pl | en

SUBIEKTYWNA HISTORIA

POLSKICH GRAMOFONÓW


Historia polskiego audio jest w dużej mierze historią gramofonów produkowanych przez łódzką firmę Fonica. Wciąż nie powstało żadne, dotyczące tego wycinka historii opracowanie. Niniejszy artykuł ma być próbą zaproszenia do jej wspólnego spisania. Zaczynamy od tekstu Macieja Tułodzieckiego, autora trzyczęściowego cyklu Gramofon bez tajemnic.

Kontakt: Maciej.Tulodziecki@simr.pw.edu.pl


ReklamaAdvertising

arunki brzegowe

Rozpoczęcie tematu polskich gramofonów sprawia mi pewien problem, ponieważ jakby się dobrze przyjrzeć, to w powojennej produkcji firmy Fonica można znaleźć około 80 gramofonów. Opisywanie wszystkich miałoby charakter historyczny i dla współczesnego użytkownika tego typu produktów mogłoby być wysoce nużące. Dlatego wybrałem jedynie fragment tej historii, który określiłbym krótko jako „złote lata” tej technologii. A ponieważ wybór ten jest subiektywny to i historia będzie subiektywna. Pamięć jednakże jest zawodna, mogę się zatem mijać z prawdą w dziedzinie z szczegółów, co zapewniam, nie jest intencjonalne.

Kontekst historyczny


Jeśli cofniemy się do lat sześćdziesiątych, to okaże się, że w zasadzie mamy do dyspozycji dwa źródła muzyki: radio i płytę gramofonową. Siłą rzeczy taśma magnetyczna, pomijając zastosowania profesjonalne, pełniła tu rolę wtórną. Trochę to przypomina dzisiejsze czasy, gdzie źródłem oficjalnym jest płyta CD, a mniej oficjalnym sieć.
Lata sześćdziesiąte, to jednocześnie boom muzyki „rozrywkowej” zwanej wtedy muzyką młodzieżową lub big beatem. Wraz z falą zainteresowania tego typu muzyką przychodził wielki głód informacji i łapczywego pochłaniania nowych utworów, poznawania nowych artystów. Do Polskiego Radia muzyka ta wchodziła z dużymi oporami i trochę bocznym wejściem np. dzięki Rozgłośni Harcerskiej. Dla mnie jako słuchacza istotna była treść muzyczna, a jakość dźwięku miała wtedy zdecydowanie mniejsze znaczenie. Bez ograniczeń zaś muzykę tę serwowały rozgłośnie występujące na falach krótkich jak choćby legendarny Luxemburg czy nawet Wolna Europa z audycją *Rande vous o 6:10**. Jaka była tego jakość, to dzisiejsza generacja słuchaczy chyba nie jest sobie w stanie wyobrazić. Drugie źródło stanowiły płyty. Właściwie trudno powiedzieć „płyty”, bo była to muzyka zgrana z radia, nagrywana na taśmę i stanowiąca źródło do wydawania pocztówek dźwiękowych.
Oczywiście ta technologia, jak to się dziś mówi: „dedykowana” do innego celu, nie spełniała żadnych kryteriów jakości dźwięku. Dla porządku dodam, że pocztówka kosztowała 12 zet i była grubą folią z nagraniem, przyklejona do autentycznej pocztówki. Polscy wykonawcy byli obecni głównie w postaci tzw. „czwórek”, które kosztowały, o ile pamiętam, 30 zet. Duże, jedyne dostępne, płyty „dziesiątki”, czyli o średnicy 10 cali w dziedzinie „big beatu” nie występowały, nie wspominając o Long Playach. Muzyka utrwalona na płytach musiała pełnić przyziemne cele, bez niej nie mogły się przecież odbywać żadne imprezy (wtedy prywatki).
Dlatego gramofony były w większości przenośne, no bo przecież nie wszyscy je mieli, więc na imprezę musiał ktoś z takim gramofonem dotrzeć.
Stacjonarne gramofony były wmontowane w górną cześć obudowy radioodbiorników i klasa uzyskiwanego z nich dźwięku zależała głównie od klasy radioodbiornika. I tu nawet nie było tak źle, bowiem 80% objętości radia stanowiła obudowa głośnika (głośników). Przetworniki bywały nawet 10 calowe a i egzotycznie zdarzały się elektrostatyczne głośniki wysokotonowe. Sądzę, że w tamtych czasach melomani słuchali muzyki pewnie w filharmoniach, a jeśli byli wówczas jacyś audiofile, to oddawali się słuchaniu muzyki na wielkogabarytowych odbiornikach radiowych z wbudowanym lub podłączonym gramofonem.

