskie obudowy z plastiku? Zacząłem więc przeprowadzać eksperymenty na takich niewielkich kolumienkach komputerowych. Co prawda były oznaczone logiem Creative'a, jednak sama konstrukcja była autorstwa zacnej audiofilskiej firmy Cambridge SoundWorks. To przecież była firma, która jako pierwsza podeszła do tematu niekonwencjonalnego projektowania zespołów głośnikowych. Kto wie czy to nie oni jako pierwsi na świecie zrobili system złożony z subwoofera i satelitów?

W każdym razie robota inżynierska włożona w te kolumny była bardzo dobra. A jednak grało to w sposób... bardzo przeciętny. I kawałek po kawałku okazało się, że problem nie leży w wielkości kolumny czy materiałów wykorzystanych do zrobienia obudowy, nie jest także związany ze wzmacniaczem. Na kiepskie brzmienie składała się po prostu pewna suma małych problemów, które skutecznie degenerowały dźwięk.

Pierwsze próby z wymyśleniem jak to wszystko obejść zajęły mi sześć tygodni, po czym nadszedł czas na sprawdzian ostateczny. Jak się domyślasz, zaprezentowałem swoje nowe dzieło Januszowi. Test wyglądał tak, że myśmy sobie z Januszem gadali, a muzyczka z komputera i tych kolumienek leciała sobie gdzieś w tle. Ja cały czas się zastanawiałem kiedy gospodarz tak się zirytuje tym dźwiękiem, że wpadnie na pomysł, by go wyłączyć. A jednak - i to przez trzy godziny - nie wpadł. Więcej! Powiedział, że to całkiem fajnie gra.

A zatem najgorszy test był zaliczony (śmiech).
Dokładnie (śmiech). Trzeba było wobec tego przeprowadzić test grupowy. Już nie pamiętam jakiego podstępu użyłem, żeby ściągnąć tutaj paru członków naszego Towarzystwa (Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego - przyp. red.). W każdym razie spotkanie odbyło się dość późno, wobec czego zapowiedziałem, że nie będę głośno grał, co oczywiście zostało przyjęte ze zrozumieniem.

Prototyp małych kolumienek ustawiłem na dużych kolumnach Vintage. Generalnie spotkanie przebiegło raczej pod dyktando pogaduszek, nie zaś krytycznych odsłuchów. Po kilku minutach niezastąpiony Rysiek wstał i zapytał czego my właściwie słuchamy. Odpowiedziałem, że tych maleńkich kolumienek. "Niemożliwe" - odpowiedział, po czym wstał i zaczął sprawdzać wszystko: kable, membrany. I, jak się okazało, rzeczywiście ten dźwięk dostarczały wtedy moje prototypowe konstrukcje. Drugi test został tym samym zaliczony.

Czy podczas tego drugiego spotkania zaprezentował Pan przerobioną konstrukcję Creative'a czy już coś swojego?
Za drugim razem mówimy już o kolumienkach będących pierwszym krokiem do prototypu, który miał posłużyć za wzór do seryjnej produkcji.

Czyli to był już projekt autorski?
Tak. Zresztą wtedy były dwie propozycje. Jedna z nich wyposażona była w takie śmieszne głośniki papierowe, zaś drugą obdarowałem głośnikami Dayton Audio. To właśnie z nich, tj. tych drugich, urodził się produkt seryjny pod tytułem Studio Oslo. W kontekście jego powstania ważna okazała się jeszcze jedna osoba. Mowa o pewnym reżyserze nagrań z Akademii Muzycznej. Kiedyś jakoś luźno ze sobą rozmawialiśmy ze sobą; w pewnym momencie przerwał mi, przeprosił i powiedział, że musi już uciekać, bo czeka na niego robota w domu. Polegała ona na zmiksowaniu jakiś symfonii, które były pracą dyplomową studentów. Nie mógł tego zrobić na miejscu, bo studio w tym czasie było tak obłożone, że nigdy by się do niego nie dopchał. Zacząłem się zastanawiać jak on chce to zrobić, skoro - jak sam się do tego przyznał - zamierzał te symfonie zmiksować na komputerze, w dodatku w swojej kuchni (śmiech)!