Rzecz jasna istniały oryginalne – przywożone z „ciepłych krajów” płyty gramofonowe. Cena nowego Long Playa w najpopularniejszym w Warszawie antykwariacie na Hożej wynosiła wtedy 500 zet. Zdarzało się, że przychodziło się, aby przez szybę zobaczyć okładkę najnowszej płyty Beatlesów. Tam widziałem po pierwszy w życiu *Rubber Soul** i *Revolver**…

Stereofonia

Płyty zachodnie były zwykle stereofoniczne, co wśród entuzjastów powodowało pewien niepokój: czy odtwarzając taką płytę na gramofonie monofonicznym słyszy się całość nagranego dźwięku czy tylko połowę? Śmieszny problem, ale gdzie w tamtych czasach należało szukać odpowiedzi? Dochodziło do tego, że płyty stereo traktowane były z niechęcią, a płyty mono na Zachodzie były coraz trudniej niedostępne.Wtedy w PRL pojawiły się pierwsze gramofony stereofoniczne…
Pierwszy raz widziałem to na własne oczy w „salonie” ZURiT, róg Marszałkowskiej i Nowogrodzkiej. Sprzęt był toporny. Zestaw składał się z gramofonu G 600, wzmacniacza W 600 i kolumn, których nazwy nie jestem w stanie przytoczyć. Z tego zestawu zupełnie dobrze próbę czasu wytrzymał wzmacniacz W 600, oparty o lampy EL 84. Miałem go w życiu dwukrotnie i darzę go pewnym sentymentem. Stosunkowo łatwo można go nadal kupić, a jedynym praktycznym mankamentem są wejścia/wyjścia DIN. Niemniej pierwsze wrażenie pozostało: sprzęt wyglądał marnie, pewnie ze względu na dominujące wykończenie – malowanie szarą farbą.

G 600


Na temat tego sprzętu wiadomo stosunkowo niewiele. Nie wiem czy i na czym ewentualnie był wzorowany. Mnie jego układ napędowy kojarzy mi się najbardziej z Thorensem 124, ale podkreślam - jest to skojarzenie raczej luźne. Mamy więc silnik szybkoobrotowy prądu zmiennego, z którego, krótkim paskiem, moment obrotowy przenoszony jest na rolkę pośrednią i stamtąd na rolkę napędową talerza. Gramofon ma stroboskopowe sprawdzanie prędkości obrotowej, która jest regulowana mechanicznie dzięki stożkowej rolce pośredniej. Skrzynki do gramofonów wykonywała firma Łódzkie Zakłady Meblarskie Chassis gramofonu przytwierdzone jest do skrzynki prze tuleje gumowe, w moim przekonaniu na tyle sztywne, że nie spełniające roli izolacji od podłoża. Cała skrzynka stoi na gumowych nóżkach, także zapewniających teoretyczną jedynie izolację od podłoża. To powoduje zwykle skłonność do sprzęgania się na niskich częstotliwościach, a mówiąc skrótowo – niemożliwość słuchania niskich tonów przy dużym natężeniu dźwięku.
Niestety nie potrafiłem sobie przypomnieć szczegółów budowy ramienia. Aby zatem tę pamięć odświeżyć wszedłem w posiadanie dobrze zachowanych i niemalże kompletnych pozostałości takiego gramofonu. Ramię rozczarowało mnie ze względu na dwa elementy. Po pierwsze regulacja siły nacisku odbywa się przy pomocy sprężyny, co nie jest najlepszym rozwiązaniem. Nacisk może być regulowany do 8 gramów… W handlu gramofon występował z „wkładem dewizowym” w postaci wkładki Shure M44MB, która – jak wiadomo - ma szansę grać od 1,5 grama. Po drugie nie występuje żadna regulacja wielkości siły antypoślizgowej czyli antiskatingu. Te dwa mankamenty stwarzają potencjalne niebezpieczeństwo przyspieszonego zużywania się płyt gramofonowych.
Przypomnijmy warunki brzegowe: wspomniany *Revolver** Beatlesów to koszt 500 zet, a skromna emerytura (wtedy) to 700 zet. Jeśli, co dziś jest nie do pojęcia, kupowało się płyty kosztem naprawdę sporych wyrzeczeń, to chciałoby się żeby trwały wiecznie. Oczywiście z G 600 było to dla płyt mniej niszczące niż z dawnym Bambino i jego pochodnymi, ale i tak dalekie było od ideału.
Zdecydowanie pozytywną cechą G 600 jest bardzo staranne wykonanie talerza i jego łożyskowania z osią o przyzwoitej długości. Ponadto miło zaskoczyło mnie elastyczne zawieszenie
przeciwwagi („decoupled counterweight”).
Zestaw G 600 i W 600 to był koszt około 1000 zet, w owych czasach poza moim zasięgiem. Alternatywnymi rozwiązaniami były gramofon („deck”) G500 z wkładką piezoelektryczną, produkowany na licencji Telefunkena lub czechosłowacki Suprafon, czyli eleganckie Bambino w wersji stereo, z drewnianą obudową. Korzystałem niegdyś z obu tych gramofonów.

Inwazja wzmacniaczy

Opisany zestaw G 600/W 600 występował w sprzedaży dość rzadko i powiem szczerze widziałem go „na sklepowej półce” tylko raz. Kolejnym zaś etapem było pojawienie się radioodbiorników stereofonicznych: polskich lampowych DSTL-220 i węgierskich: lampowej Halki i tranzystorowego Chopina. Pierwszym polskim stereofonicznym odbiornikiem tranzystorowym była Elizabeth stereo i legendarna Meluzyna. Jeśli ówczesny entuzjasta zdecydował się na zakup któregoś z nich, jako kolejny cel obierał sobie dołączenie gramofonu i magnetofonu. Magnetofon stereofoniczny dostępny wówczas na rynku czyli produkt ZRK o nazwie ZK246 miał wbudowany wzmacniacz i głośniki. To jeszcze można było znieść natomiast gramofon, który wówczas się pojawił nie dość, że miał wbudowany wzmacniacz, to jeszcze w zestawie trzeba było kupić kolumny…

FONOMASTER


Fonomaster był następcą modelu G 600 i jak wspomniałem wcześniej dostępny był ze wzmacniaczem i kolumnami. Symbol fabryczny to WG 610 f. Oczywiście z czasem ten gramofon pojawił się także w wersji bez wzmacniacza i nosił wtedy symbol G 601 f. W takiej wersji występował jednak dość egzotycznie.
Przyjrzyjmy się cechom charakterystycznym tego gramofonu. Układ napędowy talerza w stosunku do G 600 pozostał w zasadzie niezmieniony, sam talerz jest nieco bardziej „anemiczny”, a łożysko sprawia wrażenie trochę mniej starannie wykonanego. Gramofon wyposażono w ramię Micro Seiki, co uchodzi za pewnik, natomiast nigdzie nie natknąłem się na jakąkolwiek formalną autoryzację tego poglądu.
Micro Seiki czy nie, ale ramię to stanowiło kilkumilowy skok w stosunku do stosowanych dotychczas. Bardzo starannie łożyskowane, na jednym łożysku tocznym i trzech przypominających „zegarkowe”, z giętą („S-shaped”) rurką ramienia. Wyposażone w zdejmowaną główkę (stolik, „headshell”) typu SME. No i przede wszystkim zdolne było do współpracy z wkładkami także przeznaczonymi do małych nacisków - teoretycznie nawet poniżej 1,5 grama. Wreszcie - wyposażone zostało w regulacje siły antiskatingu. To ramię to naprawdę było COŚ i nawet dziś dobrze prezentuje się w konfrontacji z nowoczesnymi konstrukcjami. Niestety poprawa izolacji od drgań zasadniczo nie zmieniła się i tylko cały gramofon postawiono na stopach o dużej średnicy, wykonanych z dużo bardziej miękkiej gumy. Sama izolacja chassis gramofonu od skrzynki pozostała na twardych gumowych tulejkach. Gramofon sprzedawano z wkładką Shure M44MB.
Aby pozostać wiernym prawdzie historycznej na zdjęciach prezentuję gramofon w wersji ze wzmacniaczem. Ten egzemplarz został w międzyczasie odnowiony, nosi też pewne ślady „tuningu”, co nie przeszkadza w zapoznaniu się z jego budową.
Kolejnym etapem rozwoju tej konstrukcji była zmiana układu napędowego na napęd paskowy z wykorzystaniem silnika prądu stałego wyposażonego w stabilizację prędkości obrotowej w oparci o tarczkę tachometryczną i transoptor. Ramię w zasadzie nie uległo zmianom, a te, które zaszły dotyczyły tylko windy (pierwsze wersje ramienia mają windę o dość skomplikowanej i wrażliwej na wyciekanie silikonu budowie). Taka wersja nosiła nazwę Fonomaster 76, a w wersji bez wzmacniacza G 601 A. Tarcza stroboskopowa pozostała w tym samym miejscu co w G 601f . Z zewnątrz talerze obu wersji Fonomastera niczym się nie różnią. Wersję 601 A można rozpoznać po izostatach przełącznika. W miejscu, gdzie dawniej mechanicznie zmieniało się prędkość umieszczono teraz, służący do jej regulacji, potencjometr. Z czasem pojawiła się także wersja G 601 A z innym talerzem ze znacznikami do stroboskopu na zewnątrz (taki talerz posiadały Daniel, Bernard i Fryderyk)
Prezentowany na zdjęciach gramofon Fonomaster 76 pochodzi z roku 1976.