Geniusz, po prostu.
To nie była kwesta geniuszu, tylko presji czasu (śmiech). Jego postawa generalnie była częścią większego problemu. Po rozmowach z kilkoma znajomymi z branży muzycznej doszedłem do przykrego wniosku, że 95% muzyki nagrywa się, miksuje i edytuje na komputerach w niewielkich studiach. Jak w takich warunkach można cokolwiek usłyszeć? Jedni reżyserzy używają monitorów bliskiego pola, ale to tzw. "bliskie pole" zaczyna się od dwóch metrów. Jak więc używać tego typu kolumn z odległości mniejszej niż metr? Przecież to za mała odległość, by się ładnie skleiła fala z głośników nisko- i wysokotonowych. Stąd pierwotny pomysł na docelowy rynek dla tych małych kolumienek był związany z niewielkimi studiami nagraniowymi.

Kolumienki te projektowałem przy wykorzystaniu całej swojej wiedzy zdobytej w trakcie prac nad dużymi systemami high-endowymi. Okazało się jednak, że rynek, o którym myślałem - studia nagrań, reżyserzy dźwięku - zareagował na moje wymysły dość... sceptycznie. Dla nich zaproponowane przeze mnie kolumny grały w tak odmienny w stosunku do typowych monitorów studyjnych, że ludzie z branży pro musieliby się na nich na nowo nauczyć pracować. Dźwięk im się - owszem - podobał, ale to było za mało.

Studio Oslo w trzech wersjach kolorystycznych.

Ale to zawsze wygląda w ten sposób, że sprzęt z branży profesjonalnej brzmi zupełnie inaczej od naszego.
Tak. Ale nie wiem skąd się to bierze. Być może wynika to z faktu, że ci wszyscy muzycy czy realizatorzy nagrań bardzo dużo czasu spędzają z "żywymi" instrumentami i chcą przenieść to koncertowe granie na płytę.

Dla nich, z tego co udało mi się wywnioskować, nadrzędną sprawą jest dynamika. Oni właśnie tego szukają w brzmieniu swoich nagrań i sprzętu, z którego korzystają.
Problem tkwi jednak w tym, że często wpadają w pułapkę. Zwróć proszę uwagę, że tzw. nagrania „audiofilskie” często mają dużo lepiej zrealizowaną dynamikę niż nagrania speców od nagłośnień. Ci drudzy serwują nam nagrania symfoniczne, które składają się z samych forte. A przecież żaden kompozytorów, nawet pod wpływem dowolnej ilości wina, nie wpadł na tak paranoiczny pomysł. I to z bardzo prostych powodów: otóż po każdym forte bębenki uszne się obkurczają. Wobec tego pierwsze forte słyszymy, a drugiego już nie. Dynamika utworu klasycznego, wykonywanego przez orkiestrę symfoniczną jest taka, że jest "łup", potem cisza, a potem znowu "łup".

I tu miałem wiele dyskusji z reżyserami nagrań. Bo jak im można wytłumaczyć, że nagrana głośno płyta jest mało dynamiczna. Dla nich była to rzecz nie do pojęcia. A przecież wystarczy wziąć jakieś nagrania, pod którymi podpisał się taki Pat Metheny, by przekonać się, że dynamiczna muzyka to ta, która jest grana cicho, gdzie mamy te 10, 15 dB zapasu. Z kolei płyta, która jest nagrana cały czas 3 dB poniżej maksymalnego poziomu nie ma tego miejsca, wobec czego będzie brzmiała zupełnie płasko.