Klęska automatów

Gramofony używane przez melomanów czy audiofilów nie miały żadnej automatyki, bo zakładano, że słuchacz po prostu słucha i jest to jedyne zajęcie jakiemu się oddaje. Może zatem raz na 20-25 minut podejść do gramofonu. Tak też było z dotychczas opisanymi gramofonami. Oczywiście istniała druga szkoła, oczywiście rodem z Ameryki, lansująca nie tylko automatykę start-stop, ale i zmieniacz pozwalający na załadowanie kilku płyt naraz. Można więc spotkać amerykańskie wersje albumów wielopłytowych o dziwnej numeracji stron na płytach. I tak na podwójnym albumie układ stron jest taki: płyta 1 strony 1i4 płyta 2 strony 2i3, co czyniono po to, aby „na drugą stronę” na gramofonie przekładać od razu cały pakiet płyt tworzący album. Wśród niektórych renomowanych firm automaty występowały nawet w szczytowych modelach np. Dual CS 701. Polskich gramofonów oczywiście klęska automatów nie ominęła – takie wyposażenie miał gramofon G 500. W końcu standard popularnego gramofonu ustabilizował się i ograniczył do układu start/stop. W takiej postaci występował w konstrukcjach popularnych i zapewnie występuje nadal. Standardowo napęd ruchu ramienia na potrzeby automatyki pobierany jest od talerza, co wyraźnie widać, gdy automat ma zwiększone opory powodujące spowolnienie jego ruchu. Polski gramofon z oryginalnie rozwiązaną automatyką to Daniel

DANIEL


Dla ścisłości nosił on symbol G 1100fs. To, rzec można, całkiem nowa konstrukcja, choć z poprzednich wykorzystano pewne elementy.

Jakie – o tym za chwilę. To też pierwszy gramofon, gdzie reguły konstrukcyjne podporządkowano estetyce. Ponieważ zdecydowano się na modny płaski wygląd, oznaczało to skrócenie trzpienia łożyskującego talerz. Ponieważ wybrano automat start/stop, zastosowano do tego celu drugi silnik, napędzający tylko ramię. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, a ponieważ stosunkowo kosztowne, to dość rzadko spotykane. Tak prosta automatyka wymagała jednak zmiany konstrukcji ramienia w stosunku do Fonomasterów. Aby automat mógł ustawiać ramię potrzebny jest, umieszczony pod chassis, nadajnik położenia i element osi pionowej ramienia, który byłby napędzany.
Ramię Fonomastera zostało zatem znacznie przekonstruowane. Łożyskowanie pionowe stanowił teraz układ dwóch łożysk tocznych. W toku produkcji były tu też dwa różne sposoby regulacji luzu tych łożysk. Jeśli chodzi o rurkę ramienia mocowanie przeciwwagi i łożyskowanie poziome, nic się nie zmieniło. Wraz z pojawieniem się wkładki firmy Tnorel (Tenorel 2001) i jej licencyjnych następców stolik wkładki przybrał zdecydowanie na masie, co w konsekwencji spowodowało zmianę przeciwwagi.
Kolejnym elementem, który musiał ulec zmianie była winda. Musiano ją wykonać tak, aby mogła być obsługiwana elektrycznie. Mimo tych zmian pozostało to nadal bardzo przyzwoite ramię. Niewiele też zachodu trzeba, aby nadal używać w nim wkładek przeznaczonych do Fonomastera. Układ napędowy mechanicznie nie zmienił się, nowy układ sterujący wyposażono w modne wówczas sensory (dość jarmarczne jak na mój gust)…
Rolę tarczy stroboskopowej pełniły nadlewy umieszczone na pobocznicy talerza oświetlane neonówką umieszczoną w obudowie zwanej „kominkiem”.
Co najważniejsze: Daniel to gramofon z prawdziwym subchassis. Mamy zatem pierwszy polski gramofon izolowany od otoczenia, ale także od swojego własnego silnika przez układ sprężyn o małej sztywności i to jest najważniejszy skok jakościowy. Dla porządku odnotujmy: występowała także wersja ze wzmacniaczem WG1100fs, ale już nie w takiej przewadze jak niegdyś Fonomaster. Prezentowane na zdjęciach gramofony pochodzą z roku 1977 i 1978, a różnią się skrzynką oraz zastosowanymi zawiasami.