Z perspektywy czasu nawet nie dziwię się, że reżyserzy nagrań nie całkiem zrozumieli ideę mojego produktu. Natomiast moi klienci z dużymi i drogimi systemami chętnie podchwycili temat kolumienek. Chcieli je sobie postawić na biurku czy w sypialni. Jeden z nich podpuszczał mnie nawet, żebym dorobił do nich subwoofer; jak się okazało, podpiął moje kolumienki do telewizora, gdzie znakomicie się sprawdziły. I to w pomieszczeniu, które miało z 60 m2. Tak wyglądały moje początki z tematem maleńkich kolumn, które ostatecznie rozwinęły skrzydła jako Studio Oslo.

Właśnie - skąd ta nazwa?
Studio - to sprawa prosta. To miały być kolumienki studyjne. A Oslo? Podobnie jak wielu audiofilów jestem zafascynowany wszystkim tym, co jest nagrywane w Rainbow Studio w Oslo. Za jego powstanie odpowiedzialny jest Jan Erik Kongshaug. I chociaż działa już od 35 lat, to nie dość, że dalej trzyma obłędnie wysoki poziom, to jeszcze jest nieustannie rozwijane. Co więcej, brzmienie, które jest już znakiem rozpoznawczym Rainbow Studio jest niesamowicie dynamiczne.

Kluczem do dobrych i małych kolumn jest unikatowa elektronika

A co z tematem sprzętu studyjnego? Po tej całej przygodzie zniechęcił się Pan do tego?
Przyznam się szczerze, że mam nieodparte wrażenie, że jeszcze do tego wrócę. Chociażby ze względu na to, co się dzieje z dzisiejszymi instrumentami muzycznymi. Tutaj dochodzimy do kolejnego modelu moich kolumn, czyli Master Oslo. Powstał on w prześmieszny sposób. Miałem kiedyś taką ideę fix, żeby moimi produktami zainteresować jakąś firmę projektującą fortepiany. Nie byłbym w tej dziedzinie pionierem: na coś takiego zdecydowała się już firma Steinway, która nawiązała współpracę z Peterem Lyngdorfem i pod marką Steinway Lyngdorf sprzedaje high-endowe systemy audio. A że akurat w roku, w którym zainteresowałem się tym tematem miał odbyć się Konkurs Chopinowski... Okazja, jak sam widzisz, wydawała się fantastyczna, by wypalić z czymś podobnym. Udało mi się przykuć uwagę starej włoskiej firmy z ponad 120-letnią tradycją, która chciała zrobić bardzo dobry fortepian hybrydowy.

Mógłby Pan coś więcej powiedzieć o tym, czym są fortepiany hybrydowe?
Rynkowe tendencje są takie, że produkcja instrumentów akustycznych jest mocno ograniczana, a rolę popularnych elementów spełniają instrumenty elektryczne. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prostsza: są tańsze, lżejsze, można do nich podłączyć słuchawki. Jednak od pewnego pułapu cenowo-jakościowego taki "elektryk" musi zacząć udawać instrument akustyczny. Tutaj prym wiedzie firma Yamaha, która zaprojektowała i wyprodukowała całą serię AvantGrand. To są fortepiany, które na pierwszy rzut oka wyglądają przedziwnie - mają bowiem cały mechanizm klawiatury młoteczkowej, który służy tylko po to, by pianista miał podobne wyczucie klawiszy co w instrumentach akustycznych. Sam dźwięk jest już generowany cyfrowo - i coś z nim trzeba zrobić. I tu się zaczyna problem; ilekroć słyszę w jakimś klubie instrument tego typu, to wiem, że jest on elektryczny. Dźwięk z niego jest słaby, plastikowy.

Moja dziewczyna ma coś takiego - pianino elektryczne (śmiech).
No i jakie masz wrażenia?

Ogólnie uwielbiam się na tym bawić. Coś tam próbuję grać ze słuchu - na klawiszach idzie mi to dużo lepiej niż na gitarze. A jeśli chodzi o dźwięk - jest słabo, naprawdę słabo. Dodam, że to jest dość drogie pianino, z 9000 zł kosztowało.
Właśnie. I ja, podczas rozmowy z właścicielem wspomnianej przeze mnie firmy, doszedłem do wniosku, że razem możemy zrobić instrument lepszy od wyrobów Yamahy. Zapachniało herezją, wystarczy przecież porównać możliwości technologiczne moje i Yamahy (śmiech). To nawet nie ma skali, żeby to porównać (śmiech). Ta firma miała jednak jeden poważny atut - to byli spadkobiercy General Music. To był włoski producent znany swego czasu z doskonałych instrumentów klawiszowych. Dzięki temu mieli gotowy moduł z brzmieniami, gdzie mieli zsamplowane dźwięki dwóch najlepszych fortepianów koncertowych: największego Steinwaya, chyba modelu D, i Fazioli 308. Miało to wyglądać w ten sposób: bierzemy klawiaturę z systemem młoteczkowym, dodajemy do tego zrobiony już system, który przerabiałby uderzenia młoteczka w sygnał elektryczny, a całość uzupełniamy dobrymi głośnikami. I właśnie tu miałem wkroczyć na scenę.

Master Olso w wersji Maxi - z subwooferem i dedykowanymi podstawkami.

To właśnie głośniki w takich instrumentach są najczęściej wąskim gardłem.
Dokładnie. Dlatego też zrobiłem niewielki prototyp, poleciałem do Włoch - a raczej do San Marino - i tam przez trzy dni eksperymentowaliśmy. Warunki były fantastyczne. Wyobraź sobie salę, która ma ze 100 m2, 20 pianin, trzy fortepiany koncertowe. No i ten klimat umiłowania muzyki - nic dziwnego, że właśnie tam jeszcze 30 lat temu robiło się najlepsze instrumenty muzyczne.

Zrobiliśmy jeden testowy zestaw, jeden dzień zebrało nam zestrojenie tego wszystkiego do kupy, po czym zaprosiliśmy pianistę, który zawodowo testował instrumenty tej firmy. On sobie pograł najpierw na "mojej" konstrukcji, potem przesiadł się na fortepian koncertowy stojący dwa metry dalej... i tak sobie grał. Ostatecznie konkluzja była taka, że instrument akustyczny jest dla zawodowego muzyka czymś, co sprawia największą frajdę.

Bo przecież doskonale wiesz, że granie na jakimś instrumencie to nie tylko słuchanie wydobywanych przez siebie dźwięków, ale np. wszystkie wibracje, które się czuje pod palcami. To są takie smaczki, których większość ludzi nie zrozumie. Jednak pod względem samego brzmienia instrument elektryczny wypadł co najmniej porównywalnie do fortepianu koncertowego średniej klasy. Do najwyższej ligi nie było co startować, ale udowodniliśmy, że jesteśmy w stanie nawiązać do instrumentu kosztującego kilkadziesiąt tysięcy euro!

I co się z tą współpracą dalej podziało?
Ostatecznie nic z niej nie wyszło. Z różnych przyczyn, których wolałbym teraz nie roztrząsać (śmiech). Po tej całej "imprezie" zostałem z bardzo fajnym projektem kolumn, które trzeba było tylko jakoś ładnie opakować i nazwać. Co też - jak wiesz - zrobiłem. W ogóle Studio Oslo i Master Oslo to są najpopularniejsze produkty Ancient Audio. Niestety do masowej produkcji nigdy nie weszły, ponieważ okazały się zbyt skomplikowane.

Z mojej wiedzy wynika, że nieubłaganie zbliżamy się do tematu, który wśród członków Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego wywołał niemałe kontrowersje - procesora głośnikowego.
Całe to zamieszanie z kolumnami, które wymagało ode mnie poszerzenia swojej wiedzy dotyczącej tego segmentu audio, uświadomiło mi jedną rzecz - że sam koncept kolumny głośnikowej generuje tak wiele problemów, że zostawia to wielkie pole do popisu korekcji na drodze elektrycznej. Kolumienki Studio Oslo i Master Oslo miały zrobioną korekcję na drodze analogowej, co zapewniło mi asumpt do stworzenia cyfrowego procesora głośnikowego.