BERNARD


Równolegle do Daniela pojawił się gramofon Bernard o symbolu G 603. Ten gramofon różni się dość znacznie od prezentowanej linii. W stosunku do Daniela jest to pewne uproszczenie, a w stosunku do G 601 fs chyba jednak jakiś postęp. Nie ma automatyki, napęd przypomina Fonomastera, talerz jest taki sam jak w Danielu.
Całkiem nowe jest natomiast ramię, które wygląda na własną konstrukcję Foniki. Elementy przegubu ramienia wykonano jako odlewy ciśnieniowe ze stopu Zn-Al. Łożyskowanie pionowe jest na jednym łożysku tocznym, przypominającym łożyskowanie koła rowerowego (oddzielne bieżnie i kulki luzem), i jednym „kolcu” ułożyskowanym w gnieździe z kulkami. Takie same dwa „kolce” stanowią łożyskowanie poziome. Rurka ramienia była także gięta (S-shaped) i miała mniejszą, niż w dotychczas opisanych gramofonach, średnicę. Masy efektywnej skutecznie dodaje ramieniu element mocujący stolik. Na pierwszy rzut oka jest to jednak niekonsekwencja.
Antiskating działa na podobnej zasadzie jak w Danielu, choć dokładnie analizując można zobaczyć tu pewne wady. Ramię to, zresztą podobnie jak sam Bernard, ulegało mutacjom. W końcu z Bernarda G 603 została tylko nazwa. Całe chassis umieszczono w skrzynce na dość wiotkich sprężynach, co powinno dać lepszy skutek w izolacji gramofonu od otoczenia. Nie ma też sensorów, są normalne przełączniki, winda jest sterowana mechanicznie - zamontowaną z przodu, tradycyjnie wyglądającą, dźwignię o dużym skoku. Bernard ogólnie sprawia wrażenie konstrukcji „oszczędnościowej”. Prezentowany na zdjęciach egzemplarz pochodzi z roku 1980.

Królestwo wież

Lata osiemdziesiąte zmieniły podgląd na sprzęt audio, głównie za sprawą wzornictwa. Najważniejszymi parametrami stały się szerokość i kolor, bo było to kryterium budowania wież, któremu towarzyszyło kolekcjonerskie zacięcie. Żaden z występujących dotąd gramofonów nie spełniał kryterium „pasowania” do wieży. Fonica chcąc nie chcąc musiała takiemu zapotrzebowaniu klientów wyjść naprzeciw. Choć z drugiej strony, czego by nie produkowała, to i tak zeszłoby na pniu… Jednym z pożądanych zestawów był miniwieża o symbolu 8000.