Chociaż, muszę uzupełnić, takim bezpośrednim impulsem do podjęcia działań w tym kierunku były rozważania o znacznie szerszym spektrum. Każdy ma swoją ideę fix; ktoś np. chciał, żeby w Polsce uprawiać ryż; nasz kraj się do tego zupełnie nie nadaje, ale byli tacy, którzy nie chcieli się z tym pogodzić. Ktoś inny w XIX wieku zapragnął, żeby każdy mógł sobie kupić aparat fotograficzny.

W tamtym czasie aparaty - i w ogóle fotografia - to była straszna "dziubdzianina". Na dodatek niezwykle elitarna: droga i trudna. Ale żył kiedyś człowiek - nazywał się George Eastman - który chciał ten stan rzeczy zmienić. Co mu się ostatecznie udało. W końcu był taki czas, gdy firmę Kodak znał chyba każdy. Eastman borykał się początkowo z kilkoma problemami; szukał np. tanich obiektywów, które dawałyby ostry obraz na rogach, co nie było łatwe. Dlatego też pierwsze obiektywy Kodaka robiły obraz okrągły i był święty spokój.

W ogóle, zbaczając nieco z tematu, rzeczą niesamowitą jest strona organizacyjna tego przedsięwzięcia. Otóż kupowało się za niecałe dwa dolary kamerę z filmem - a wtedy przeciętny robotnik pracujący przy budowie kolei transamerykańskiej inkasował 20 dolarów na miesiąc. Łatwo obliczyć, że zwykły robotnik mógł nabyć ponad 10 takich zestawów. Myślę, że teraz taki robotnik też mógłby kupić z 10 cyfrówek. A przecież od omawianych czasów minęło grubo ponad 100 lat! A to nie koniec. Po wystrzelaniu rolki filmu - to było 100 zdjęć - odsyłało się swoje zdjęcia do laboratorium Kodaka, które było zobowiązane odesłać profesjonalnie zrobione odbitki, uzupełnione o nową rolkę, w terminie do dwóch tygodni. A mówimy tu o firmie, która działała na terenie olbrzymiego kraju, na dodatek nie zawsze dobrze skomunikowanego wewnętrznie. A jednak dwa tygodnie to był nieprzekraczalny termin.

Pierwszy test procesora.

Wyszliśmy od napędzającej ludzi do działania idei fix. Jaka była pańska?
No właśnie. Mając w głowie różne rewolucje, które dały "coś dla każdego" - weźmy np. Forda i samochody czy rewolucję informatyczną - chciałbym zaoferować "dobre granie dla każdego". Żeby taki student rezygnując na miesiąc z piwa był sobie w stanie kupić jakieś fajne kolumienki, na których wreszcie usłyszałby muzykę, a nie jakiś przerażający hałas.

Niestety po pewnym czasie dotarło do mnie, że te wszystkie rozwiązania, które opracowałem na potrzeby moich kolumienek nie nadają się do seryjnej produkcji. Po wielu różnych próbach, które robiłem w moim mieszkaniu z kolegami z AGH, wniosek pojawił się sam: "ulepszanie" dźwięku dla mas trzeba zrobić na drodze cyfrowej. Bo jest to najłatwiejsze do powielenia. I w ten sposób dotarłem do prac nad procesorem cyfrowym, który jest oczywiście rzeczą dużo bardziej skomplikowaną od tego, nad czym głowiłem się przy Studio i Master Oslo.

Czyli to te kolumienki są odpowiedzialne za te wszystkie emocje, które procesor P-3 wzbudził wśród członków KTS-u (śmiech)?
Zgadza się. I bardzo dobrze, że wzbudził. Nic nie jest tak rozwijające, jak wsadzenie kija w mrowisko. Zresztą głos KTS-u, choć niezwykle cenny, nie jest jedyny ani powszechnie obowiązujący; w całej Polsce jest wiele naprawdę drogich systemów, gdzie ten procesor jest zainstalowany i sprawdza się znakomicie. Dlatego właśnie tak mocno wierzę w ten produkt. To, w moim odczuciu, panaceum na te wszystkie problemy, które trapią kolumny głośnikowe, a których nie da się rozwiązać w sposób mechaniczny.

Taka jest też tendencja współczesnej techniki. Weźmy, dla przykładu, silnik spalinowy. Czasy, gdy robiło się niezwykle skomplikowane gaźniki, układy z termostatami itd. odeszły w przeszłość. Dzisiaj za pracę silnika odpowiada komputer. Dlatego też nowoczesny samochód - jeżeli nie był np. pojony chrzczoną benzyną - będzie za kilka lat pracował tak samo dobrze, równo i bezproblemowo. Nie mówię tu nawet o kosztach czy zużyciu paliwa.

To jak to z tym procesorem wyglądało?
Za wszystkim stoi Romek Rumian. Pracuje w Katedrze Elektroniki AGH i jest moim dawnym kolegą z instytutu. Jego zainteresowania zawodowe skupiają się na produktach, które wykorzystują cyfrowe procesory sygnałowe. Pierwsze eksperymenty przeprowadziliśmy eksperymenty na procesorze Motoroli. To jest dość stara konstrukcja, niemniej jednak po wgraniu odpowiednich programów nadawała się do naszych celów. Tych eksperymentów było sporo; część została przeprowadzona przy wykorzystaniu małych głośniczków, część - oczywiście - u Janusza.

Te nasze "zabawy" miały to do siebie, że czasem coś wybuchało. Raz nawet udało się nam wykasować cały program, którego potem nie mogliśmy już odtworzyć. Okazało się, że technologia cyfrowa wcale nie jest zero-jedynkowa. To tak jak z odtwarzaczem CD, który miał zawsze grać w taki sam sposób (śmiech). A wystarczy podłożyć pod niego byle półkę antywibracyjną i już mamy całkowicie inny dźwięk. Tak czy siak, pierwsze próby pokazały, że taki procesor może być niesamowitym narzędziem.

Jaromir Waszczyszyn pokazuje mi kolejne procesory sygnałowe, które były wykorzystane w eksperymentach.
Część z procesorów, po które sięgnęliśmy były oznaczone logiem Dolby i DTS. Były one ciekawe ze względu na fabrycznie wbudowane programy do obsługi dźwięku przestrzennego, które można było aktywować za dodatkową opłatą albo nie.

Inspiracja, tzn. algorytmy DTS oraz Dolby wbudowane w DSP.

To znaczy?
Miały one zaszyte pewne procedury, które się wykupywało i aktywowało odpowiednim kodem. To dało mi asumpt, by w ten sposób sprzedawać licencję do wielkoseryjnej produkcji. Rozumiesz - by oferować różnym producentom finalnych urządzeń procesor z zaszytym programem do konkretnych zastosowań. Póki co przechodzimy przez bolesny okres ząbkowania. Najtrudniejsze jest teraz przekonanie producentów, że zastosowanie procesora w warunkach wielkoseryjnych jest najtańszym środkiem do wyraźnej poprawy brzmienia. Trochę inaczej wygląda to w przypadku drogich systemów audiofilskich, gdzie trzeba do każdego zespołu głośnikowego tworzyć osobny program.

Do jakiego typu urządzeń pański procesor dźwiękowy pasuje?
Próby robiłem w przedziwnych konfiguracjach. Raz testowałem nawet procesor podpięty do telewizora jednej z popularnych marek. Oczywiście trudno mi mówić o jakimkolwiek sensownym słuchaniu muzyki przez telewizor, szczególnie teraz, gdy po rozbebeszeniu go wiem co tam się znajduje (śmiech). Ale poprawie uległa zrozumiałość mowy. Sam przyznasz, że w wypadku telewizora jest to ważną rzeczą. Weźmy, dla przykładu, sytuację w której oglądamy jakąś gorącą debatę. Ludzie zwykle podczas takich rozmów się bardzo przekrzykują, a my chcemy usłyszeć co dokładnie powiedziała dana osoba.