UNITRA G 8010


Gramofon ten produkowany był jako element dedykowany do wspomnianego zestawu. Występuje też w niezliczonej ilości odmian wykonywanych dla zachodnich kontrahentów. Pewnej sztuki wymagało w tej konstrukcji maksymalne ograniczenie szerokości podstawy. Przyglądając się jego cechom konstrukcyjnym można powiedzieć, że jest to „deskofon” (obudowa nie jest skrzynką, a raczej kształtką wykonaną z płyty wiórowej) z typowym układem automatyki start/stop, odizolowany od otoczenia jedynie sporymi „nogami”, które przy pewnej dozie optymizmu nazwać można antywibracyjnymi. Konstrukcja sprawia wrażenie bardzo niskiej (płaskiej), bowiem część elementów mieści się pod talerzem, a cześć pod deską (chassis). Talerz wykonany jest ze stopów aluminium, ze stroboskopem na obwodzie i sprawia wrażenie solidnego oraz ciężkiego, co jest dalekie od rzeczywistości. W gramofonie tym pojawiło się nowe ramię, które również przy pierwszym kontakcie sprawiające wrażenie bardzo solidnego i sztywnego. Ramię to jest łożyskowane na czterech łożyskach w postaci stożków umieszczonych w gniazdach z kulkami. W łożyskach tych pojawiły się – niestety - elementy wykonane z tworzyw sztucznych. Gramofon ten miał bardzo dużą ilość odmian, w których zmieniały się jego podstawowe parametry, którymi, przypominam, były w tych latach szerokość i kolor.
Występował także pod różnymi nazwami, produkowany był bowiem na eksport, dla wielu różnych odbiorców. Może dlatego znaczna część z nich (także ja) kojarzy go jednoznacznie z nazwą Altus.

Cudowne mnożenie bytów

Gramofon Bernard znalazł następcę w postaci G-620 Fryderyk, który od poprzednika różni się jedynie wystrojem - ma bowiem elementy sterujące przeniesione na frontową ściankę skrzynki. I dopiero po tym modelu miała miejsce „wielka rotacja”: zmieniono sposób oznaczania gramofonów.
Gramofony bez wzmacniacza oznaczono GS, a gramofony ze wzmacniaczem GWS. I tak pojawiły się, między innymi, modele GS431, GS 434, GS 438, GS464, GS470, GS 472, GS 476, GS 477, GS 478, GS500.... Dla ułatwienia – gramofony 431,434,438 i 470 miały dodatkowo nazwę Bernard, w większości wypadków nie mając nic wspólnego z opisanym wcześnie Bernardem G 602. Dla historycznej ścisłości należy dodać, że w Bernardzie 434 pojawiło się nowe ramię, stanowiące – w moim przekonaniu – w stosunku do pierwowzoru krok wstecz. Pojawił się też nowy „niski” talerz wykonany ze stopów aluminium, a więc jeszcze lżejszy niż u poprzedników.
Innymi słowy, poza pewnymi zabiegami dotyczącymi uproszczenia technologii, dla obniżenia kosztów produkcji i kosmetyce dopasowującej gramofony do kolejnych „wież”, niż ważnego merytoryczne nie zaszło. Taki był trend lat osiemdziesiątych i muszę tu przyznać, że obniżenie lotów firmy Fonica było niczym w zestawieniu z tym, jak nisko upadły produkty renomowanych popularnych koncernów japońskich, większość z nich zresztą nigdy już nie wróciła do produkcji gramofonów. Ale to już oddzielny temat. Na tym tle pojawił się jeden chlubny wyjątek.

ADAM


Adam, najczęściej oznaczany jako GS 424, występował w jednej z czterech „odmian” (tylko teoretycznie, ponieważ to wciąż był ten sam gramofon). W gramofonach Adam wykorzystano ramię podobne do znanego wcześniej z G 8010 i podobnie wyglądający talerz. Talerz osadzony jest na stożku. Mamy też automatyczny stop. Co najważniejsze: Adama wyposażono w bezpośredni napęd talerza, wykorzystujący silnik liniowy. „Bieguny” stojana tego silnika umieszczone są pod talerzem w miejscu, gdzie nie sięga zakres poruszania się wkładki. Talerz zaś dzięki magnetycznemu pierścieniowi stanowi wirnik tego silnika. Mnie osobiście taka konstrukcja bardzo się podoba. Nie spotkałem też takiego rozwiązania w żadnym innym gramofonie. Ponieważ gramofon pojawił się w epoce cudownego mnożenia bytów, to spieszę wyjaśnić, że według oficjalnej instrukcji, wersja GS 420 różniła się od 424 zastosowaną wkładką (MF 100 zamiast MF 104). Wersje GS 421 i GS 425 wyposażono dla odmiany w silnik krokowy, a wersja 421 różni się od 425 tym, czym 420 od 424, jasne? Nie jestem w stanie podać dokładnie rocznika produkcji prezentowanego gramofonu, bowiem metka kontroli technicznej wyblakła tak, że widać już tylko numer seryjny.