Zastosowanie procesora jest więc nieograniczone - wystarczy, żeby w danym systemie występowały głośniki lub słuchawki. Kilka testów przeprowadziłem w moim samochodzie, który może walczyć o niechlubne miano bycia wyposażonym w najgorzej brzmiący system w dziejach. Wywiad ten będzie opublikowany, więc nie wymienię nazwy firmy odpowiedzialnej za to fiasko, muszę jednak przyznać, że to jest całkowity dramat. Co gorsza, system jest zrobiony tak, że praktycznie nie da się go zmienić - w tym celu musiałbym wypruć całą tapicerkę, rozwalić pół drzwi itd. (śmiech).

Dla próby zamontowałem procesor do radia samochodowego i okazało się, że dźwięk uległ natychmiastowej poprawie. To było właśnie to! Dlatego też wydaje mi się, że jest to naprawdę ciekawa rzecz. I to nie tylko dla członków Krakowskiego Towarzystwa Sonicznego, ale i ludzi, którzy lubią od czasu do czasu posłuchać sobie muzyki, bez żadnych szaleństw czy sporych inwestycji w sprzęt.

Soundbar z procesorem - duży dźwięk z małych głośników.

Czy mogę mieć teraz filozoficzne pytanie?
Liczę na takie (śmiech).

Spotykamy się razem po raz kolejny, od kilku godzin słucham pańskiej historii i nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że od czasu projektu SDMusA skupia się Pan na produktach, które mogłyby wejść do masowej produkcji i zapewnić - jak to Pan trafnie określił - "dobry dźwięk dla każdego". A tymczasem przez 10 poprzednich lat temat ten w ogóle nie istniał. Ancient Audio to przecież firma o wybitnie audiofilskich, niszowych korzeniach. Czym więc jest teraz Ancient Audio?
Popatrzmy się na to od strony samochodu. Dawniej to była wielka frajda - pojazd kołowy bez konia. Wszyscy konstruktorzy samochodów - a przynajmniej większość z nich - starała się zaoferować jak najlepsze wyroby. A jak sprawdzić co rzeczywiście jest najlepsze? Naturalnie zorganizować wyścig, najlepiej Formuły 1. To jest rzecz, która naprawdę nas wszystkich kręci. Ale jaki wpływ ma F1 - oprócz pewnych emocji, które ze sobą niesie - na życie każdego z nas? Otóż, jak się okazuje, wpływ ma - i to niebagatelny.

Dla przykładu, przez wiele lat uważano, że hamulce w samochodzie mogą mieć wyłącznie koła tylne. Wyposażmy je w koła przednie, a auta będą przy gwałtowniejszym hamowaniu przewracały się do góry nogami - takie panowało niegdyś przekonanie. Wszyscy w to wierzyli, dopóki jakiś "idiota" nie zamontował hamulców wyłącznie na kołach przednich. I wygrał wyścig. Okazało się, że to jest wyjątkowo skuteczny sposób hamowania, dzięki czemu dziś wszystkie samochody mają dużo silniejszy układ hamulcowy na przednie koła, nie zaś na tylne. Wszystkie te rozwiązania, które sprawiają, że auta są obecnie łatwiejsze w obsłudze czy bezpieczniejsze były wcześniej testowane podczas morderczych wyścigów.

Droga wygląda więc tak: poruszamy się na dziewiczym terenie, docieramy do możliwie wysokiego topu, a potem schodzimy w dół, z nabytą już wiedzą i doświadczeniem. Przecież tak samo wyglądała sprawa z mikroprocesorami. One nie wzięły się nagle w tanich urządzeniach, ale pracowały w najdroższych systemach komputerowych, by dopiero potem trafić do smartfonów czy tabletów. Popatrz na to z takiej perspektywy: chcesz kupić drogi rower. Do wyboru masz propozycję od firmy, która zawsze robiła rowery oraz model sygnowany logiem Astona Martina. Który Cię bardziej kręci?

Aston Martin.
Aston Martin! Bo to jest firma, która się przegryzła przez takie rozwiązania technologiczne, że dla nich zaprojektowanie roweru to jest coś banalnego. A czy taka firma od rowerów mogłaby stworzyć auto mogące konkurować z Astonem? Oczywiście, że nie. W moim wypadku - i mogę powiedzieć to z całą stanowczością - małych kolumn od Ancient Audio by nie było, gdyby nie duże, drogie systemy. Zapewniły mi one nie tylko doświadczenie, ale i odwagę do sięgania po niekonwencjonalne zastosowania. Coś, co w high-endzie jest przecież normą.

Ileż nowych pomysłów stosuje się w gramofonach? Co model, to inna technologia. Kiedyś zdębiałem, gdy zobaczyłem gramofon pływający w akwarium. Ktoś po prostu doszedł do wniosku, że to jest najlepszy sposób, by pozbyć się od drgań i zapewnić idealne położenie horyzontalne. High-end daje nam wolność myśli i wspomniane już doświadczenie, którego inaczej nie da się zdobyć.

Związana z Ancient Audio marka Fram i dedykowany wzmacniacz z procesorem do Altusów.

A wróci Pan jeszcze do tego high-endu?
Miałem kilka pomysłów, które się rozwijały przez kilka lat. Jeden z nich związany jest z mechanizmami do odtwarzaczy CD. Tych dobrych na rynku jest już coraz mniej, szczególnie, gdy z gry wycofał się Philips i Esoteric. Wymyśliłem więc, by samemu opracować jakiś referencyjny mechanizm. Niestety wszystko rozbiło się o niezwykle trywialną rzecz - doba ma mianowicie tylko 24 godziny.

I teraz pytanie: w którą stronę warto iść, jak ukierunkowywać swoją energię? Można albo opracowywać unikatowe produkty, które znajdują się na szczycie audiofislkiego Olimpu, albo opracowanie unikatowej technologii? Moim zdaniem taką technologią jest cyfrowy procesor głośnikowy. Do tej pory nie spotkałem się z podobnym rozwiązaniem, a wpływ na dźwięk, który on ma na brzmienie jest naprawdę niebagatelny.

Moim zdaniem Pan już na to pytanie sobie odpowiedział.
Cóż... weźmy taki przykład: czy większą wartość intelektualną reprezentuje kopuła katedry we Florencji (Santa Maria del Fiore - przyp. red.), czy równanie Einsteina E=mc2?

Hmmm...
Trudne, prawda (śmiech)? Ale to pytanie dobrze obrazuje drogę, którą Ancient Audio przechodzi. Najpierw była to firma raczkująca. Potem osiągnęła wysoki pułap jako firma budująca urządzenia. A teraz po prostu przeszła do etapu, w którym najważniejszym celem jest wartość intelektualna zawarta w technologii. A ta w dziejach świata jest przecież kluczowa.

Za każdym skokiem, który dokonała ludzkość stał jakiś przełom technologiczny. Przecież rewolucja przemysłowa rozpoczęła się od zastosowania technologii wytapiania żelaza przy pomocy węgla kamiennego. I nagle, w przeciągu dekady, ilość wytapianego żelaza podwoiła się 10-krotnie. To było wejście w zupełnie inny świat. Dlatego też wydaje mi się, że to jest ścieżka, którą powinienem kroczyć. Niezależnie od audiofilskich korzeni Ancient Audio. Stąd też pomysły, by te technologie sprzedawać już pod inną nazwą i by tańsze produkty korzystające z niej również ochrzcić jakoś inaczej.

Fram to design oraz technologia.

Podejmuje Pan spore ryzyko.
Owszem, droga jest trudna i wyboista, ale wydaje mi się, że gra jest warta świeczki. To nie jest gra dla wszystkich, ale dla tych, którzy chcą - i czują się na siłach - coś naprawdę zmienić.

Dziękuję za poświęcony mi czas!
Ja również!

  • Brzmienie w samochodzie też procesor poprawił.
  • Procesor nie musi być duży - jeden z prototypów.
  • Procesor P3 w odtwarzaczu CD Ayona.
  • Test algorytmu na DSP Freescale.
  • Kolumny Micro marki Fram.