Bez happy endu

Wyroby Foniki były w latach dawnego systemu dobrze sprzedającym się towarem. Sprzedawały się też dobrze na wschodnim rynku. Pewne odmiany gramofonów także jako podzespoły produkowane były tylko dla Wschodu. Prezentowany egzemplarz wyprodukowano w roku 1989 firmowany jest przez firmę Wega (nie mylić z niemiecką nazwą Sony). Jeśli się mu dobrze przyjrzymy, to mimo nazwy „602C” mechanicznie jest tożsamy z modelem GS 464, czyli jest to gramofon „bernardopodobny”.

Wojna gospodarcza z ZSRR na początku lat dziewięćdziesiątych przyczyniła się do załamania tego rynku. Pewnie i łódzkim zakładom to nie pomogło. Rzecz jasna, jak już wcześniej wspomniałem, Fonica produkowała gramofony dla odbiorców nie tylko na wschodzie. Proponuję przyjrzeć się bliżej gramofonowi Thorens TD 180, czyż on sam, a zwłaszcza jego ramię nie wygląda dziwnie znajomo? Rynek na gramofony generalnie się kończył. W Polsce rynek ten przeżył chyba największe załamanie, bowiem towarzyszyło mu zachłyśnięcie się dostępem do CD. W pewnym momencie trudniej kupić płytę analogową było już tylko w Japonii...
Zakładom Fonica pomógł w upadku najbardziej, jak sądzę, jeden czynnik. Duża część konsumentów dąży do indywidualizacji, nie odpowiada im to, że wszyscy mają takie same meble, telewizory i jeżdżą takimi samymi samochodami. Ludzie próbowali to przełamywać, stosując różne zabiegi „tuningowe”, co najlepiej było widać na małych Fiatach. Często użytkowało się sprzęt zachodni zdecydowanie niższej klasy, tylko po to, aby nie dać się Państwu „umundurować” w konkretne wyroby. Dlatego często polskie wyroby były z góry skazane na banicję, bez specjalnego wnikania w ich walory techniczne.
Dziś jest inaczej. Ludzi z alergią na PRL ubywa, a młodzież jest tej alergii pozbawiona (o ile ktoś jej tego nie zaszczepił). Powoli rynek daje temu wyraz. Dochodzi do tego, że za Daniela czy Adama trzeba zapłacić czasem kilka razy więcej niż za np. Duala, do którego bezskutecznie aspirowało się w latach 70. Nabywcy zaczynają dostrzegać, że mimo zabiegów marketingowych tani plastik i dykta nie zastąpi drewna i metalu. Technicznie rzecz ujmując należałoby powiedzieć, że w tej krótkim fragmencie historii firmy Fonica widać wszystkie etapy i trendy występujące w ewolucji wszystkich produktów technicznych. Niektóre produkty w moim przekonaniu wytrzymały zupełnie dobrze próbę czasu. Moją intencją nie jest gloryfikowanie tych wyrobów, a jedynie chęć wyrwania ich z zagrożenia otchłanią niepamięci.
Wracając do losów fabryki. Opisane wyżej warunki spowodowały, że w roku 1992 zakłady Fonica znalazły się w stanie upadłości. Do dziś przetrwała jedynie nazwa, dzięki firmie, która produkuje bardzo piękne, bardzo dobre i bardzo drogie gramofony. Może ta droga okaże się lepsza niż ta, którą pojechał motocykl Junak. Czas pokaże.

P.S. Autor uprzejmie prosi o kontakt osoby, które dysponują informacjami na temat ŁZR Fonika i chciały by się nimi podzielić. Może wspólnym wysiłkiem uda się lepiej sprecyzować dostępne informację i odkryć dla czytelników nowe fakty.

O autorze


Płyty i gramofony towarzyszą mi prawie 50 lat. W tym czasie zebrałem sporo wiedzy, i doświadczeń. Tak naprawdę, dopiero budowa własnych konstrukcji nauczyła mnie pełnego zrozumienia konsekwencji przyjmowanych rozwiązań technicznych. Zebranymi informacjami staram się dzielić z pokoleniem ludzi w wieku „naszych dzieci”. Jestem w 100% hobbystą, a gramofony i płyty nie są moją jedyną pasją. Sytuację posiadania dwucyfrowej liczby gramofonów uważam za całkowicie normalną.

Wcześniejsze artykuły tego autora
  • Gramofon bez tajemnic - cz. 1, czytaj TUTAJ
  • Gramofon bez tajemnic - cz. 2, czytaj TUTAJ
  • Gramofon bez tajemnic - cz. 3, czytaj TUTAJ
  • ReklamaAdvertising